Connect with us

Czego szukasz?

Formuła 1

Recenzja „F1: Drive to Survive 5”. Co pomieszano tym razem?

Serial „F1: Drive to Survive” od lat wzbudza mieszane emocje. Sporo kibiców zawdzięcza mu możliwość przystępnego wprowadzenia do świata Formuły 1. Jednocześnie osoby śledzące ten sport od wielu lat zwracają uwagę na liczne manipulacje oraz błędy, jakich dopuszczają się reżyserzy i montażyści. W tym artykule będziecie mogli zapoznać się z naszą recenzją „F1: Drive to Survive 5”.

Jest kilka rzeczy, dla których warto odtworzyć Drive to Survive 5
Fot. Red Bull Content Pool

„F1: Drive to Survive 5” – utrzymana konwencja

Od pierwszego sezonu serial posiada pewien schemat, według którego powstają kolejne odcinki. Każda edycja „Drive to Survive” zaczyna się od wprowadzenia do sezonu, gdzie między innymi przedstawia się zawodników, a większość ujęć powstaje na torze podczas testów. Kolejne odcinki opowiadają już historię poszczególnych zawodników czy szefów zespołów. Najczęściej widzimy wtedy ujęcia z ich domu czy miejsca pracy poza torem, gdzie możemy poznać ich życie „od kuchni”. To wszystko przerywane jest fragmentami wywiadów z ciemnego pokoju w formie tzw. „setek”. Kulminacyjnym elementem każdego odcinka jest wybrany wyścig opowiedziany najczęściej z perspektywy danego zawodnika, lub zespołu. Bywa też, że są to dwa wyścigi, a to wszystko dopełnia się nagraniami zza kulis Formuły 1. Takimi kulisami bywają spotkania członków zespołu podczas briefingu czy nawet spotkania szefów ekip. W tym sezonie nie było inaczej. Sama koncepcja jest raczej na raczej na plus, ponieważ ułatwia ona twórcom serialu opowiedzenie samej historii.

ZOBACZ TAKŻE
Testy F1 2023: Leclerc i Perez najlepsi w sobotę | Analiza 3. dnia

Na kim skupiono się w tym sezonie?

W każdym sezonie znajdzie się kilka osób, którym na przestrzeni dziesięciu odcinków poświęca się więcej uwagi. Oczywiście jedną z nich jest Guenther Steiner, który oczywiście przeklina. Oczywiście dla jednych jest to najzabawniejsza rzecz na świecie zaraz obok żartu prowadzącego popularnego teleturnieju emitowanego w telewizji publicznej. Zaś dla innych jest to momentami czerstwe niczym skecz z cyklu „Chłop przebrany za babę”. Nie mniej jednak należy oddać ekipie produkującej serial, że nieco szerzej przedstawili oni jego postać. Dodatkowo ukazali oni perypetie zespołu, szczególnie te związane z Nikitą Mazepinem. Innymi bohaterami piątego sezonu byli Mattia Binotto, Lewis Hamilton, Christian Horner, Charles Leclerc, Pierre Gasly i Toto Wolff. Oczywiście każdy z wymienionych i niewymienionych bohaterów pojawiał się najczęściej w kontekście konkretnych historii. Jednakże nie będziemy spojlerować ich w całości, ponieważ nie na tym polega recenzja.

Jakie są moje odczucia odnośnie „F1: Drive to Survive 5”?

Pragnę zauważyć, że w tym roku poświęcono trochę więcej uwagi szefom ekip F1 oraz zakulisowym potyczkom między nimi. Oczywiście nadal znaczącą większą część serialu poświęcono kierowcom. Jednakże po drodze znalazło się kilka wątków dotyczących osób, które mają już większy wpływ na to, jak rozwija się sport. Zdecydowanie mogę polecić odcinek dotyczący Mercedesa. Ten oczywiście dotyczy problemów W11 z porpoisoingiem. Kulminacyjnym momentem tej sprawy jest dyskusja między szefami ekip Ferrari, Mercedesa i Red Bulla na spotkaniu ze Stefano Domenicalim. Zdecydowanie należy przyjrzeć się tej scenie, a nawet warto rozłożyć ją sobie na czynniki pierwsze.

Ogólnie rozmowy i docinki między Binotto, Hornerem, a Wolffem można uznać za jeden z najlepszych motywów piątego sezonu. Trudno powiedzieć na ile wynikają one z obecności kamer Netflixa, a na ile są one naturalne. Jednak osobiście uważam, że są one bardzo intrygujące. Ciekawym pomysłem była też wycieczka, jaką odbyli Mattia Binotto oraz Fred Vasseur. Ona pozwoliła nam poznać byłego oraz aktualnego szefa Scuderii poza pracą.

Potyczki słowne szefów ekip to zdecydowana ozdoba Drive to Survive 5

Fot. Red Bull Content Pool

Muszę wytknąć pewien mankament

Mianowicie nie każdy musi lubić to, że Binotto w wywiadach wypowiada się niemal wyłącznie w języku włoskim. Oczywiście pozwala mu to wyrazić swoje emocje w ojczystym języku, co ułatwia mu „wyrażanie oryginalnych emocji”. Jednakże z drugiej strony sprawia to delikatny dyskomfort w śledzeniu serialu. Oczywiście jeszcze z trzeciej strony można to potraktować jako okazję do nauki włoskiego. Dla mnie jednak jest to minus. Zresztą wystarczy wspomnieć, że taki aspekt miał być jednym z gwoździ do trumny jedynego sezonu serialu „MotoGP: Unlimited”.

