Skazany na ściganie
Grunt pod wyścigową karierę wytyczył Meksykaninowi jego ojciec, Antonio Perez Garibay. Wieść niesie, że przekonał on szpitalnego lekarza, by ten zastosował cesarskie cięcie przy narodzinach „Checo”. Wszystko po to, by sam mógł zdążyć na odbywający się w pierwotnym terminie porodu 24-godzinny wyścig w Daytonie. Jego plan się powiódł. Młody Perez urodził się tydzień przed czasem i od początku wychowywał się w otoczeniu uwielbiającym rywalizację koło w koło.
Niestrudzona pasja ojca szybko udzieliła się najmłodszemu z trójki rodzeństwa i „Checo” zaczął uczęszczać na kartingowe lekcje wraz ze swym starszym bratem, również Antonio. Jego debiut w oficjalnych zawodach krajowego szczebla przypadł na 1996 rok. Perez miał zatem sześć lat i był tylko jednym z wielu, którzy chcieli iść w ślady Pedro Rodrigueza. To meksykańska legenda wyścigów, jeden z nielicznych, którzy mogli pochwalić się znaczącymi osiągnięciami za oceanem. W Meksyku motorsport miał zawsze niższy priorytet niż w Brazylii czy Argentynie.
Formuła 1 nieosiągalna?
W swoim debiutanckim sezonie Sergio Perez czterokrotnie stawał na najwyższym stopniu podium lokalnych zawodów, co wystarczyło na zdobycie tytułu wicemistrza kategorii. Później podążał ścieżką wytyczoną przez pokolenia najlepszych z najlepszych. Stopniowo wspinał się na sam szczyt, serię po serii przechodząc na większe pojemności silników i wyższe szczeble narodowego czempionatu. Osiągał w nich znakomite rezultaty – świetnie radził sobie na jednostkach 80cc i 125cc, w 1999 roku zajął trzecie miejsce w pierwszej z tych klas. Warto dodać, że z uwagi na wiek (zazwyczaj był młodszy o co najmniej kilka lat od większości rywali), meksykańska federacja przez lata była zmuszona przyznawać mu specjalną licencję na starty.
Pomimo dużych postępów, Perez i nadzorujący jego karierę tata nie myśleli o koronnej kategorii motorsportu. – Pamiętam jak z ojcem oglądaliśmy Formułę 1. Wydawała nam się nieosiągalna dla Meksykanina – opowiadał „Checo” w rozmowie z Tomem Clarksonem niemal 20 lat później. Dla młodych adeptów z Meksyku zawsze kuszącym jawiło się IndyCar i różne jego odmiany. – Zawsze myślałem, że F1 jest dla Europejczyków i innych kierowców, ale nie dla Meksykanina. To było tak unikalne miejsce. IndyCar natomiast zawsze było dość oczywistym wyborem dla kierowców z mojego kraju, wtedy [za czasów startów Pereza w kartingu – przyp. red.] mieliśmy ich bodajże pięciu.
Carlos Slim pojawił się w karierze „Checo” bardzo szybko
I być może to właśnie w tym kierunku poszłaby jego kariera, gdyby nie zainteresowanie ze strony sponsorów. Tych w Meksyku wielu nie uświadczysz, ale swoje kontakty miał ojciec Pereza. Antonio Garibay tuż po narodzinach najmłodszego potomka postanowił, że by zapewnić rodzinie godziwy byt musi pomyśleć o lepiej płatnej pracy. Dorabiając się posady agenta, nawiązał współpracę z Carlosem Slimem, miliarderem i właścicielem Telmexu, telekomunikacyjnego giganta tej części świata. Starszy z Perezów nie byłby sobą, gdyby skwapliwie nie wykorzystał tej szansy.
W trakcie jednej z rozmów z synem miliardera, Carlosem Slimem Jr., poruszano kwestię sponsoringu dla jednego z klientów ojca Pereza (i zarazem kierowcy wyścigowego), Adriana Fernandeza. Gdy dyskusja zbiegła na swobodniejsze tory, Antonio Garbiay nagle wypalił: „Checo” jest lepszym kierowcą od Michaela Schumachera!
