Krytyka wobec niektórych decyzji Volvo nie jest niczym nowym – towarzyszy nam od lat, jednak nigdy nie sięgaliśmy po tanie argumenty, takie jak przypisywanie firmie chińskiego charakteru tylko z powodu jej właściciela. Uważaliśmy, że takie podejście jest niesprawiedliwe, bo przecież nie można jednoznacznie wiązać marki z krajem pochodzenia jej udziałowców czy miejscem produkcji. Przykładów na to jest wiele: czy Škoda jest niemiecka, a Volkswagen słowacki? Czy Tesla, produkująca najwięcej aut w Szanghaju, jest chińska? A może BMW to firma chińska, Hyundai czeski, a Range Rover indyjski?
W przypadku Volvo zawsze broniliśmy się przed takim uproszczonym etykietowaniem, mimo że marka należy w większości do chińskiego kapitału i produkuje część swoich aut w Chinach, także na rynek europejski. Nawet gdy Zlatan Ibrahimović, wieloletni ambasador Volvo, otwarcie nazwał ją chińską firmą, uznaliśmy to za przejaw jego rozgoryczenia, a nie fakt. Teraz jednak wydaje się, że to on miał rację – Volvo naprawdę zaczyna przypominać chińską firmę, zwłaszcza w kontekście ostatnich wydarzeń.
Plagiatorstwo w Volvo. Szokujące odkrycie w Chinach
W niewiarygodnym ciągu zdarzeń wyszło na jaw, że nowe samochody Volvo, sprzedawane przez oficjalnych dealerów, są wyposażane w podrabiane części renomowanych dostawców. Skala tego procederu nie jest jeszcze w pełni znana, ale wszystko zaczęło się w Chinach, gdy jeden z klientów nabył model S60 u autoryzowanego dealera. W ramach transakcji otrzymał dodatkową, atrakcyjną ofertę wyposażenia, co chętnie przyjął, ale po powrocie do domu zauważył, że coś jest nie tak.
O sprawie poinformował wiarygodny chiński magazyn motoryzacyjny Sohu, który od lat jest rzetelnym źródłem informacji i z pewnością nie poluje na tanie sensacje. Klient, cytowany przez magazyn, zauważył, że w jego aucie zamontowano system audio oznaczony jako Bowers & VVilkins (zamiast prawidłowego Wilkins), a kryształowa dźwignia automatycznej skrzyni biegów od szwedzkiej marki Orrefors nie wygląda na oryginalną – między innymi nie jest podświetlana, jak powinna być. Te detale wzbudziły jego podejrzenia i skłoniły do działania.
Zwrócił się do dealera z prośbą o wymianę samochodu, co mogło zakończyć sprawę bez rozgłosu, ale spotkał się z odmową. Dealer zbagatelizował problem, twierdząc, że „VV to jak W”, audio „gra jak wino”, i pożegnał go w sposób lekceważący. W Chinach konsumenci są jednak przyzwyczajeni do walki o swoje prawa, więc klient opublikował historię na platformie Weibo. To wydarzenie z pewnością nie będzie miłym wspomnieniem dla Volvo.
Podejrzana reakcja Volvo. Więcej pytań niż odpowiedzi
Początkowo sądziliśmy, że mamy do czynienia z jednostkowym błędem dealera – być może ktoś wpadł na pomysł, by zwiększyć marże, montując podróbki drogich komponentów w nowych autach, albo wymieniając oryginalne części na fałszywe i sprzedając je gdzie indziej. Taka hipoteza mogłaby tłumaczyć, dlaczego dealer nie chciał rozwiązać sprawy po cichu, choć i to nie usprawiedliwiałoby w pełni marki. Szybko jednak okazało się, że nie jest to odosobniony przypadek.
