Connect with us

Czego szukasz?

Formuła 1

Kierowcy z błękitną krwią. Szlachcice, hrabiowie i książęta w F1

W świecie Formuły 1 jest wielu kierowców, którzy swoim ego i manierami przypominają książęta. Jednak kilka razy w historii motorsportu zdarzyły się przypadki, gdzie szlachetnie urodzeni siadali za kółkiem pędzących maszyn, a w ich błękitnej krwi można było dostrzec domieszkę benzyny. A były to nie byle jakie postacie, bo w tym artykule opisany został między innymi członek rodu Habsburgów, czy spadkobierca tronu Tajlandii.

kierowcy f1 z błękitną krwią książeta hrabiowie szlachcice w f1
Fot. Twitter & F1 / Bira, De Portago, Domfries, Von Trips

Książę Bira. Niesamowita historia mentora Alexa Albona. Szlachcice, hrabiowie i książęta w F1

Książęta w F1 stanowią mały procent całej puli kierowców, mimo przepychu tego sportu. Nie znaczy to jednak, że sprawowali się oni źle. Dobrym przykładem na potwierdzenie tych słów jest historia B. Biry. Urodzony w 1914 roku były książę Tajlandii był wnukiem króla Mongkuta. Należał on do rodu królewskiego i był prawowitym księciem w swoim państwie. Taj pełnił wszystkie funkcje reprezentatywne, jakie należały do osoby na jego stanowisku.

Książę Bira przed rozpoczęciem kariery w motorsporcie był pilotem. Poleciał własnym samolotem z Bangkoku do Londynu. W Anglii jego kuzyn, książę Chul pomógł mu rozpocząć przygodę w wyścigach samochodowych. Podczas nauki w Wielkiej Brytanii poznał tam swoją pierwszą żonę Ceril Heycock. Opisała ona swoją relację z nim w książce „Książę i ja: moje życie z księciem Birą”. W swoim dziele zawarła między innymi wątki startów Taja w Formule 1.

Pierwsze kroki motorsportu w Azji Południowo-Wschodniej 

Książę Birabongse Bhanudej Bhanubandh był pionierem w wielu aspektach Formuły 1 i motorsportu. To on ustanowił barwy wyścigowe swojego kraju. Składały się one z żółci i jasnego niebieskiego. Podobno inspiracją do ich wybrania były kolory sukni pewnej kobiety, która wpadła księciowi w oko. 

Maserati księcia Biry. Szlachcice, hrabiowie i książęta w F1

Fot. Twitter / Zwycięskie Maserati księcia Biry z 1955 roku. Pomalowane w ustanowione przez niego barwy wyścigowe.

Był pierwszym i jedynym reprezentantem swojego kraju w Formule 1 aż do 2019 roku. Wtedy w padoku F1 pojawił się Alexander Albon, dla którego książę Bira jest wzorem do naśladowania. Jednak Birabongse Bhanudej był nie tylko pierwszym Tajem, ale również jedynym kierowcą ze swojego regionu w F1 aż do 2001 roku. Wtedy do zespołu Minardi dołączył Alex Yoong z Malezji. Imieniem szybkiego pretendenta do tronu Tajlandii nazwano tor wyścigowy w mieście Pattaya. Został on oddany do użytku w 1985 roku. 

Członek królewskiego rodu brał udział w 19 weekendach wyścigowych. Z czego punktował w trzech. Był obecny na Silverstone podczas inauguracyjnej rundy mistrzostw świata Formuły 1 w 1950 roku. Do wyścigu startował z bardzo dobrej 5. lokaty. Niestety na 49. okrążeniu skończyło mu się paliwo i musiał wycofać się z rywalizacji. Cały pierwszy sezon Taja obfitował w problemy, przez które nie dojeżdżał on do mety. Mimo to prezentował bardzo dobre tempo. Potwierdził to, zdobywając dwukrotnie miejsca w czołowej piątce.

