Dla przeciętnego człowieka te astronomiczne kwoty pozostają w sferze abstrakcji. Tymczasem w świecie superluksusowych marek jak Ferrari, producenci celowo tworzą ekskluzywny klub finansowych rekinów, między których regularnie rzucają nowe przynęty. Ten mechanizm prowadzi do sytuacji, w której drapieżne ryby biznesu ścigają się między sobą o możliwość posiadania kolejnego krwistoczerwonego egzemplarza, co tylko dodatkowo winduje ceny ponad wszelkie techniczne uzasadnienie.
Od miliona do wielu milionów euro – historia zawrotnych cen
Przykładem zmieniających się relacji cenowych może być Bugatti Veyron, technologiczne arcydzieło, przy którym ówcześnie najpotężniejszy koncern motoryzacyjny świata prawie połamał sobie zęby. Samochód kosztował milion euro i nawet najbogatsi wahali się przed zakupem, przez co trudno było wyprzedać całą produkcję.
Dziś, mimo że od premiery Veyrona minęło już prawie 20 lat, ceny używanych egzemplarzy w Europie zaczynają się od 1,5 miliona euro. To pokazuje, jak bardzo zmieniły się relacje cenowe – milion euro, czyli około 4 milionów złotych, to wciąż ogromna suma, za którą obecnie nie kupimy nic nawet zbliżonego do poziomu Veyrona – nawet samego, niemal 20-letniego już Veyrona w tej cenie nie znajdziemy.
W ostatnich latach liczba bardzo zamożnych osób znacząco wzrosła, co mogło sugerować, że trend ten nigdy się nie zatrzyma. Historia motoryzacji pokazuje jednak, że podobne sytuacje już się zdarzały, jak choćby na początku lat 90., w erze Bugatti pod skrzydłami Romana Artiolego, gdy pozornie nieskończona liczba chętnych do zakupu ekskluzywnych aut nagle się skończyła.
Ferrari F80 – pierwsze oznaki nasycenia rynku?
Zmiana trendu zazwyczaj zaczyna się od produktu, który nie do końca spełnia oczekiwania, jest kontrowersyjny i w pewnych aspektach rozczarowuje, a jego ekskluzywność jest w pewnym stopniu sztuczna. Dokładnie tak prezentuje się nowe Ferrari F80. Model budzi kontrowersje zarówno swoim wyglądem, jak i zastosowaniem jedynie silnika sześciocylindrowego, a do tego jest wyjątkowo drogi – kosztuje ponad 3 miliony euro, przy wcale nie tak mocno ograniczonej produkcji 799 sztuk.
Według doniesień zazwyczaj dobrze poinformowanego Supercarbloga, powołującego się na źródła wewnątrz Ferrari, producent wciąż nie znalazł nabywców na około 160 z 799 planowanych egzemplarzy. W obecnej sytuacji gospodarczej taki scenariusz wydaje się całkiem prawdopodobny – nawet najbogatsi zaczynają uważniej przyglądać się swoim wydatkom, zanim pojawią się rzeczywiste problemy.
Historia zna już podobne przypadki – Ferrari miało problemy ze sprzedażą wszystkich egzemplarzy modelu F50 (349 sztuk), Jaguar nie poradził sobie z modelem XJ220, a Bugatti z trudem zbywało Veyrony. Znalezienie 800 osób gotowych wydać miliony złotych na samochód nie zawsze musi być proste.
Alokacja to nie sprzedaż – niepewna przyszłość F80
Sama marka Ferrari zaprzecza doniesieniom o problemach ze sprzedażą F80, twierdząc, że wszystkie planowane egzemplarze zostały „alokowane”. Warto jednak zauważyć, że alokacja nie jest równoznaczna ze sprzedażą – może oznaczać jedynie przydzielenie określonej liczby samochodów na poszczególne rynki, gdzie znalezienie konkretnych nabywców na wszystkie zaalokowane egzemplarze może okazać się problematyczne.
Okres między alokacją a faktycznym zakupem w przypadku Ferrari trwa zazwyczaj od roku do półtora roku, w czasie którego wiele może się wydarzyć. W obecnej sytuacji gospodarczej ta niepewność nabiera szczególnego znaczenia, szczególnie że bardzo bogaci ludzie, choć tracą wolniej i później niż reszta społeczeństwa, nie żyją w próżni.