Connect with us

TEST | Pontiac Firebird IV 3.8 V6 4AT Targa – Amerykański sen

Tym razem mamy dla was coś ekstra. Coś, czego próżno szukać na drogach… Ewentualnie na zlotach aut amerykańskich trafią się pojedyncze sztuki tego pojazdu. Nam udało się to “cacko” przetestować. Zanurzymy was w amerykański sen, jakim jest… Pontiac Firebird.

Opublikowano

w dniu

Pontiac Firebird
Fot. Władysław Leoniewski / Pontiac Firebird
Poprzednia1 z 2

Ten test będzie wyjątkowy. Przeniesiemy się bowiem do lat 90-tych w najlepszym ich wydaniu. Opiszemy auto, którego próżno szukać obecnie na drogach i które nawet na zlotach aut amerykańskich pojawia się stosunkowo sporadycznie. Za to jazda nim jest niezapomniana… wręcz wyjątkowa niczym amerykański sen. Jest nim Pontiac Firebird.

Poczuć się jak David Hasselhoff

Zapewne wielu z was kojarzy słynny serial “Nieustraszony” z lat 80-tych z Davidem Hasselhoffem w roli głównej (o jego filmowym remake’u pisaliśmy niedawno). Pewnie też wielu chciałoby się poczuć jak tytułowy Michael Knight sunący czarnym Pontiakiem Trans Am przez puste, bezkresne drogi Stanów Zjednoczonych. I tu właśnie przechodzimy do sedna naszego wstępu. W rolę inteligentnego, rozmawiającego samochodu KITT wcielił się ten sam model, który jest bohaterem naszego testu. Ściśle rzecz ujmując jest nim Pontiac Firebird IV generacji, czyli bezpośredni następca kojarzonego z KITTem wcielenia.

ZOBACZ TAKŻE
Kultowy KITT powróci! Powstanie filmowy remake serialu "Nieustraszony"

Na początek czysta formalność dotycząca nazwy. Otóż Pontiac Firebird i Trans Am to praktycznie te same modele. Różnią się one jedynie silnikami i drobnymi detalami nadwozia. Firebird miał jedynie silniki V6 zaś Trans Am wyłącznie jednostki V8, nieco poszerzone nadwozie i delikatnie zmienione zderzaki.

Pontiac Firebird IV – pożegnanie z modelem

Opisywana IV generacja była oferowana w latach 1992-2002 i była jednocześnie ostatnim wcieleniem amerykańskiego pony cara. Bliźniaczą konstrukcją był Chevrolet Camaro IV. Samochód występował w trzech wersjach nadwozia – coupe, cabrio oraz targa. Opisywany egzemplarz ma nadwozie typu targa, o którym więcej opowiemy w dalszej części testu.

Pontiac Firebird

W 1999 roku Pontiac Firebird przeszedł dosyć sporą modernizację, w ramach której pojawił się całkowicie nowy pas przedni z bardziej strzelistymi kształtami, dodatkowymi wlotami powietrza i większą ilością przetłoczeń. Całość wydaje się jednak trochę “przekombinowana”, gdyż przypomina trochę zabawkę z Hot Wheels. Na szczęście miałem do czynienia ze zdecydowanie bardziej spójnym i ładniejszym przedliftowym egzemplarzem z 1997 roku.

Pontiac Firebird: Wygląd

Przejdźmy teraz do wyglądu. Już samo patrzenie na opływowe, klinowate nadwozie “ognistego ptaka” jest wielką przyjemnością. Jego ponadczasowa sylwetka i niskie nadwozie z modnymi w tamtych latach podnoszonymi reflektorami i wielką wypukłą tylną szybą chyba nigdy się nie opatrzą. Samochód urzeka swoimi proporcjami, przypominając z profilu bądź też z lotu ptaka Chevroleta Corvette C5 (Pontiac i Chevrolet należały do koncernu GM). Opisywany egzemplarz został jeszcze “wzbogacony” o stylowego złotego orła na masce i na charakterystycznym, sporym pałąku. Wspomniane złote akcenty dobrze współgrają z fioletowym lakierem nadwozia.

Pontiac Firebird

Jeśli już mowa o proporcjach, te przekładają się na świetną aerodynamikę pojazdu. Przetłoczenia na masce, tworzące jedną płaszczyznę z maską reflektory i obły przedni zderzak robią swoje. Swoje dokłada również zintegrowany z klapą bagażnika spoiler. Sama klapa bagażnika po otwarciu robi wrażenie, bowiem unosi się ona wraz z tylną szybą, tworząc naprawdę spory element. Można ją otworzyć za pomocą przycisku w kabinie, bądź też wkładając kluczyk do zamka.

Ciekawie prezentuje się także masywny tył nadwozia z  masywnymi lampami “poprzecinanymi” stylowa czarną kratką. Połączono je czarną plastikową listwą z napisem FIREBIRD oraz umieszczonym pod nim charakterystycznym dla modelu orłem. Dwa proste wyloty układu wydechowego nie są fabryczne i prezentują się dość… zwyczajnie na tle całej reszty, jednak to tylko kwestia wymiany końcówek. Z dodatkowych akcesoriów ciekawie wygląda za to srebrzysty napis PONTIAC pod pasem tylnych świateł.