Po nagłośnieniu sprawy na Weibo odezwali się kolejni chińscy klienci, którzy w swoich autach zauważyli podobne problemy – od systemów Bowers & VVilkins, przez Bovvers & Wilkins, po dźwignie biegów bez logo lub z podejrzanymi oznaczeniami. Zdjęcia udostępniane przez poszkodowanych, o czym donosi między innymi koreański dziennik JoongAng Ilbo, jasno wskazują, że nie chodzi o pojedynczy incydent, lecz o szerszą praktykę. To zmusiło nas do ponownego spojrzenia na sprawę i wyczekiwania stanowiska samego Volvo.
Gdy ono nadeszło, okazało się równie szokujące co sama afera. W oficjalnym komentarzu, cytowanym między innymi przez JoongAng Ilbo, Volvo nie zaprzecza, że takie sytuacje miały miejsce. Zamiast stanowczo odciąć się od zarzutów, stwierdzić, że to niemożliwe, że każdy pojazd opuszcza fabrykę po rygorystycznej kontroli i że wszelkie nieprawidłowości muszą być dziełem osób spoza firmy, Volvo serwuje jedynie ogólniki. Brak jasnego dementi budzi poważne wątpliwości.
Korporacyjna gra w przeprosiny. Volvo minimalizuje straty
W swoim oświadczeniu Volvo mnoży przeprosiny, podkreśla, jak ważni są dla nich klienci, i obiecuje transparentność oraz śledztwo w sprawie. Firma zapowiada wprowadzenie systemu śledzenia oryginalności części, wzmocnienie nadzoru nad łańcuchem dostaw i standaryzację procesów. Brzmi to jak wyjęte z podręcznika kryzysowego PR, ale w całym tym wywodzie brakuje prostej deklaracji: „To się u nas nie mogło zdarzyć”. Taki brak stanowczości sugeruje, że Volvo wie więcej, niż chce ujawnić, i teraz próbuje jedynie ograniczyć szkody wizerunkowe.
Sformułowanie, że mamy do czynienia z „niezwykłym aspektem procesu sprzedaży nowych aut”, brzmi niemal komicznie – to jak nazywanie pożaru elektrycznego samochodu „incydentem termicznym”. Taka reakcja budzi podejrzenia, ale jednocześnie rodzi pytania: kto wpadłby na tak nieudolne podrabianie komponentów, gdzie nawet logo jest ewidentnie fałszywe? To jakby popełnić przestępstwo i zostawić na miejscu zbrodni wizytówkę – absurdalne i nieprofesjonalne.
Mimo wszystko wciąż mamy nadzieję, że to efekt indywidualnych działań w strukturach Volvo, jego dostawców lub dealerów, a nie zorganizowana polityka firmy. Jeśli jednak marka wiedziała o procederze wcześniej i teraz unika jednoznacznych zaprzeczeń, jej milczenie staje się obciążające. W przeciwnym razie, gdyby był to świadomy plan Volvo, mielibyśmy do czynienia z niewiarygodnie amatorską operacją – podobny efekt można by osiągnąć dyskretnie, bez takich wpadek.
Volvo – chińska specjalność czy globalny problem?
Czas z pewnością przyniesie więcej odpowiedzi, ale na razie jedno jest jasne: Volvo coraz bardziej zasługuje na miano chińskiej firmy. Nawet jeśli winni są jedynie dealerzy, trudno wyobrazić sobie, by taki skandal wydarzył się w strukturach innej marki tej klasy, niezwiązanej z krajem, gdzie szacunek dla własności intelektualnej bywa znikomy, a właściciel sam ma historię kopiowania. Oczywiście kradzież własności intelektualnej zdarza się wszędzie, ale w takiej formie? To przypomina podrabiane buty z azjatyckich bazarów.
Na chwilę obecną Volvo traci wiarygodność, a ten skandal to kolejny powód, by omijać ich auta. Czy to efekt chińskiego stylu zarządzania, czy globalnego upadku standardów – odpowiedź poznamy zapewne wkrótce. Póki co, marka musi zmierzyć się z konsekwencjami, które sama na siebie sprowadziła.