Zaskoczony Slim, który już wcześniej słyszał o talencie Pereza, puścił mimo uszu ojcowską dumę i iskierkę pychy. Zaczął na bieżąco śledzić jednak rozwój młodego zawodnika, rzekomej przyszłej wielkiej gwiazdy. Niewiele brakowało, a sam „Checo” zrezygnowałby z jego wsparcia. W roku 2003 uczestniczył on w zawodach kartingowych, na których mógł pokazać się ważnym osobistościom z IndyCar, szczególnie w kontekście startów w serii Skip Barber. Perez zderzył się jednak z innym kierowcą, a ponieważ wciąż przyznawano mu specjalną licencję, błąd spowodował, że w gabinetach władz federacji zapadły trudne decyzje. „Checo” licencję stracił.
Po latach Perez odwołuje się do tego tak: To była polityczna sprawa – nie dali mi się ścigać tamtego dnia. Odczułem to bardzo mocno, poszedłem do ojca i poprosiłem go, żeby sprzedał wszystko i przestał wydawać na mnie pieniądze. Wtedy chciałem pójść do szkoły i żyć jak normalny chłopak.
Pierwsze załamanie
Decyzja kierownictwa była tym bardziej bolesna, iż Perez miał realne szanse na mistrzostwo w swojej kategorii – a nagrodą za jego zdobycie był kontrakt z zespołem Escuderia Telmex – finansowaną przez Slima ekipą promującym młodych kierowców również poza Meksykiem. Zdołowany Perez nie był w stanie samodzielnie kontaktować się ze sponsorem – uczynił to zatem Slim, który natychmiast wziął sprawy w swoje ręce: Kiedy wracałem ze szkoły tata powiedział, że zadzwonił do niego Carlos Slim i pytał, co się wydarzyło. Chciał dać mi szansę – wspominał Perez.
Młody kierowca nie od razu ją przyjął. Wciąż był do tego stopnia sfrustrowany, że nie chciał mieć już do czynienia z wyścigami w żadnej formie, pragnął poświęcić się innym wyzwaniom: Ja miałem dość, powiedziałem im znowu: sprzedajcie wszystko. Nie wierzyłem tacie, że Carlos naprawdę chce dać mi szansę. To właśnie on uratował moją karierę.
Ostatecznie, dzięki zabiegom Slima i rodziny „Checo”, ten wrócił do zawodów, już w nowym środowisku Escuderii Telmex. – Jimmy Morales, właściciel zespołu, zadzwonił do ojca i powiedział, że chcą mnie – nieistotne, czy wygram mistrzostwa, czy też nie – precyzował Perez, zapytany o trudną sytuację na przełomie sezonów. – Zaoferowali mi test w serii Skip Barber, na którym byłem szybszy od mistrza. – dodał. I tak Perez znów poczuł głód ścigania, ale o trudach rywalizacji poza Meksykiem miał się rychło przekonać.
W innym świecie
Z nalepką Telmexu na kevlarze, Meksykanin rozpoczął sezon 2004 w USA jako zawodnik Skip Barber National Championship. Szybko okazało się, że to już wyższa półka i młody zawodnik będzie musiał mocno się postarać, aby wejść na poziom pozwalający na walkę o puchary. Perez jednakże myślami był już w Europie, choć nie ukończył nawet 15-go roku życia; amerykańska seria była dlań tylko przystankiem: Dzwoniłem wtedy non-stop do Carlosa i tłumaczyłem: musimy pojechać do Europy, musimy. Carlos odpowiadał: nie mamy pieniędzy, najpierw musimy startować w Ameryce i zdobyć doświadczenie. Podobnie jak dziś, i wtedy Meksyk nie oferował młodym kierowcom bezpośredniej możliwości zainteresowania właścicieli ekip najważniejszych wyścigowych serii na Starym Kontynencie.
