Rewelacyjny dźwięk i imponująca moc
Pierwszy samochód sportowy Red Bulla, model RB17, zaprezentował się publicznie podczas słynnego Festiwalu Prędkości w Goodwood. Zgromadzona publiczność mogła podziwiać nadwozie zaprojektowane przez legendarnego Adriana Neweya, a jednocześnie doświadczyć ogłuszającego ryku 4,5-litrowego atmosferycznego silnika dziesięciocylindrowego. Jednostka ta osiąga zawrotne 15 000 obrotów na minutę i generuje 1014 koni mechanicznych.
Do silnika spalinowego dołączony jest silnik elektryczny, który dokłada kolejne 203 konie mechaniczne, co daje łączną moc przekraczającą 1200 KM. Masa całego pojazdu nie może przy tym przekroczyć 900 kilogramów, co czyni z RB17 jeden z najbardziej ekstremalnych samochodów w historii. Proporcja mocy do masy plasuje go w zupełnie osobnej kategorii względem wszystkich innych dostępnych na rynku pojazdów drogowych.
Za jednostką napędową stoi firma Cosworth, której dyrektor handlowy Chris Willoughby osobiście był obecny w Goodwood. To właśnie on udzielił krótkiego wywiadu magazynowi Motor1, w którym ujawnił kulisy procesu decyzyjnego dotyczącego wyboru konfiguracji silnika. Jego słowa rzucają nowe światło na to, jak wyjątkowym i skomplikowanym projektem inżynieryjnym okazał się RB17.
Wyzwanie bez precedensu w historii Coswortha
Willoughby przyznał, że projekt RB17 był dla Coswortha absolutnie wyjątkowym wyzwaniem, ponieważ samochód nie musi spełniać żadnych przepisów obowiązujących dla pojazdów drogowych ani wyścigowych. Paradoksalnie jednak ta pełna swoboda nie ułatwiła, lecz skomplikowała prace rozwojowe. Nie było bowiem żadnego punktu odniesienia ani źródła inspiracji, od którego można by się odbić.
„W przypadku tego konkretnego samochodu zaczynaliśmy od czystej kartki papieru. Kiedy zwykle przygotowujemy nowy silnik, zawsze jest coś, czego możemy się trzymać. W przypadku mistrzostw wyścigowych istnieją regulaminy techniczne, natomiast w samochodach drogowych chodzi o emisje spalin. Naprawdę wyjątkową rzeczą w tym projekcie był brak jakichkolwiek takich ograniczeń. Ta wolność była jednak pewnym problemem, bo kiedy szukasz alternatywnych konfiguracji silników, nie masz niczego, co mogłoby cię zainspirować” – powiedział Willoughby.
Brytyjski producent musiał zatem podjąć się niezwykle ambitnego procesu rozwojowego, w którym od strony teoretycznej analizowano absolutnie wszystko – łącznie z liczbą cylindrów oraz kwestią zastosowania lub rezygnacji z doładowania. Cosworth sprawdził każdy możliwy typ silnika, od sześciocylindrowych V6 z turbodoładowaniem, aż po dwunastocylindrowe V12. Jedynym sposobem na podjęcie ostatecznej decyzji było zbadanie każdego z kierunków aż do ostatniego szczegółu.
Emocje ważniejsze niż moc
Willoughby podkreślił, że jedną z kluczowych przeszkód na drodze do finalnego wyboru była kwestia doładowania. Inżynierowie Coswortha doszli do wniosku, że turbodoładowanie, mimo że pozwala osiągać bardzo wysokie wartości mocy, nie zapewnia natychmiastowej reakcji na wciśnięcie pedału gazu. W przypadku samochodu zaprojektowanego z myślą o kierowcy i jego emocjach, taka charakterystyka była nie do przyjęcia.
„Biorąc pod uwagę charakter pojazdu i fakt, że chcieliśmy, by był to samochód dla kierowcy, doszliśmy do wniosku, że przy turbodoładowaniu dostarczanie mocy nie jest natychmiastowe. Tak, można dzięki niemu osiągnąć wysoką moc, ale jeśli chcesz natychmiastowej reakcji na pedał gazu, to ciągnie cię w stronę silnika atmosferycznego” – wyjaśnił dyrektor handlowy Cosworthu. Dodał też, że na decyzję wpłynął niezapomniany dźwięk, jaki wydaje dziesięciocylindrowa jednostka atmosferyczna – brzmienie, którego nie da się pomylić z żadnym innym silnikiem.
Red Bull wymagał ponadto, aby silnik – podobnie jak jednostki stosowane w Formule 1, z których zapożyczono wiele technologii – nie wymagał obecności całego zespołu technicznego podczas użytkowania. „Od samego początku było jasne, że chodzi o samochód, z którym możesz być spontaniczny – po prostu bierzesz go na tor i zaczynasz jeździć. Nie potrzebujesz do tego armii ludzi” – podkreślił Willoughby. Silnik ma wytrzymać kilka tysięcy kilometrów przed koniecznością przeprowadzenia generalnego remontu, co oznacza, że pięćdziesięciu szczęśliwych nabywców RB17, którzy już w tym roku odbiorą swoje egzemplarze, ma naprawdę na co czekać.