Jeśli chodzi o kierowców to zdecydowanie na plus było ujawnienie kilku smaczków dotyczących zeszłorocznego zamieszania na rynku transferowym. Tylko z drugiej strony uważam, że Daniel Ricciardo nie wymagał aż takiej uwagi w tym sezonie. Zamiast tego mógł tam pojawić się mocno pominięty Sebastian Vettel. „F1: Drive to Survive 5” wcale nie ujawniło szokujących kulisów problemów Australijczyka w McLarenie oraz jego walki o utrzymanie się w stawce na sezon 2023. Kończąc temat Ricciardo, warto wspomnieć, że tym razem nie udało im się wytworzyć sztucznego konfliktu z Lando Norrisem. Jednak to raczej wynikało z tego, że sam Brytyjczyk oraz zespół z Woking już pamiętali o tym, co miało miejsce w dwóch poprzednich edycjach serialu.

ZOBACZ TAKŻE
Red Bull sprzeda Scuderię AlphaTauri? Kto ich przejmie?

Oto, co jeszcze pragnę wyróżnić w „F1: Drive to Survive 5”

W ostatnich latach irytującym motywem była obecność brytyjskich dziennikarzy, takich jak Will Buxton czy Jennie Gow. Ich zadaniem było tłumaczenie pewnych zagadnień związanych z F1 w sposób taki, który miał być maksymalnie prosty i przystępny dla nowego kibica. Najczęściej wychodziły takie kwiatki, jak to, że w F1 wygrywa pierwszy na mecie, lub to, że samochody są szybkie. Tutaj dobrym pomysłem było ograniczenie obecności tych dwóch osób do maksymalnego minimum. Jednak i tak nie oszczędzono nam takich oczywistości, jak to, że kwalifikacje są istotne, ponieważ determinują one kolejność na starcie do wyścigu. Jednak to jest jedyna taka wstawka.

ZOBACZ TAKŻE
Zmiany techniczne F1 2023. Na czym skupią się zespoły?

Nie oszczędzono nam koloryzowania rzeczywistości

Na świecie są pewne trzy rzeczy: śmierć, podatki i nadmierna koloryzacja w „Drive to Survive”. Nie jest może tak źle, jak w trzecim sezonie, który subiektywnie był najgorszy pod tym kątem. Jednakże nie zmienia to faktu, że kreowanie zdarzeń, które nie miały miejsca jest po prostu kiepskie jak jak hasło do oficjalnego konta Roberta Kubicy na Facebooku. Wcześniej przytoczyłem motyw konfliktu Lando Norrisa z Danielem Ricciardo z czwartego sezonu. Podobnych zabiegów, ale w jeszcze bardziej ordynarny sposób próbowano rok wcześniej, ale pomiędzy Norrisem, a Sainzem. Tym razem padło na Micka Schumachera, ale nie przeciw Kevinowi Magnussenowi.

Wydaje mi się, że tym złym miał być Gunther Steiner, podczas gdy niemiecki kierowca miał być wiecznym debiutantem. Jeśli miałbym zaspoilerować jedną rzecz z tej historii to będzie to ujęcie na Kevina Magnussena. Takowe dodano jako jedno z ujęć zaraz po wypadku jego partnera zespołowego podczas wyścigu o GP Monako. Kontekstem tego ujęcia jest to, że Duńczyk wycofał się chwilę wcześniej po awarii samochodu. Tymczasem wstawiono je w takim momencie, że bez znajomości kontekstu można uznać, że Schumacher rozbił się po kolizji z Magnussenem lub też Duńczyk przeciął mu przewody hamulcowe dzień wcześniej i teraz tylko patrzy, jak Niemiec wyjeżdża z garażu.

Innym przykładem naginania rzeczywistości może być odcinek, którego jednym z bohaterów miał być Sergio Perez podczas GP Monako. Meksykanin wprawdzie wówczas jeszcze nie podpisał nowego kontraktu z Red Bull Racing, więc formalnie jego przyszłość nie była jeszcze znana. Jednakże biorąc pod uwagę to, jak „Checo” otworzył tamten sezon to budowanie wokół niego otoczki zawodnika będącego nad przepaścią uważam za szukanie sensacji tam, gdzie jej nie ma.

Nie warto oglądać całości, ale…

Tu nie powiem niczego odkrywczego. Jeśli ktoś dopiero poznaje ten sport to „Drive to Survive”  (czy to sezon 5 czy poprzednie) jest przystępną formą poznania F1. Jedynie po obejrzeniu go należy koniecznie sięgnąć do źródeł, aby naprostować pewne przekłamania. Jeśli jednak ktoś śledzi ten sport od kilku lat, lub nawet pamięta czasy, w których serią rządził Bernie Ecclestone to DTS można traktować jako stratę czasu, lub formę kabaretu. Ewentualnie poleciłbym oparcie o nią gry polegającej na wyszukaniu jak największej ilości nagięć rzeczywistości, w którą można grać z przyjaciółmi, którzy również śledzą F1.

Będąc jednak poważnym to kibice śledzący ten sport od wielu lat także znajdą tu coś dla siebie. Osobiście takim osobom mogę polecić wspomniane fragmenty spotkań między szefami ekip, bądź inne wstawki zza kulis z udziałem kierowców. Ten serial jest przeznaczony dla nowego kibica, który chce poznać F1, a nie dla osób, które już ją poznały. Dlatego też nie należy się dziwić, że takie osoby nie dowiedzą się z niego zbyt wielu rzeczy, o których nie wiedziały wcześniej.

5/5 (liczba głosów: 4)
Reklama