ZOBACZ TAKŻE
Alex Yoong - jedyny dotąd reprezentant Malezji | Największe niewypały F1

Spotkanie księcia F1 z dawnym rywalem po latach w niecodziennych okolicznościach

Książę w F1 najlepsze wyniki uzyskiwał w wyścigach niezaliczanych do oficjalnych mistrzostw świata. Dwukrotnie wygrywał imprezy tego typu. Sezon 1955 był jego ostatnim w karierze kierowcy. Jednakże postanowił nadal uprawiać sport i został olimpijczykiem.

Reprezentował ojczyznę w żeglarstwie podczas Igrzysk Olimpijskich w Melbourne. Startował również w kolejnych 3 edycjach największej sportowej imprezy świata. Podczas igrzysk w 1960 roku, które były rozgrywane w Rzymie, rywalizował z byłym znajomym. Był to inny emerytowany kierowca F1, Roberto Mieres. Argentyńczyk brał udział w kilku wyścigach przeciwko wysoko urodzonemu Tajowi. W rywalizacji żeglarskiej Mieres dopłynął do mety na 17. miejscu, podczas gdy jego dawny rywal ukończył zawody na 19. pozycji.

Szlachcice, hrabiowie i książęta w F1. Carel Godin de Beaufort

Długie nazwiska członków rodzin szlacheckich i królewskich są i były normą. Za ich genezą stoi tradycyjna nomenklatura szlacheckich rodów. Nie inaczej było z Carelem Godinem de Beaufortem. Jego pełne nazwisko brzmiało: Carel Pieter Antoni Jan Hubertus Godin de Beaufort. Holender należał do jednego z największych rodów szlacheckich w swoim kraju.

Zaczynał od rajdów. Do królowej motorsportu dostał się w 1957 roku i jeździł w niej do sezonu 1964. Przez ten czas wziął udział w 31 weekendach Grand Prix. Jeździł we własnym zespole, a jego samochody startowały w barwie holenderskiej pomarańczy. Przez praktycznie całą karierę współpracował z marką Porsche. Był autorem ostatnich okrążeń fabrycznych samochodów tej marki w Formule 1 [stan na 27.05.2022].

Pierwsze punkty dla Holandii w historii F1, sukces w Le Mans i śmierć

Z początku w królowej motorsportów startował sporadycznie, skupiając się głównie na wyścigach długodystansowych. Jednak od 1961 roku zaczął startować w większości rund mistrzostw świata single-seaterów. Czterokrotnie znalazł się w punktowanej szóstce. Dzięki temu stał się pierwszym Holendrem, który zapunktował w Formule 1. W roku debiutu w F1 wygrał 24-godzinny wyścig Le Mans w swojej klasie. Co ciekawe arystokrata miał problemy z utrzymaniem odpowiedniej wagi. Zwalniające go kilogramy pomógł zrzucić mu rodak, mistrz olimpijski w Judo, który wcielił się w rolę trenera personalnego.

Nürburgring nigdy nie był ulubionym torem tego zawodnika. Niestety właśnie na tym obiekcie zakończyła się kariera pierwszego hrabi w tym zestawieniu. Podczas treningu do Grand Prix Niemiec Formuły 1 w sezonie 1964 wypadł z toru na zakręcie Bergwerk. Jego stan był bardzo poważny. Doznał licznych obrażeń głowy, klatki piersiowej i nóg. Dzień później zmarł w pobliskim szpitalu. W chwili śmierci miał 30 lat.

ZOBACZ TAKŻE
Audi i Porsche wejdą do Formuły 1. Potwierdził to szef całego koncernu

Alfonso de Portago. Szlachcice, hrabiowie i książęta w F1

Alfonso de Portago, a właściwie Alfonso Antonio Vicente Eduardo Angel Blas Francisco de Borja Cabeza de Vaca y Leighton, był 11. markizem Portago. Należał do jednej z najbardziej wpływowych rodzin w Hiszpanii. Urodził się w 1928 roku, w Londynie. Jak część innych arystokratów, ten również nie mógł „usiedzieć w miejscu” i brał udział w wielu aktywnościach. Brał udział w Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Cortinie. Niespodziewanie zajął tam 4 miejsce z minimalną stratą do medalu. Rok później na bobslejowych mistrzostwach świata w St. Moritz stanął na najniższym stopniu podium w zawodach „dwójek”.

