Connect with us

Czego szukasz?

IndyCar

Jak naprawić katastrofalną rundę IndyCar All-Stars?

Pierwszy od szesnastu lat weekend IndyCar, który nie nagradzał kierowców punktami, okazał się kompletną porażką. Fani, kibice oraz zawodnicy wyrazili mocne słowa krytyki w kierunku organizatorów. Jeżeli runda ta ma zagościć na dłużej w kalendarzu, to potrzebuje ona poważnych zmian, aby przetrwać.

Wyścig nr 1 Thermal Club
Fot. IndyCar

Co zawiodło?

Krótko mówiąc – wszystko. Najważniejszym problemem dla fanów były oczywiście nudne wyścigi. Poza startami oraz kilkoma ładnymi pojedynkami, nie oferowały one dużo emocji. Choć były bardzo krótkie, oglądając je miałem wrażenie, że trwają 150 minut, a nie 15. Nie miałem czym się zainteresować i tylko czekałem na ich koniec. Odkąd oglądam IndyCar, jeszcze nigdy nie byłem tak rozczarowany jak w zeszłą niedzielę. Niestety, odnosimy w redakcji wrażenie, że większość kibiców podziela to zdanie.

Ten kompletny brak emocji wynikał z wielu czynników. Głównym winowajcą wydaje się nitka toru. Kto by się spodziewał, ale obiekt stworzony pod prywatne dni otwarte dla milionerów i ich aut sportowych nie jest zbyt dobry dla ścigania „single-seaterów”. Z wyjątkiem paru miejsc na torze, wyprzedzanie okazało się praktycznie niemożliwe. Już patrząc na mapę obiektu można było stwierdzić, że sekcja zakrętów 7-16 da zerowe szanse na atak. 

Struktura weekendu wcale ściganiu nie pomogła. IndyCar de facto wypróbowało w zeszłym tygodniu format sprinterski F1, powtarzając jego błędy. Przez brak jakiejkolwiek strategii, wyścigi nie miały żadnego urozmaicenia. Zmieniło się to dopiero w finałowej rundzie, ale tylko na gorsze. Po dziesięciu z dwudziestu okrążęń odbywała się przerwa. Nie można jednak było w jej trakcie zmienić opon. Co za tym idzie, kierowcy na tyłach stawki jechali kilkanaście sekund na okrążęnie wolniej od liderów, byle oszczędzić gumę. Ba, nawet kierowcy w czołówce zwolnili pod koniec pierwszej połowy o dobre parę sekund. Tak bardzo konserwatywna jazda kierowców wyglądała wręcz jak parodia wyścigu.

ZOBACZ TAKŻE
The Thermal Club 1 Million Challenge. Stawka IndyCar nie zapunktuje, ale zarobi

Thermal Challenge również rozczarowało pod względem marketingowym. O ironio, runda, którą IndyCar reklamowało jako „stworzona pod telewizję”, była lepsza do doświadczenia we własnej osobie. Ceny biletów co prawda rozpoczynały się od $500, co czyni je na standardy IndyCar niespotykanie drogimi, lecz oferowały naprawdę sporo. Do ich kosztu doliczone zostało jedzenie na torze czy możliwość swobodnego poruszania się po obiekcie za pomocą wózków golfowych – bez dodatkowych opłat w obu przypadkach. Tymczasem osoby, które oglądały zmagania z perspektywy własnej kanapy, dostały dwie godziny nudnego produktu, przeznaczonego głównie pod VIPów na torze. 

Zmiana formatu to klucz

Nawet jeżeli runda All-Stars miałaby się odbyć na absolutnie wymarzonym torze, aktualny format nie ma prawa zadziałać gdziekolwiek. Sam pomysł wyścigów eliminacyjnych oraz wielkiego finału z najlepszymi kierowcami brzmi jednak naprawdę dobrze, więc tę część zmagań byśmy zachowali.

Zakładając, że za rok nadal będziemy mieli 27 aut w serii, proponujemy podział na 9 grup po trzech kierowców. Przez tak małą ilość zawodników nie będzie tworzył się podział na czoło, środek i tył stawki, więc moglibyśmy poświęcić uwagę wyłącznie walce o awans. Zwycięzca każdego z dziewięciu wyścigów zaliczałby awans do drugiej tury, w której ujrzelibyśmy powtórkę z rozrywki – 3 grupy po trzech zawodników, wygrany przechodzi dalej. Później czekałby nas wielki finał, z najlepszą trójką, która przetrwała rundy eliminacyjne.

