Po miesiącu przerwy kierowcy załogi wróciły do rywalizacji w Grand Lubicz Challenge. 13 kwietnia rozegrano drugi ważny sprawdzian. Nasuwa się pytanie: czy pechowa „trzynastka” próbowała odebrać komuś szansę na zwycięstwo? Na pewno próbowała pokrzyżować plany i w kilku przypadkach faktycznie awarie zadecydowały o losach załogi. Niektóre ekipy, pochłonięte rajdem zapomniały kontrolować czas i na metę dojechali już po rozdaniu nagród. Zapewne zgodzą się ze mną niektórzy nagrodzeni, że nie liczyli na jakiekolwiek miejsce na podium.

Fot. Natalia Grzegorczyk
Tym razem Wiosenne Roztopy zostały podzielone na 2 trasy: 1 (60 pieczątek) dla turystyka i 2 (72 pieczątki) dla Quadów, Wyczynu, Adventure i Extreme. Cała impreza zaczynała się czasówkami – także podzielonymi dla poszczególnych klas. Po krótkich rozmowach z innymi załogami jak i własnymi odczuciami śmiało mogę stwierdzić, że warunki pogodowe tego dnia bardzo osłabiały ekipy. Odmarzały ręce, palce u nóg, uszy, dawno nie było tak tragicznej pogody. Trasa dla turystyka była bardzo techniczna, ale miejscami przydawała się wyciągarka, jak opowiedział mój kolega Karol. Ich Nissan Patrol momentami był za duży, pieczątki były w ciasnych miejscach. Za to moja trasa (ponownie jechałam w Extremie) praktycznie w 75% bazowała na wyciągarkach. Mało było pieczątek, które auto było w stanie „zrobić na kołach”. W torfach zmoty zapadały się po maski, ale nie tonęły w bagnach same, piloci także grzęźli po pas w błocie.
GLC jak zawsze z mnóstwem emocji
Teraz trochę o tym, co się działo na trasie 2. edycji GLC. Zacznijmy od turystyka. Wcześniej wspomniana ekipa Karola i Dawida dorobiła się dziury w chłodnicy i to nie takiej małej. Musieli zjechać z trasy i uszkodzoną części w szybkim tempie naprawić. Dzięki temu mogli dalej konkurować i jak wspominali manewrować między drzewami swoim Patrolem. Załoga Mateusza, Szymona i Adama urwała drążek kierowniczy i to 2 razy! Na szczęście ich „mobilny warsztat”, czyli Audi S6, szybko uratowało sytuację i dotarło na OS, a potem do warsztatu. U zwycięzców Wyczynu i Adventure też nie było wesoło. Tomek i Piotrek z wyczynu na starcie złapali kapcia, przedziurawili bańkę na paliwo, urwali kilka pasków. Jednak i oni szybko uporali się z usterkami, a z wynikiem 42 pieczątek znaleźli się na 1. miejscu.

Fot. Szymon Ślusarczyński
Jest to naprawdę ładna suma patrząc na wysoki poziom i pamiętając o tym, że jechali bez wyciągarki. Mogli jedynie liczyć na pomoc kolegów i własny spryt żeby nie utknąć na dobre. Jak wspomniałam zwycięzcy Adventure, Łukasz i Marcin, również dorobili się swojej awarii. Urwali wentyl od koła, na szczęście szybko znaleźli wulkanizację i problemu się pozbyli. Dzięki czemu wrócili do gry oraz nie oddali tytułu najlepszych innej załodze. W klasie Extreme niestety jedna zmota wróciła na lawecie. Z opowieści innych uczestników usłyszałam, że prawdopodobnie został zalany silnik, ponieważ pojawiła się ogromna chmura dymu. Jednak auto z wody wyjechało o własnych siłach. Chyba jedynie w klasie Quad nie było awarii. Kiedy my tonęliśmy w błocie chłopaki szybko zdobywali kolejne pieczątki. Quady radziły sobie najszybciej z sobotnimi torfami, co potwierdził mi zwycięzca tej klasy Ziemowit. Jechał sam, bez pary, a poziom rajdu ocenił na wysoki, ale i tak poradził sobie bardzo dobrze.
Kilka nowych twarzy
Na rajdzie GLC pojawiło się wiele nowych twarzy. Za nami jechała załoga Kubiński Off-road, której nie mogłam tu pominąć. Jest to 2 młodych, chyba niewiele starszych ode mnie, chłopaków. Jechali zmotą na bazie Suzuki Jimny’ego. Może i byli młodzi, ale mieli w sobie ogromnego ducha walki, bardzo dużo chęci i całkiem ładny bagaż doświadczenia. Naprawdę oglądanie ich w akcji robiło wrażenie. Chętnie pomagali nam, a my im, gdy ich zmota utonęła w rowie i zaczęła się palić. Były to problemy z elektryką, ale sytuację opanowali i dogonili nas na kolejnym oesie. W turystyku pojawiło się parę kompletów pieczątek, jednak na drugiej trasie najwyższy i jedyny wynik z 71 pieczątkami zdobył zespół Rafała i Adama. Są profesjonalistami w tej dziedzinie więc było pewne, że postarają się zebrać komplet. Jednak jednej pieczątki nie zdobyło żadne auto, tylko… quady.

Fot. Natalia Grzegorczyk
2. edycja GLC, która odbyła się 13 kwietnia, okazała się być bardzo trudna i wymagająca. Czy to wszystko sprawka naszego organizatora a może po prostu pechowej daty? Mimo to i tak usłyszałam ogrom pozytywnych opinii. Wiele osób zapowiedziało, że zamierzają ponownie przyjechać do nas w czerwcu. Tak naprawdę dopiero wtedy… będzie piekło. Przed nami ponad 2 miesiące ciężkiej pracy w warsztatach i prób w terenie. W końcu to najtrudniejszy 24-godzinny rajd. Co tu dużo mówić, widzimy się w czerwcu! Wtedy także podzielę się z Wami swoimi wrażeniami.