„Checo” nie dał za wygraną i postanowił pchać się drzwiami i oknami, byle tylko dostać wymarzoną posadę: Pamiętam, że przez różnicę czasu wstawałem o drugiej, trzeciej rano, żeby porozmawiać z europejskimi zespołami. Prosiłem ich o jak najtańsze oferty – w końcu znalazłem najtańszą możliwą opcję w Formule BMW. Meksykanin sam przyznał, że miał wtedy obsesję na punkcie wyjazdu – na szczęście nawiązał kontakt z zespołem 4speed media, małym zespołem bez większych sukcesów. Gdy dopięto szczegóły, Perez stanął przed największym wyzwaniem – wyjazdem do Europy, do Niemiec.
Oczekiwania rozjechały się z rzeczywistością
– Mieliśmy 150 000 euro na pierwszy sezon. To było wszystko – kwota wydaje się gigantyczna, ale z perspektywy świata wyścigów nie są to wcale wielkie pieniądze. – Problemy zaczęły się już przy lotach i tym, jak żyć w Europie. Leciałem z Toluki. Tam też „Checo” (po sześciogodzinnej podróży samochodem) pożegnał się z rodziną. – Byłem zupełnie sam, miałem czternaście lat i jeden bilet. Nigdy nie wiedziałem, kiedy wrócę.
W jednym z najbogatszych państw Europy Pereza odebrał jeden z poznanych na drodze sportowej przyjaciół: Zabrał mnie do małego hotelu pośrodku dziczy. Właściwie był to motel – zatrzymywali się tam kierowcy autobusów. Jeśli to było dla Pereza zaskoczeniem, większa niespodzianka mogła spotkać go jedynie w fabryce: Mój zespół nie miał nawet garażu, pracowali w domu właściciela – tam mieścił się mały warsztat i fabryka.
Nie trzeba tłumaczyć, że „Checo” nie tak wyobrażał sobie przyjazd do osławionych Niemiec. Nowy rozdział w karierze już od początku rzucał mu kłody pod nogi, a Perez ponownie znalazł się na zakręcie, o czym dziś nie wstydzi się mówić. Tym razem musiał jednak samemu poradzić sobie z wątpliwościami… bo nie posiadał nawet telefonu, by skontaktować się z rodziną.
– W środku sezonu z BMW zacząłem się zastanawiać co chcę dalej robić, co się w ogóle dzieje – opowiadał w „Beyond the Grid”. – Cała adrenalina ze mnie uleciała, przyszedł czas na refleksje. Pomyślałem sobie: mogę wrócić do domu, ale będę żałował do końca moich dni, że porzuciłem marzenie. Postanowił więc wziąć się w garść.
Wyniki przyszły całkiem szybko
Pracując jeszcze intensywniej, Perez całe dnie spędzał w małym hotelowym pokoiku przygotowując się do wymogów niemieckiego stylu jazdy. Z czasem zamienił dotychczasowe lokum na pokój w restauracji budowanej przez szefa ekipy. Co ciekawe, Perez wspomina, że żyło mu się tam znacznie lepiej niż w motelu. Z uwagi na ilość osób zaglądających do budynku, nie mógł narzekać na brak komunikacji. Przy kiepskiej znajomości angielskiego, braku przyjaciół i połączenia z Internetem miało to duże znaczenie.
Działając na zasadzie partyzantki w życiu prywatnym, w wyścigach „Checo” starał się pokazać pełnię możliwości. Nie stanowił co prawda zagrożenia dla walczących o tytuł Nico Hulkenberga i Sebastiena Buemiego (dwóch późniejszych rywali z F1), ale zbierał cenne szlify i uczył się panowania nad samochodem o otwartym nadwoziu. Debiutancki rok ukończył na 11 pozycji, wobec czego zdecydował się na kolejny rok startów w tej samej serii.