Wyścig nr2 na Thermal Club

Fot. Chip Ganassi Racing (Twitter)

Dystans wyścigów byłby ekstremalnie krótki, od pięciu do dziesięciu minut. Sens miałoby je minimalnie przedłużać co najwyżej na drugą i trzecią turę. Miejmy na uwadze, że przy tak małej ilości zawodników na torze, pojedynki albo trwałyby od startu do mety, albo kończyłyby się po pierwszych kilku zakrętach. Zależałoby to od osiągów kierowców i ich ekip. Im krótszy wyścig, tym mniejsza szansa na rozjechanie stawki oraz nudę dla kibiców. Ilość wyścigów oraz ciągła, intensywna rotacja stawki byłyby w stanie nadrobić ewentualny brak emocji. 

Śledzenie wydarzeń ułatwiłby system drabinkowy zaciągnięty z turniejów sportowych. Przykładowo, zwycięzca wyścigu nr 1 rywalizuje w dalszej turze ze zwycięzcami wyścigów nr 2 oraz 3, zwycięzca wyścigu nr 4 ze zwycięzcami 5 i 6 itd. Oryginalne grupy mogłyby być losowane lub ustalane poprzez zeszłoroczną klasyfikację kierowców. Do konkretnych liczb nie przywiązywałbym uwagi – 1 vs 1, grupy trójek czy grupy czwórek; idea pozostaje ta sama. Dużo krótkich wyścigów z małą ilością zawodników to z pewnością ekstremalne rozwiązanie. Po to są jednak bezpunktowe rundy, od eksperymentowania. 

Opcja numer dwa

Jedną z gier wyścigowych mojego dzieciństwa jest dzielące opinie „Grid 2”. Zawarty został w niej absolutnie ukochany przeze mnie tryb „Eliminator”. Polegał on na tym, że co 20-30 sekund kierowca zajmujący ostatnią pozycję odpadał z rywalizacji, aż pozostał tylko jeden – zwycięzca. Podobny tryb pojawił się też w wielu innych grach.

Dlaczego zacząłem się teraz rozpisywać o moich dziecinnych uwielbieniach? Otóż uważam, że adaptowana wersja eliminatora może być dobrą opcją dla rundy IndyCar All-Stars. Zwykły wyścig, ale taki, w którym ostatni kierowca odpada co parę okrążeń lub minut, mógłby się sprawdzić. Ten format zmusza zawodników na tyłach stawki do agresywnej jazdy oraz ataków, aby pozostać w wyścigu. 

IndyCar All-Stars Finał

Fot. Penske Entertainment

Jeżeli chodzi o detale – tego typu wyścig powinien trwać przynajmniej 45 minut, aby zapewnić nam dostateczną ilość emocji. To jest właśnie minus formatu eliminacyjnego, gdyż wyścigi grupowe zapewniają nam nawet kilka godzin show, które można w festiwalowym stylu rozłożyć na cały dzień. Ponadto, jeżeli runda w stylu „Eliminatora” miałaby trwać godzinę czy dwie, to byłyby potrzebne tzw. „Stage Cautions” z NASCAR. Co jakiś, ustalony przed wyścigiem, czas należałoby aktywować żółtą flagę, zatrzymać proces eliminacji oraz pozwolić wszystkim kierowcom na zmianę opon i tankowanie. W ten sposób uniknęlibyśmy absurdów strategicznych z tegorocznej edycji All-Stars. 

Rzekomo, IndyCar już teraz rozważa tego typu format, co jest świetną informacją. Po katastrofie zeszłego weekendu trzeba być otwartym na wiele opcji. Bez rewolucji, ciężko będzie uratować rundę All-Stars. Niech zarząd IndyCar na spokojnie rozważy ten temat i wybierze jak najlepszą wersję formatu.

Thermal Club pod ostrzałem

Oba proponowane przez nas formaty mogą realnie zadziałać, ale raczej nie na torze Thermal Club. Tak jak zostało wspomniane na samym początku, obiekt ten jest koszmarny dla ścigania. Nawet przy dużo świeższych od reszty stawki oponach, Colton Herta zupełnie nie miał szans walczyć z czołową trójką w finale All-Stars. Uważam, że zwykły wyścig IndyCar na tym torze również okazałby się nudny.

Logo Thermal Club

Fot. Kyffin Simpson (Twitter)

Jakby tego było mało, obiekt w Palm Springs sprawia wrażenie bezdusznego. Został on zaprojektowany pod tzw. „Track Days”, więc nie ma na nim ani jednej trybuny. Przez brak widocznych kibiców wiele osób miało wrażenie, że cofnęliśmy się do pandemicznego roku 2020 oraz wyścigów pozbawionych fanów. Jeżeli nadchodzące zmiany formatu nie poprawią show na torze Thermal Club, IndyCar powinno zakończyć współpracę z tym obiektem.