W geście wdzięczności, za wyłożenie pieniędzy na renowacje toru bobslejowego w St. Moritz tamtejsi właściciele obiektu nazwali zakręt imieniem dobroczyńcy. Nazwisko szlachcica pojawia się również w nazwie jednego z zakrętów na torze wyścigowym Jarama, w San Sebastian, w Hiszpanii. Był również dżokejem. Wpływowy i wysportowany markiz spotykał się z wieloma kobietami, jest nazywany „playboyem” swoich czasów. Poślubił amerykańską modelkę Carroll McDaniel i miał z nią dwójkę dzieci. Poza nią romansował z innymi znaczącymi celebrytkami, często w jednym czasie. Znał 4 języki i spędzał czas w wielu zakątkach świata.

Sukcesy markiza w Formule 1 

Podczas pobytu za oceanem wykorzystał swoje znajomości wynikające z wysokiego urodzenia. W USA importer Ferrari zaprosił de Portago do udziału w Carrera Panamericana w Meksyku. Tak rozpoczęła się motorsportowa kariera Hiszpana. Zawodnik brał jeszcze udział w Samochodowym Tour De France, 1000 km Buenos Aires i wielu innych mniej znaczących zawodach. We francuskiej imprezie wygrał razem z Edmundem Nelsonem, który namówił go do startów w bobslejach. Przystępował do wyścigów często własnymi autami, głównie Ferrari. Wśród fanów ścigania był rozpoznawalny ze względu na swoją częstą awaryjność. Przez liczne usterki spowodowane zbyt ostrą jazdą, często musiał wymieniać auto w trakcie zawodów.

W Formule 1 zadebiutował w 1956 roku. Zadebiutował w Grand Prix Francji z zespołem Ferrari. Na cztery wyścigi, w których brał udział, trzech nie ukończył. Jednak jak już dojechał do mety, podczas GP Wielkiej Brytanii na torze Silverstone to zdobył podium, startując z 12. miejsca. W tamtejszej rundzie ustąpił jedynie Juanowi Manuelowi Fangio.

Pocałunek śmierci

12 maja 1957 zgrana załoga Nelson/de Portago wzięła udział w długodystansowym wyścigu Mille Miglia. Arystokrata miał złe przeczucia dotyczące startu. Uważał, że zbyt słabe możliwości zapoznania się z torem mogą spowodować niebezpieczne zawody. Runda liczyła ponad 1000 mil, a jej trasa przebiegała przez drogi publiczne. Na prostym odcinku drogi Hiszpanowi pękła zużyta opona. Znajdował się wtedy na 3. lokacie. Ferrari 335 S, którym jechał zawodnik, obróciło się przy 240 km/h i wpadło w tłum kibiców obok autostrady. W wyniku incydentu zginął Alfonso de Portago, Edmund Nelson i 9 kibiców, w tym 5 dzieci. Ciało markiza zostało przecięte w połowie. Kierowca w chwili śmierci miał zaledwie 28 lat.

Wydarzenie doprowadziło do zaprzestania rozgrywania tego niebezpiecznego wyścigu, który liczył już 24 edycje. W ciągu wyścigu Alfonso de Portago wysiadł na chwilę z auta, by pocałować swoją ukochaną. Niedługo po geście uczucia amerykańskiej aktorki Lindy Christian, kierowca zmarł. Kobieta mówiła w wywiadach, że miała złe przeczucia w momencie pocałunku. Chwilę uwiecznił nieznany fotograf, a zdjęcie zatytułowane jako „Pocałunek śmierci” obiegło i zszokowało świat.

Szlachcice, hrabiowie, książęta w F1

Fot. Pictolic / Pocałunek śmierci pomiędzy Alfonso de Portago, a jego partnerką i amerykańską aktorką Lindą Christian chwilę przed tragicznym wypadkiem.