Progres był widoczny. W sezonie 2006 Perez wyglądał lepiej. W osiemnastu startach popisał się dwoma podiami i zdobył 112 oczek, co wystarczyło do zajęcia szóstego miejsca. „Checo” ponad trzykrotnie zwiększył liczbę zapisanych na koncie „oczek”. Przegrał głównie z rodzimymi potentatami wyścigowej sceny, którzy tę kategorię znali od podszewki. By rozwijać się na wielu płaszczyznach, Meksykanin dołączył także do stawki A1 Grand Prix, serii, gdzie zamiast tradycyjnych ekip-konstruktorów startują drużyny narodowe. Perez uczestniczył tylko w rundzie szanghajskiej, gdzie nie zrobił furory – zajął 15. miejsce w pierwszym wyścigu, drugiego nie ukończył. Zaznaczmy jednakże, że w wieku 16 lat był trzecim najmłodszym zawodnikiem w stawce.
Blisko, coraz bliżej
Dobry sezon w Niemczech spowodował, że zainteresowanie usługami „Checo” wyrazili włodarze ekip Brytyjskiej Międzynarodowej Formuły 3, jednej z ważniejszych odmian tejże kategorii. Na potrzeby nowego kontraktu z zespołem T-Sport Perez przeniósł się do Oksfordu, w warunki bardziej komfortowe niż wspomniany bar. Debiut w kraju Clarka, Mossa, Mansella, czy Hamiltona okazał się strzałem w dziesiątkę. Meksykanin zwyciężył w 14 z 21 wyścigów (w takiej samej liczbie zdobył pole position), i z dorobkiem 376 punktów został niekwestionowanym mistrzem. Dzięki temu droga do GP2 stała otworem.
Zanim Meksykanin zapukał do bram azjatyckiej wersji przedsionka F1, na Pereza czekała oferta od Hondy. Podczas sezonu 2008 po raz pierwszy bezpośrednio zetknął się z zespołem F1 – a konkretnie z reprezentującym jeden z nich Rossem Brawnem: Gdy jeździłem w F3, miałem pojechać na test z zespołem Hondy. Zjawiłem się w siedzibie by podyskutować z Rossem. Test miał się odbyć w grudniu 2008 roku na torze Jerez – wyliczał „Checo” po latach.
Tuż przed być może przełomową okazją, Perez ścigał się akurat w Abu Zabi i to tam dotarła do niego ponura wiadomość. W drodze powrotnej zobaczyłem newsy i przeczytałem, że Honda wycofała się z F1. Reakcję „Checo” można sobie łatwo wyobrazić, z pewnością nie świadczy ona na jego korzyść.
Powróćmy do rywalizacji w azjatyckiej GP2. Perez ponownie spotkał się tam z przyszłymi asami, w tym kolejny raz z Nico Hulkenbergiem. Ten stanowił dla Meksykanina prawdziwe nemezis zanim obaj dotarli do F1. Niemiec olśniewał i bez większych trudności zdobył kolejny tytuł do kolekcji. „Checo” z kolei nie zachwycał, ale i nie zawodził. Odniósł dwa zwycięstwa na torach Losail w Katarze i Sakhir w Bahrajnie, kończąc sezon na siódmej lokacie.
Krok po kroku
Nawet z pieniędzmi od Slima było to za mało, by jakikolwiek zespół F1 zaprosił Pereza na rozmowę o pracę. Co innego teamy wyższej kategorii GP2, choćby ekipa Arden. Słynny zespół założony przez Christiana Hornera i jego brata, Gary’ego, umożliwił Perezowi przesiadkę na maszyny bezpośrednio przygotowujące do rywalizacji w królowej motorsportu. Współpraca w sezonie 2009 układała się dobrze. Choć Perez potrafił pojechać znakomicie, nie miał jednak żadnych szans z doświadczonymi di Grassim, Grosjeanem, Petrovem i… tak, Hulkenbergiem. Supremacja trzy lata starszego Niemca zdawała się nie mieć końca.
