Najlepszy zawodzi najłatwiej
Jest źle. Jest bardzo, ale to bardzo źle. Nie można już niestety owijać w bawełnę i trzeba wprost przyznać, że McLaren operuje obecnie jednym kierowcą. Jest nim jak zawsze solidny, a czasem nawet genialny Lando Norris. Brytyjczyk bryluje na tle niezwykle bezbarwnego Daniela Ricciardo, który od przyjścia do zespołu nie spełnił żadnych z wielu pokładanych w nim oczekiwań. Doświadczony kierowca zawodzi, mimo że rzekomo dostał wszelkie możliwe wsparcie ze strony zespołu. Ponadto jak twierdzi, zrobił wszystko, co w jego mocy, żeby wydobyć swój przeogromny potencjał.
Nie jest to wyolbrzymienie. Chodzi przecież o kierowcę, który w przeszłości nie pozostawił żadnych wątpliwości uznanym w stawce kierowcom. Mowa tu o Nico Hulkenbergu i Estebanie Oconie, którzy znacznie odstawali od Australijczyka, tworząc z nim skład Renault kolejno w 2019 i 2020 roku. Jakby tego mało to przecież właśnie Ricciardo jeszcze we wcześniejszym etapie swojej kariery dał niemały wycisk dwóm mistrzom świata. Swoje największe sukcesy miał on bowiem w trakcie swojego długoletniego angażu w zespole Red Bulla, kiedy to jego rywalami byli Sebastian Vettel i Max Verstappen.
Przygoda Ricciardo z McLarenem to jednak zupełnie inna rzeczywistość i to zdecydowanie w najgorszym tego słowa znaczeniu. Australijczyk jest cieniem samego siebie w kwalifikacjach i wyścigach, co oczywiście jest nie do pomyślenia w aspirującym wysoko McLarenie. Dlatego właśnie Zak Brown ukrócił w końcu to pasmo rozczarowań i zdecydował się zastąpić Ricciardo innym Australijczykiem w osobie Oscara Piastriego.
Trzeci wybór
33-latek początkowo grał pewnego. Wszystko wyglądało na to, że jak gdyby nigdy nic powróci po dwóch latach do fabryki w Enstone. Koncern Renault znany nam obecnie w Formule 1 pod nazwą Alpine przestawił się jednak na sprowadzenie Pierre’a Gasly’ego. W ostatnich dniach Ricciardo zaczął więc być łączony z dwoma słabszymi graczami, czyli Williamsem i Haasem, którzy mają jeszcze po jednym wolnym fotelu na przyszły sezon.

Fot. McLaren Media Center / Przyszłość Daniela Ricciardo zawisła niespodziewanie na włosku
Trudno jednak wyobrazić sobie to, że te ekipy byłyby w stanie pokryć wymogi finansowe, z jakim wiąże się ściągnięcie kierowcy z takim bagażem doświadczenia i rzemiosła wyścigowego. Sam zainteresowany dołożył też własne poglądy na jego obecną sytuację. Australijczyk sprawia wrażenie bycia zrezygnowanym swoim położeniem. Szokujące jest też to, że wprost zasugerował to, iż może go zabraknąć na starcie przyszłorocznych mistrzostw.
– Jestem otwarty na każdy scenariusz. Myślę, że każdy z nich ma swoje plusy i minusy. Są plusy przerwy [od F1 – przyp. red]. Obecnie moje ostatnie 18 miesięcy było wymagające, aniżeli lekkie. Więc może trochę wolnego czasu byłoby dobre. Ale też warto być aktywnym. Dlatego chcę to rozważyć. Wszystkie opcje, nawet jeśli jest to rola rezerwowego. Nie chcę być zbyt dumny, by powiedzieć, że jestem na to za dobry – stwierdził tajemniczo Daniel Ricciardo.
To koniec?
Daniel Ricciardo nie należy już do szerokiego grona młodych kierowców, którzy znajdują się w Formule 1, lub orbitują na jej marginesie. Ciężko więc wyobrazić sobie to, że któryś z zespołów widziałby go na ławce rezerwowych z długofalową myślą dania mu szansy. W identycznej pozycji znalazł się bowiem Nico Hulkenberg. Niemiec od swojego odejścia z Renault, w 2020 roku rozpoczął współpracę z Racing Point od GP 70-lecia, którą kontynuował po przemianowaniu się w Astona Martina.
Od tej pory oprócz pięciu występów okupionych przypadkami koronawirusa u kierowców tego zespołu, nikt nie myślał, żeby angażować go na głównego kierowcę. Wiemy już, że zespół Lawrence’a Strolla nigdy tego nie zrobi. Kiedy kilka tygodni temu emeryturę ogłosił przejście na emeryturę, Aston błyskawicznie dogadał się z Fernando Alonso, kompletnie pomijając swojego rezerwowego.
Dlatego też właśnie wygląda na to, że Ricciardo może pójść w ślady 4-krotnego mistrza świata i zawiesić kask na kołku. Już bowiem kilka miesięcy temu niespodziewanie zasugerował, że ta myśl chodzi mu po głowie. Było to przy okazji ogłoszenia przyszłorocznego wyścigu F1 w Las Vegas. Australijczyk powiedział wtedy, że zamierzał przejść na emeryturę, ale w takiej sytuacji tego nie zrobi. Wtedy jednak był on jeszcze pewny swojej dalszej współpracy z zespołem McLarena.