Stracone szanse Hamiltona. Gdyby tak dodać lata 2007, 2016 i 2021
Na pewno, jeśli przywołujemy gwiazdę Srebrnych Strzał, to wymienić należałoby sezony 2007, 2016 i 2021. Właśnie wtedy przegrał on walkę na ostatniej prostej, w ostatnim wyścigu kampanii. W pierwszej z wymienionych sytuacji od szczęścia dzieliły go 2 punkty, bowiem przegrał z Kimim Raikkonenem o punkt, ale zrównanie się z nim nic by nie zmieniło. Fin miał lepszy bilans zwycięstw 6:4, więc konieczna była co najmniej 5. lokata w GP Brazylii. Wówczas punktowała ósemka w kluczu 10-8-6-5-4-3-2-1. Gdyby nie incydent na dojeździe do pit-lane w Chinach, losy tytułu dla Brytyjczyka byłyby rozstrzygnięte przed czasem. Był to jednak debiutancki rok Lewisa Hamiltona w F1 i to w McLarenie, będąc rzuconym na głęboką wodę. Na szczęście, co on sam jak i los zabrały mu w 2007 roku, udało się odzyskać w 2008 r. Wtedy udało się pokonać Felipę Massę z Ferrari.
Nieudany 2009 rok
Po sezonie 2008 wyścigi mistrzowskie Lewisa Hamiltona poniekąd zakończyły się. W 2009 roku bolid McLarena był nieudany, co udało się odwrócić dopiero bliżej połowy kampanii. Możliwe, że gdyby nastąpiło to szybciej, a druga część sezonu była mniej awaryjna, to udałoby się powalczyć o obronę tytułu z Jensonem Buttonem, Sebastianem Vettelem i Rubensem Barrichello. Finalnie jednak 49 punktów, 5. miejsce w „generalce” i 46 straty do nowego czempiona były dość sporą zaliczką. Dlatego nikt nie oczekiwałby raczej, że gdyby w GP Włoch nie uciekły matematyczne szanse, to „HAM” cokolwiek by zdziałał.
Większa dojrzałość przyniosłaby tytuł w 2010 roku, ale już w sezonie 2011… nie
Sezon 2010 zapowiadał się już nieco lepiej. Niestety sam Brytyjczyk nie wystrzegał się błędów m.in. w Australii, Hiszpanii, we Włoszech, w Singapurze i Japonii. Trzy DNF-y też nie ułatwiały sprawy, choć jego rywale też mieli ich po tyle samo. Bolid McLarena był już bardziej kompletny, ale czasami odstawał od Red Bulla czy Ferrari. Wielu jednak uważało go za najbardziej stabilny. Sam Hamilton zachował matematyczne szanse do finału w Abu Zabi. Miał jednak aż 24 punkty straty do liderującego Alonso. Finalnie robił co mógł, ale ukończył na 4. miejscu ze stratą 16 punktów do nowego MŚ, czyli Sebastiana Vettela. Możliwe, że mniej błędów i brak choćby kolizji z Webberem w Singapurze mocno przybliżałyby go do wówczas 2. korony. Sezon 2011 stał już pod znakiem większej liczby błędów oraz dominacji Red Bulla, więc szans na MŚ nie było żadnych.
Sezon 2012 zawaliły awarie i błędy McLarena
Odmiana przyszła w sezonie 2012. Niestety McLaren zaprzepaścił sporo okazji do zwyciężania prze strategie, kłopoty przy pit stopach i awarie. Lewis Hamilton stracił szansę na walkę o mistrzostwo po GP Singapuru, które mógł wygrać zdecydowanie, gdyby nie awaria. Mimo pecha, Brytyjczyk miał aż 4 triumfy w porównaniu do 5 Vettela, który wówczas został mistrzem po raz trzeci. Niestety obu Panów dzieliły 3 lokaty i aż 91 punktów. Potencjał McLarena był jednak zaprzepaszczony, co dało się we znaki wszystkim i skłoniło Hamiltona do przenosin do Mercedesa. Rok 2013 stał pod znakiem obiecujących czasówek, pole position, kłopotów z oponami w wyścigach i jednego triumfu. Dlatego o tytule mowy być nie mogło, zwłaszcza że Red Bull wówczas miał większą dominację niż w sezonie 2011.
Mistrzowskie przygotowanie Mercedesa
Przemiana nadeszła w 2014 roku, kiedy to rozpoczęła się era hybrydowa. Wtedy to fabryczny Mercedes stał się terminatorem. Na drodze Lewisa Hamiltona stawał jego zespołowy kolega Nico Rosberg. Finalnie jednak Niemiec został pokonany, a Brytyjczyk wywalczył tytuły w latach 2014 i 2015. Wydawało się, że nic nie jest w stanie do zatrzymać. Jednakże na sezon 2016 Rosberg przebudził się i zaliczył imponujący start kampanii. Wtedy Hamilton miał dużo pecha, czasem awarii w kwalifikacjach oraz słabe starty. W pewnym momencie udało mu się wrócić do gry i odrabiać straty. W sumie wygrał on 10 wyścigów, o jeden więcej niż jego oponent. Jednakże finalnie przegrał on „srebrną wojnę” o 5 punktów. Nico Rosberg po osiągnięciu celu zakończył karierę i zostawił jeszcze bardziej głodnego Lewisa Hamiltona na gridzie. Ten do końca 2020 roku zdobył kolejne 4 tytuły, choć po drodze próbowali przeszkodzić mu Sebastian Vettel i Ferrari (2017-2018).