Drugą szansę otrzymał w kolejnym sezonie, ale był to już ostatni gwizdek na spektakularne występy. Na szczęście, los sprzyjał Meksykaninowi – zatrudnił go zespół Barwa Addax. Hiszpańska ekipa (zarządzana przez bank Addax) dysponowała wyraźnie lepszą maszyną niż Arden. Na tyle dobrą, że „Checo” mógł poważnie myśleć o tytule, nie musząc przejmować się swoim partnerem z ekipy (Holendrem Giedo van de Gardem), ani kończącą się właśnie kolejną epoką w historii GP2.
Był to bowiem ostatni rok startów w samochodach generacji sezonu 2008, dobrze już znanych Meksykaninowi. Dodatkowo, rywalizacja odbywała się niemalże wyłącznie na popularnych europejskich obiektach. Jeśli liczyć Istanbul Park w Turcji, 18 na 20 wyścigów odbywało się w Europie. W walce o tytuł „Checo” szybko dołączył do prowadzących Maldonado i Bianchiego, doskonale wchodząc w środkową część sezonu. Wygrał wtedy na Silverstone, Hockenheimringu oraz na Spa-Francorchamps. I choć w kluczowym momencie stracił kontrolę – w decydującej o szansach na mistrzostwo rundzie we Włoszech nie zdobył punktów – na horyzoncie już widniała szansa, na którą pracował ostatnią dekadę.
Koniec posuchy
– Nigdy nie sądziliśmy, że uda nam się dotrzeć do F1 – mówił Perez w 2019 roku, już jako doświadczony kierowca. W przededniu sezonu 2011 królowa motorsportu wyciągnęła jednakże do Meksykanina dłoń. Wiele wskazywało na to, że młody zawodnik znajdzie sobie miejsce w nadchodzącej kampanii. „Checo” zdołał zapewnić sobie przychylność ludzi z Ferrari, którzy wpisali go oficjalny program rozwoju talentów. Ponieważ Scuderia dostarczała wtedy silniki Sauberowi, ruch w kierunku tej ekipy zdawał się naturalnym krokiem.
Jeszcze zanim sezon GP2 dobiegł końca, a Meksykanin odebrał statuetkę za wicemistrzostwo, negocjacje były na zaawansowanym poziomie: Próbowaliśmy znaleźć drogę do F1 – wspominał Perez. – Carlos pracował bardzo ciężko, żeby dogadać się z Sauberem, bo to była w tamtym momencie nasza jedyna opcja. Ferrari dostarczało tam silniki, dzięki temu się do nich dostałem. Swój wkład wniosła również firma Telmex, co wystawiło Meksykanina na ostrzał ze strony mediów. Pojawiły się wątpliwości, czy Perez jest już gotowy na Formułę 1. W głosie niektórych ekspertów pobrzmiewała krytyka, iż Perez otrzymał fotel tylko z powodu konotacji z majętnymi sponsorami.
Niezależnie od złośliwości, Perez po raz drugi w życiu zetknął się z Formułą 1. Drugi? Ano tak, ponieważ jako 12-latek pojechał razem z bratem na wyścig do Indianapolis, oczywiście w charakterze kibica. Była to nagroda za triumf w zawodach kartingowych organizowanych przez Juana Pablo Montoyę. Kolumbijczyk dotrzymał umowy: Byliśmy już na trybunach, ale [ludzie z ekipy Montoi – przyp. red.] zabrali nas do padoku na jakieś 10-15 minut. Zobaczyliśmy samochód, nieco technologii – to było wspaniałe przeżycie. Spotkałem nawet Juana. Jeśli dobrze pamiętam, pokazywał nam kierownicę.