Wolfgang von Trips. Hrabia pod przykrywką

Zdecydowanie najbardziej utytułowanym kierowcą z wysokich sfer w tym zestawieniu jest Wolfgang von Trips. Wolfgang Alexander Albert Eduard Maximilian Reichsgraf Berghe von Trips, bo tak brzmi pełne nazwisko tego zawodnika, walczył do końca o tytuł mistrzowski Formuły 1.

Szlachcic urodził się w zamku Hemmersbach, w Nordfalii. Niemiec przechodził przez wiele problemów zdrowotnych od dzieciństwa. Jedną z jego chorób była cukrzyca. Choroba wymagała od Von Tripsa przekąszania w czasie weekendu wyścigowego odpowiedniej ilości smakołyków, które podwyższyłyby jego poziom cukru.

Na początku swojej kariery zainteresował się motocyklami. Podczas swoich pierwszych zawodów legitymował się wymyślonym nazwiskiem „Axel Linther”. Podobnie jak wcześniej wymieniany Carel Godin de Beaufort zaczął robić wielką karierę w wyścigach długodystansowych. Reprezentował tam Mercedesa, który przymierzał się do wystawienia Niemca w Formule 1. Jednak tragedia podczas wyścigu 24h Le Mans w 1955 roku zmieniła zakładany bieg wydarzeń.

Kierowca z błękitną krwią musiał wrócić do Porsche, z którym zaczynał przygodę z autami sportowymi. Później po utalentowanego Von Tripsa zgłosiło się Ferrari. Z tym zespołem był związany już do końca swojej kariery w F1. To właśnie włoska stajnia dała mu szansę debiutu w królowej motorsportu.

Wolfgang von Trips. Szlachcice, hrabiowie i książęta w F1

Fot. Pinterest / Wolfgang von Trips w swoim Ferrari w sezonie 1961

Passa nieszczęść Wolfganga von Tripsa

Wolfgang Von Trips łączył sezon Długodystansowych Mistrzostw Świata z Formułą 1. Podczas jednego z wyścigów endurance pomylił pedały gazu i hamulca, przez co wypadł z toru. Niemiec doznał poważnych obrażeń. Między innymi wstrząsu mózgu i urazu kręgosłupa. Przez ten wypadek ominął większą część sezonu 1957 Formuły 1. Później zawodnik Ferrari powrócił na GP Włoch na torze Monza, gdzie zdobył swoje pierwsze z sześciu podiów w karierze.

W 1958 roku zdobył kolejne podium, tym razem we Francji. Jednak podczas kolejnego GP Włoch znowu brał udział w wypadku. W wyniku kolizji Von Trips złamał nogę. Scuderia postanowiła zrezygnować z usług arystokraty w Formule 1. Na otwarciu sezonu zasiadł za sterami Porsche w specyfikacji F2. Pojechał dobre kwalifikacje, ale nie ukończył wyścigu. Natomiast podczas GP Niemiec na AVUS na skutek wycofania się Porsche, nie mógł wystartować w wyścigu. Decyzja zespołu była spowodowana śmiercią drugiego kierowcy Jeana Behra. Po tej przygodzie powrócił w łaski Ferrari.

Taffy”, jak nazywano go w środowisku, odnalazł balans formy i szczęścia w kolejnym sezonie. 1960 rok przyniósł Niemcowi pierwszą pełną kampanię Formuły 1. Niestety nie był w niej w stanie walczyć o najwyższe laury. Mimo to solidnie punktował i zajął 7. miejsce w klasyfikacji generalnej. Najlepszy sezon w karierze był dopiero zapowiedzią prawdziwie tłustego roku.