Demony z 2016 roku dały o sobie znać w sezonie 2021?
W 2021 roku Red Bull przygotował świetną wersję B bolidu RB16, która po zmianach regulaminowych zyskała więcej atutów. Max Verstappen w końcu miał narzędzie zdolne do walki o mistrzostwo i nie zamierzał oddawać pola. Mimo początkowych problemów Mercedesa, Lewis Hamilton trzymał się blisko Holendra, co wywoływało kilka kontrowersyjnych incydentów. Suma summarum obaj Panowie dotarli do finałowego GP Abu Zabi z identyczną liczbą punktów. Jednakże to Verstappen miał lepszy bilans zwycięstw i prowadziłby w razie odpadnięcia ich obu z wyścigu. Lewis Hamilton czuł, że musi wygrać i mimo porażki w kwalifikacjach, nie poddał się, lepiej wystartował i ruszył za zwycięstwem. Pod koniec zawodów doszło jednak do neutralizacji, a finałowe okrążenie dało Verstappenowi szansę na wyprzedzenie kierowcy Mercedesa, co też uczynił. Suma summarum gwiazda Srebrnych Strzał przegrała potencjalny, rekordowy 8. tytuł o 8 „oczek”.
Sezon 2022 stał już pod znakiem końca hegemonii Mercedesa. Mimo że niemiecki zespół poprawiał się, to Lewis Hamilton nie zdobył ani jednego PP jak i triumfu. To przerwało jego długą, 15-letnią passę. Bolid W13 był zbyt chimeryczny i odstawał od Red Bulla i Ferrari tak bardzo, że o walce o tytuły nie było nawet mowy.
10, a może i nawet 12 tytułów MŚ mógł zdobyć Lewis Hamilton
Zatem, gdyby tak odwrócić sytuację z GP Abu Zabi 2021 na korzyść Hamiltona, dodać mu choć jeden lepszy występ w 2016 roku oraz 2007 roku, to po dodaniu 16 „oczek” miałby już teraz nie 7, ale 10 tytułów mistrza świata F1. Praktycznie rzecz biorąc, gdyby doliczyć mu sezony 2010 i 2012, kiedy też miał bolidy liczące się w walce o końcowe laury, uzbierałoby nam się aż 12 koron.
Michael Schumacher też mógł mieć 10 koron
Michael Schumacher także mógł wywalczyć więcej niż 7 tytułów mistrzowskich w Formule 1. Oprócz wiktorii w latach 1994-1995 i 2000-2004, możliwe były triumfy w latach 1997-1999 oraz 2006. Wielu fanów zapewne długo będzie wypominać niemieckiemu czempionowi kontrowersje z Jerez 1997, kiedy to chcąc obronić się przed Jacquesem Villeneuve’em uderzył w niego, przegrywając pozycję lidera w zakręcie. Gdyby nie dyskwalifikacja, „Schumi” przegrałby jedynie o 3 „oczka”. Możliwe, że gdyby lepiej zarządzał oponami i miał mniej problemów ze swoim Ferrari, udałoby mu się przechylić szalę na swoją korzyść bez żadnych kontrowersji.
Sezon 1998 stał już pod znakiem odrodzenia McLarena, co wykorzystał Mika Hakkinen. Michael Schumacher został wicemistrzem z 14-punktową stratą. Biorąc pod uwagę, że punktacja wyglądała następująco: 10-6-4-3-2-1, to musiałby poszukać jednej wiktorii i 3. lokaty i liczyć na dodatkowe potknięcia „Latającego Fina”. W sezonie 1999 w walce przeszkodził mu incydent z GP Wielkiej Brytanii, w wyniku którego złamał nogę, co wykluczyło go na kilka rund. Jego zespołowy kolega, Eddie Irvine, przegrał wówczas z Miką Hakkinenem o 2 „oczka”. „Schumi” mógł wówczas pomóc mu zrównać się z liderem w punktacji, oddając pozycję w Japonii, ale to nie zmieniłoby rozstrzygnięcia losów tytułu. Zapewne Niemiec czuł, że tytuł powędrowałby do niego, gdyby nie kontuzja.
Na jego szczęście los oddał mu wszystko w latach 2000-2004. W 2005 roku przyszło mu borykać się z większymi problemami, mimo 3. lokaty na koniec. Za to w 2006 roku przegrał walkę z Alonso o 13 punktów, na co złożyły się m.in. awaria w Japonii oraz problemy w kwalifikacjach do GP Brazylii. Zatem realnie patrząc Michael Schumacher mógł mieć co najmniej 10, jak nie 11 MŚ F1 (wliczając duże szanse w sezonie 1999 okraszonym kontuzją).