Historyczne wyczyny Pereza
Dziewięć lat później, już w kokpicie Saubera, Sergio Perez dołączył do elitarnego grona. Został pierwszym zawodnikiem z Meksyku w F1 od czasów Hectora Rebaque, niegdysiejszego zawodnika stajni Berniego Ecclestone’a, czyli Brabhama. Starszy Meksykanin cieszył się pięcioletnią karierą w Formule 1, zdobywając trzy czwarte miejsca w czasie swego ostatniego sezonu. Swego rodzaju paradoksem był fakt, że choć nigdy wcześniej nie osiągął tak dobrych rezultatów, Ecclestone i tak postanowił się go pozbyć, zastępując Rebaque Riccardo Patrese.
„Checo” przywrócił zatem meksykańską nację do świata F1 w wielkim stylu. Udowodnił, dlaczego niektórzy parafrazowali łatkę ,,złotego dziecka”, przypięta kiedyś Sebastianowi Vettelowi, i nazywali Pereza ,,meksykańskim złotym dzieckiem”.
Doskonale zarządzając oponami, w GP Australii dowiózł pierwsze punkty, sięgając po siódme miejsce, jeden stopień wyżej od zespołowego partnera. Szwajcarski team nie cieszył się długo z wywalczonych dziesięciu oczek. Minęło kilka godzin i oba bolidy zostały zdyskwalifikowane za naruszenie przepisów technicznych dotyczących szczytowej części tylnego skrzydła. – To na pewno nie miało wpływu na przewagę w osiągach – mówił na gorąco techniczny specjalista James Key (dziś w McLarenie), zapowiadając również protest. Nie przyniósł on korzystnego rozstrzygnięcia i dyskwalifikacja została utrzymana.
Perez tym samym znalazł się w niewielkiej grupie kierowców, którzy już w swoim pierwszym starcie zobaczyli czarną flagę. W ten sposób swoją przygodę z F1 rozpoczęli także choćby Robert Kubica czy Martin Brundle (choć dyskwalifikacja dosięgnęła Brytyjczyka dopiero w trakcie sezonu).
Od lat „Checo” to gwarancja jakości, jeśli chodzi o dbałość o opony
Pomimo tego wyczyn Meksykanina przykuwał uwagę. Nie tylko członków ekipy czy kibiców, ale co dziwne, firmy Pirelli. Zanim Meksykanin przeciął linię mety, przejechał wszystkie 58 okrążeń na dwóch kompletach opon; pozostali kierowcy stawiali na co najmniej dwa zjazdy. Włoski dostawca opon, działający swój pierwszy sezon jako wyłączny producent ogumienia, chwalił debiutanta: Obserwowaliśmy to i myśleliśmy: On musi zjechać!. Musi! Co on robi? – opowiadał po wyścigu Paul Hembery, w tamtym czasie szef Pirelli ds. motorsportu. – Sądziliśmy, że człowiek od statystyk musiał popełnić błąd i Sergio zjechał wcześniej, a po prostu nikt tego nie widział. Był to pierwszy symptom znaku firmowego Pereza– fenomenalnego zarządzania ogumieniem.
– Powiedzieli nam: Tak, on zrobił tylko jeden pit-stop. To było dość zaskakujące i ekscytujące. Byłbym zaskoczony, gdyby często się to zdarzało – nie ustawał w podziwach Hembery. Przypomnijmy, że Pirelli otrzymało przed sezonem polecenie skonstruowania takich mieszanek, by regularne zjazdy do alei stały się koniecznością. Stało to w opozycji do opon Bridgestone z poprzedniego roku, znacznie wytrzymalszych i twardszych.
A co na to sam zainteresowany? Z Pereza trudno było wyciągnąć dokładne informacje, a co dopiero wiążące deklaracje. Meksykanin błyskawicznie zaczął przygotowywać się do kolejnego weekendu na torze Sepang. Na swoje pierwsze punkty musiał jednak poczekać do GP Hiszpanii, gdzie zajął 9. miejsce po starcie z 12. pozycji. Tym samym znów wpisał się na karty historii, ale dla Meksyku ważna była jedna informacja – wreszcie pojawił się kierowca, z którym mogli wiązać nadzieje.