ZOBACZ TAKŻE
Liderzy klasyfikacji generalnej F1, którzy zginęli w trakcie sezonu

Niepowtarzalna szansa, którą odebrała największa tragedia w F1

Sezon 1961 przyniósł zmiany w regulaminie technicznym, które wyjątkowo sprzyjały Ferrari. Włoska stajnia dominowała podczas każdego weekendu. Tamtejsza rywalizacja przypominała ostatnią potyczkę w mistrzostwach świata Nico Rosberga i Lewisa Hamiltona. Wtedy w role pretendentów do tytułu wcielili się dwaj koledzy zespołowi z Ferrari. Byli nimi Phil Hill i von Trips. Zawodnicy kończyli ciągle blisko siebie i przypisywali sobie najlepsze miejsca. Różnica między nimi w klasyfikacji generalnej zawsze była minimalna.

Ostateczne rozstrzygnięcia miały mieć miejsce na Monzy. Tor ten był bardzo ważnym miejscem w karierze szlachcica z Niemiec. Tym razem znowu miało tak być. Po wywalczeniu swojego jedynego pole position w karierze spadł na 6. miejsce po starcie. W wyścigu prowadził jego największy rywal, Phil Hill. Von Trips musiał zacząć odrabiać straty najszybciej jak to możliwe.

Wtedy właśnie podjął on próbę wyprzedzenia Jima Clarka. Niestety doszło do kontaktu między zawodnikami. Jadący ponad 200 km/h Wolfgang fwvon Trips wleciał w płot, za którym stali kibice. W tym momencie Formuła 1 ujrzała największą tragedię we własnej historii. Zginęło 15 kibiców, 60 zostało rannych, a sam kierowca zmarł na miejscu. W związku z tym tytuł zdobył Phil Hill, który jak cała ekipa Ferrari odpuściła ostatni wyścig sezonu w USA. Nowy mistrz był obecny na pogrzebie największego rywala z sezonu 1961.

Johnny Dumfries/John Bute. Hrabiowie, szlachcice i książęta w F1

Tymi dwoma nazwiskami legitymował się 7. markiz Bute, John Colum Crichton-Stuart. Był szeryfem i koronerem hrabstwa Bute. Jego ród wywodził się od króla Szkocji Roberta II Stewarta. Był też lordem Dumfries. Stąd wzięło się jego nazwisko, które stosował podczas kariery sportowej. Później, gdy w 1993 roku otrzymał tytuł 7. markiza Bute, zmienił stosowane nazwisko na John Bute. Był spadkobiercą ogromnej fortuny. Dzięki której według listy „Sunday Times” został sklasyfikowany w 2006 roku w pierwszej 30 najbogatszych Szkotów. Mimo ogromnego spadku nie korzystał z odziedziczonych funduszy. By zarobić na starty, próbował sił w różnych pracach fizycznych. Doprowadziło to nawet do tego, że przez pewien czas pracował jako kierowcą ciężarówki zespołu Williams Racing.

Pokazywał się z bardzo dobrej strony w seriach juniorskich. W 1984 roku Zdominował Brytyjską F3, wygrywając 14 wyścigów w sezonie. W tym samym sezonie, w Europeskiej F3 zdobył wicemistrzostwo. Rok później startował w Formule 3000. Niestety tamten okres nie należał do najlepszych w wykonaniu Szkota. Jednak nie przekreśliło to jego szans w kontekście awansu do F1.

Hrabia z Ayrtonem Senną po drugiej stronie garażu

W 1986 roku dostał się do Formuły 1. Zakontraktował go utytułowany Team Lotus, w którym jeździł wtedy Aryton Senna. Podobno Dumfries dostał angaż dzięki postawie Brazylijczyka. Senna nie był zadowolony z perspektywy jazdy u boku Dereka Warwicka, który miał być pierwszym wyborem Lotusa. Jednak pierwszy sezon w karierze szlachcica nie należał do najlepszych. Lord Dumfries zdobył zaledwie 3 punkty w całej kampanii w 1986 roku, podczas gdy jego zespołowy kolega aż 55 oczek. Dodatkowo arystokrata nie zakwalifikował się do Grand Prix Monako.