Pontiac Firebird

Wymiary

Pontiac Firebird z racji na swoje rozmiary i pozycję za kierownicą nie należy do najłatwiejszych aut w manewrowaniu. Mierzy on bowiem 4,91 m długości, 1,89 m szerokości oraz niecałe 1,3 m wysokości. Rozstaw osi liczy 2,57 m. Uważać trzeba także na niski, wynoszący raptem 114 mm prześwit oraz długi zwis przedni. Łatwo bowiem przytrzeć o coś podwoziem a nurkujący przód potrafi “przyhaczyć” nawet podczas pokonywania niektórych progów zwalniających. Cóż, uroki niskiego auta. Do wszystkiego da się jednak przyzwyczaić.

ZOBACZ TAKŻE
Czy bać się używanych amerykańskich samochodów? | CZĘŚĆ I

Nadwozie typu targa

Teraz parę słów o samej koncepcji nadwozia pojazdu. W odróżnieniu od większości znanych nam targ, jak np. Porsche 911 Targa czy Chevrolet Corvette, dach Firebirda składa się z dwóch szklanych paneli oraz biegnącego pomiędzy nimi dodatkowego pałąka usztywniającego nadwozie. Ich zakładanie i ściąganie odbywa się manualnie i jest dziecinnie proste. Wystarczy tylko odblokować jedną dźwignię i je wyjąć – tak samo działa to w przypadku ich zakładania. Trzeba to robić jednak przy otwartych drzwiach, gdyż grube bezramkowe szyby nie opuszczają się w dół po uchyleniu drzwi. Producent przewidział specjalne uchwyty w bagażniku na zdjęte panele.

Firebird - klapa bagażnika

Wnętrze

Pełnię lat 90-tych widać także po zajrzeniu do wnętrza “ognistego ptaka”. Masywne i wygodne fotele obite skórą, wielka kierownica z cienkim wieńcem, szeroki kokpit i spora dźwignia automatycznej skrzyni biegów – typowy “amerykaniec” lat 90-tych. Charakterystyczne dla ówczesnych aut rodem z USA były również połacie twardego plastiku w kabinie, trzeszczące i słabo spasowane elementy wnętrza i wszechobecne odcienie szarości. Przy wsiadaniu do auta trzeba się trochę nagimnastykować z racji na długie drzwi oraz niskie nadwozie (łatwo zahaczyć o listwę progową bądź też głową o dach).

wnętrze

Także pod względem jakości wykończenia i spasowania Pontiac Firebird prezentuje typowo amerykański, mocno “plastikowy” poziom. Jedynie kokpit wykończono miękką pianką, a na drzwiach pojawiły się połacie przeciętnej jakości pseudoskóry. Niemniej kabinie Firebirda nie można odmówić klimatu. Całkiem nieźle wypada ona także w kwestii łatwości obsługi. Radiem można sterować z kierownicy, klimatyzację reguluje się prostymi pokrętłami a tempomat włącza się za pomocą przyciśnięcia jednego przycisku na dość topornej dźwigni kierunkowskazów.

Typowo amerykańska kabina

Dodatkowego uroku wnętrzu dodaje pochodzące z wersji poliftingowej radio z wejściem CD i oldskulowymi suwakami do jego dostrajania. Sprzęt audio z 6 głośnikami gra całkiem przyzwoicie, choć pojawiają się już jakieś zakłócenia w barwie dźwięku – być może po latach jakieś głośniki już niedomagają. Co ciekawe, w aucie znalazła się klasyczna dźwignia hamulca ręcznego, którego zaciągnięcie wymaga jednak użycia siły. Zresztą w tym aucie niemal wszystko wymaga użycia siły – nawet włączenie kierunkowskazów czy świateł awaryjnych. Ciekawie prezentują się także okrągłe, obrotowe kratki nawiewów. Prawdziwa podróż w czasie.

radio

Pozycja za kierownicą jest wygodna. Siedzi się nisko jak przystało na samochód sportowy. Na uwagę zasługuje zestaw zegarów, gdzie oprócz prędkościomierza i obrotomierza znajdziemy jeszcze cztery małe wskaźniki. Poza tak oczywistymi jak miernik poziomu paliwa czy temperatury cieczy chłodzącej są niespotykane obecnie wskaźnik ciśnienia oleju oraz wskaźnik ładowania akumulatora. Prędkość podawana jest w kilometrach, gdyż mamy do czynienia z egzemplarzem z rynku niemieckiego. O przynależności do globalnego koncernu świadczy niezbyt urodziwa czteroramienna kierownica przypominająca tą z… Opla Calibry.

Firebird - zegary

Praktyczność – czy takowa istnieje?

Pod względem praktyczności wnętrze Pontiaca wypada przeciętnie. O ile z przodu miejsca jest wystarczająco, to dwa miejsca z tyłu traktować należy tylko i wyłącznie jako rozwiązanie awaryjne na krótkie dystanse. Jest tam bardzo ciasno a nogi trzeba rozkraczyć, by móc tam usiąść. Również bagażnik ma teoretycznie 365 l pojemności, jednak jego kształty są nieregularne a umieszczone pod szybą bagaże niekiedy odbijają się w niej, utrudniając widoczność w tył.

Na plus należy się możliwość złożenia oparć tylnych siedzeń, głęboki schowek w podłokietniku (otwieranym tylko od strony kierowcy) ze specjalnymi uchwytami na płyty i monety oraz fakt, iż każdy z podróżujących ma swój uchwyt na kubek (nawet ci z tyłu) – ten dla pasażera z przodu jest sprytnie ukryty w kokpicie centralnym i łatwy do rozłożenia.

Poprzednia1 z 2

Skomentuj
Reklama
Reklama
Reklama