Proponowane tutaj modyfikacje zasad miałyby szansę dobrze wypaść na owalu. Texas czy klasyczne obiekty jak Homestead Miami, Chicagoland, Richmond albo Phoenix mają realną szansę się sprawdzić. Byłby to świetny sposób, aby część z nich przetestować przed powrotem do IndyCar. To samo można powiedzieć o kilku standardowych torach, które zniknęły z kalendarza – COTA, Sonoma czy Watkins Glen. IndyCar powinno również rozważyć tor Daytona w wersji Road Course, który nie powinien sprawiać takich problemów jak owal. Z wyjątkiem kalifornijskiego obiektu, wszystkie te tory gwarantują lepsze ściganie od Thermal.  

Nieodpowiednia pora wyścigu

Bądźmy szczerzy, bezpunktowa runda nie powinna mieć miejsca w trakcie sezonu. Wielu kierowców zwróciło na ten problem uwagę. Tak jak wielu fanów, wybija ich to z rytmu mistrzostw. W tym roku taki ruch ze strony IndyCar ma jednak dobry powód, gdyż trzeba było w jakiś sposób wypełnić kilkutygodniową dziurę pomiędzy wyścigami w St. Petersburgu oraz Long Beach.

ZOBACZ TAKŻE
Poznaliśmy kalendarz IndyCar na 2024 rok. Trwa ewolucja

W 2025 musi to ulec zmianie. Oficjalne testy przedsezonowe IndyCar 2023 odbyły się właśnie na torze Thermal Club, w pierwszym tygodniu lutego. Jest to wręcz idealny termin dla rundy All-Stars – zaraz po Daytonie 24h oraz tuż przed Busch Clash. Wydarzenia te są bardzo ważne dla amerykańskich fanów motorsportu. Nietypowa, bezpunktowa runda IndyCar miałaby szansę wypromować serię przed pełnoprawnym startem sezonu, w okresie kiedy IMSA oraz NASCAR już zaczynają swoje zmagania.

Taki termin tworzy jednak problem w postaci pogody. Tory zlokalizowane na północy kraju nie będą wówczas w stanie zorganizować wyścigu, bo będzie tam po prostu za zimno. Z wymienionych wcześniej obiektów pozostają zatem w grze Daytona, Sonoma, COTA, Phoenix, Homestead oraz Texas. Wciąż jest to jednak znakomita pula obiektów, z których można wybierać. 

Three-wide Texas

Fot. Scott McLaughlin (Twitter)

Nienagradzanie kierowców punktami jest dobrą okazją, aby ewentualnie wypróbować też wyścig za granicą. Zespoły, które na to nie stać, mogłyby po prostu ominąć wycieczkę do innego kraju niż Stany Zjednoczone, nie tracąc niczego w kontekście mistrzostw. Niestety, przez zimowy termin wyścigu należy wykluczyć z tych rozważań Europę. Po odwołaniu weekendu MotoGP w Argentynie, za co trzeba podziękować nowemu prezydentowi kraju oraz jego radykalnej polityce, również możemy zapomnieć o rundzie na torze Termas, której byliśmy tak blisko.

Dostępne wciąż są jednak egzotyczne obiekty pokroju Autodromo Hermanos Rodriguez w Meksyku, Interlagos w Brazylii, Kyalami w RPA, Sepang w Malezji czy liczne tory australijskie. Runda All-Stars ponownie może się przydać, tym razem nie tylko jako reklama, ale też próba rozszerzenia serii pozą Amerykę.

Kwestia testów

Należy zaznaczyć, że tor, który IndyCar wybierze, musi być również dobry pod testy. Przed rozpoczęciem kwalifikacji w zeszły weekend zawodnicy dostali aż 9 godzin treningów. De facto były to zatem dwudniowe testy z doczepionym wyścigiem. O ile, z racji nieoficjalnego startu sezonu, IndyCar powinno zachować sesje testowe przed zimową rundą All-Stars, tak te dwa wydarzenia powinny być nieco bardziej rozdzielone. W tym celu przydałaby się jednodniowa przerwa pomiędzy końcem testów, a początkiem zmagań All-Stars. Ewentualnie można by też przesunąć tę rundę na późną jesień w celu pozbycia się potrzeby testów. Wtedy jednak idea reklamowania serii traci zupełnie sens, skoro do następnego wyścigu i tak pozostanie kilka miesięcy.

Akcja na torze Thermal Club

Fot. IndyCar

Podsumowanie

IndyCar zainwestowało już w pomysł rundy All-Stars, więc musi to teraz wykorzystać. Niepunktowy wyścig w serii z tak krótkim kalendarzem jest genialną okazją do eksperymentowania. Tak jak przedstawiliśmy w dzisiejszym artykule, organizatorzy mogą wybierać z całej masy torów czy formatów oraz przetestować rozwiązania, które można później zastosować w mistrzostwach na co dzień. Jedyna zła decyzja, jaką IndyCar może teraz podjąć, to pozostać przy nudnym, stworzonym pod mniej niż 1 procent widowni wydarzeniu, które nikogo nie zachęci do oglądania serii. 

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Reklama