Po tym średnio udanym sezonie stracił swoje miejsce w zespole na rzecz Satoru Nakajimy. Japończyk zagwarantował sobie miejsce w zespole, dzięki wstawiennictwu Hondy, która od sezonu 1987 dostarczała Lotusowi silniki. Jego porażka w F1 doprowadziła go do największego sukcesu w swojej karierze. Stał się triumfatorem 24-godzinnego wyścigu Le Mans. Dokonał tego w 1988 roku, startując w zespole Silk Cut Jaguar Team.

Zakończył karierę w 1991 roku. Zachorował i zmarł na raka w 2021 roku. W chwili śmierci miał 62 lata.

Władca Monako, władca najsłynniejszego wyścigu na świecie. Hrabiowie, szlachcice i książęta w F1

Historia księcia Alberta II rozpoczęła się od tego, że uwielbiał on sport. Próbował wielu dyscyplin, ale ostatecznie wielką uwagę poświęcił bobslejom, które co ciekawe są czasami nazywane „Zimową Formułą 1”. O innych powiązaniach Formuły 1 z igrzyskami olimpijskimi możecie poczytać w artykule poniżej. Władca Monako startował w pięciu edycjach zimowej odsłony tej imprezy jako właśnie bobsleista. Trzykrotnie był chorążym swojej drużyny narodowej. Najlepsze miejsce zajął podczas debiutu na zawodach w Calgary w 1988 roku, był wtedy 25 w rywalizacji „dwójek”.

ZOBACZ TAKŻE
Motorsport na igrzyskach olimpijskich. Czy to niedorzeczny pomysł?

Najwidoczniej aspekty technologiczne zainteresowały wtedy jeszcze pretendenta do tronu do podjęcia kolejnych wyzwań. W taki oto sposób w 1985 roku został on uczestnikiem legendarnego Rajdu Paryż-Dakar razem z księżną Karoliną. Para wzięła udział w kategorii samochodów. Niestety arystokraci nie ukończyli zmagań z powodu awarii silnika swojego Mistsubishi Pajero.

W historii księcia Alberta II i B. Biry można dostrzec wiele podobieństw, takich jak epizod wojskowy, motorsportowy czy olimpijski. Jednak jest znacząca różnica w biografii obu panów. Otóż w 2005 roku Albert Grimaldi został koronowany na księcia Monako, po abdykacji jego ojca. Tydzień później chory ojciec nowego księcia zmarł, a jego syn przejął pełną władzę. Od tego momentu Albert II zapisał się do grona prawdziwych książąt w F1 i jest odpowiedzialny za organizację Grand Prix w swoim kraju. Dzięki swoim zainteresowaniom zawsze z czujnością przygląda się rywalizacji, która rozgrywa się po ulicach jego księstwa.

Albert II Monako

Fot. La Gazzete de Monaco / Książę Monako Albert II i Charles Leclerc podczas meczu charytatywnego.

Szlachcice, hrabiowie i książęta w F1. Potomek najpotężniejszej dynastii w Europie za kółkiem w XXI wieku?

W teraźniejszym czasie również można spotkać wysoko urodzonego kierowcę wyścigowego. Mieliśmy hrabiów, szlachciców, a nawet książęta w F1, jednak ten jegomość legitymuje się takim nazwiskiem i tytułem, jakiego nigdy wcześniej nie ujrzano na wyścigowych torach. Nie jeździ on co prawda w Formule 1, ale rywalizuje na najwyższym światowym poziomie. Jest to nie byle kto, bo sam arcyksiążę cesarski Austrii. Tym tytułem legitymuje się Ferdinand Habsburg. Tak, zapewne niektórzy z was mogą przecierać w tym momencie oczy ze zdziwienia. Jest on faktycznym członkiem tej dynastii Habsburgów, która swego czasu władała połową Europy. Jego ojciec jest obecnie głową rodu Habsbursko–Lotaryńskiego.

Pełne imię i nazwisko Austriaka to Ferdinand Zvonimir Maria Balthus Keith Michael Otto Antal Bahnam Leonhard von Habsburg-Lothringen. Trudne do wypowiedzenia na jednym wdechu personalia zawdzięcza bogatej tradycji rodu cesarskiego. Jednak jego wszystkie tytuły są jedynie nieoficjalne, ponieważ od 1918 roku w Austrii panuje republika. W tym przypadku, w przeciwieństwie do księcia Biry nie sprawuje on żadnych urzędniczych stanowisk.

Zagłębiając się w najbliższe drzewo genologiczne Habsburga, można zauważyć kolejny akcent motorsportowy. Siostra arcyksięcia jest projektantką biżuterii i modelką. W 2020 roku poślubiła kierowcę Formuły E, Jérôma d’Ambrosio.

Urodził się w 1997 roku, w Salzburgu. Kierowca z błękitną krwią rozpoczął karierę dość późno, bo w wieku 14 lat. Zanim zdecydował się na karting, a później wyścigi samochodowe uprawiał wiele innych sportów. Kariera juniorska potomka władców Austrii, Czech, Węgier, Chorwacji itd. Nie obfitowała w wiele znaczących sukcesów. Mimo to udało mu się wdrapać po szczeblach kariery do Europejskiej Formuły 3, czyli ówczesnej najwyższej serii juniorskiej w Europie. Był nawet o krok od wygrania słynnego GP Makau w 2017 roku.

Dorosła kariera i ściganie się przeciwko Kubicy

Jednak nie udało mu się przebić na poziom ogólnoświatowy. W latach 2019-2020 startował w niemieckiej serii DTM. Najpierw występował w samochodzie Astona Martina, a później w Audi. W sezonie 2020 jeździł po tych samych torach przeciwko Robertowi Kubicy. Austriak zdobył jedno podium.

Od 2021 roku przesiadł się do maszyn klasy LMP2 w wyścigach endurance. Wziął udział w jednym weekndzie, w zespole High Class Racing razem z Robertem Kubicą w ramach 24-godzinnym wyścigu Daytona. Zeszły rok był dla Austriaka bardzo udany. Z Team WRT, w którym startował w 2021 roku, zdobył mistrzostwo Asia Le Mans Series i triumfował w cyklu mistrzostw świata WEC w swojej kategorii. Perłą w koronie kierowcy, tym razem symboliczną, a nie dosłowną jest wiktoria w kultowym 24-godzinnym wyścigu Le Mans. Podczas tej imprezy jego drogi znowu skrzyżowały się z Robertem Kubicą i nadal będą się przeplatać podczas kolejnego sezonu.

W tym roku Habsburg ponownie startuje w mistrzostwach świata wyścigów długodystansowych, reprezentując RealTeam by WRT. Dodatkowo bierze udział w niższej w hierarchii serii ELMS. Reprezentuje tam Preme.

ZOBACZ TAKŻE
Testy DTM: Habsburg najlepszy drugiego dnia. Kubica przyspieszył

Szlachcice, hrabiowie i książęta w F1. Wnioski

Na podstawie poprzednich przykładów możemy jasno stwierdzić, że wysokie urodzenie i pieniądze wiążące się z nim, mogą pomóc w rozpoczęciu kariery w tak prestiżowej i drogiej dyscyplinie, jaką jest motorsport. Fundusze na założenie własnego zespołu, pewność finansowa w przypadku niepowodzeń, czasami specjalne traktowanie to kilka sprzyjających czynników w takich sytuacjach. Jednak potężne „plecy” nie zawsze pozwalają zdobyć wyścigową chwałę. W przypadku von Tripsa można mówić nawet o przeszkodach wynikających z wysokiego urodzenia.

Czasami zwykły pasterz owiec, jakim był Jim Clark, potrafi za kółkiem więcej, niż wychowany w złotej klatce arystokrata. Jednakże trzeba wziąć poprawkę na to, że każdy przypadek jest inny i nie każdy szlachcic to buc bez talentu. Często nawet książęta potrafią pokazać innym klasę nie tylko na królewskim dworze, ale też na torze.

5/5 (liczba głosów: 3)
Reklama