Nie zawsze jednak wysokie pensje i premie idą w parze z rzeczywistymi zasługami. Są przypadki, w których wkład menedżera w sukces firmy jest co najmniej dyskusyjny, a czasem wręcz bliski zeru – na przykład gdy korzysta on z korzystnych trendów makroekonomicznych, nie wnosząc wiele od siebie. Zdarzają się też sytuacje, gdy działania szefa przynoszą firmie więcej szkody niż pożytku, co stawia pod znakiem zapytania zasadność przyznawania mu bajońskich kwot.
Przykładem może być Carlos Tavares, były CEO Stellantisa, który przez długi czas przedstawiał się jako zbawca tej korporacji, by ostatecznie okazać się dogmatycznym liderem, którego decyzje przyczyniły się do spadku zysków i szeregu problemów, z którymi firma będzie musiała zmagać się przez lata. Mimo to jego konto zasiliły astronomiczne sumy, co każe zadać pytanie: czy takie wynagrodzenie jest sprawiedliwe?
Miliony za kontrowersyjne rządy
Carlos Tavares, który przez lata kierował Stellantisem, zyskał reputację człowieka zdolnego do wyciągania firm z kryzysu, ale jego ostatnie dokonania rzucają cień na ten obraz. Początkowo postrzegany jako klucz do sukcesu, z czasem ujawnił się jako lider, którego upór i błędne decyzje wpędziły spółkę w poważne tarapaty. Zyski Stellantisa drastycznie zmalały, a problemy operacyjne, które powstały pod jego wodzą, mogą wymagać lat, by je naprawić.
Mimo tych niepowodzeń Tavares nie odszedł z pustymi rękami. Jak podają dziennikarze z Motor1, jego podstawowa pensja wynosiła około 2 milionów euro rocznie, co w porównaniu z innymi elementami jego wynagrodzenia wydaje się jednak bardzo skromne. Prawdziwe bogactwo przyniosły mu jednak premie i bonusy, które w ciągu lat pracy w Stellantisie sięgnęły zawrotnej kwoty 102 mln euro.
To jednak nie koniec finansowych profitów. W 2025 roku Tavares otrzyma kolejne 2 miliony euro, mimo że nie będzie już aktywnie pracował dla firmy, a w 2026 roku na jego konto wpłynie 10 milionów euro. Do tego dochodzi 800 tysięcy akcji Stellantisa, których wartość została już wliczona w wcześniej wspomniane wyliczenia, co nadal stanowi imponującą sumę za – jak niektórzy mogliby to określić – wątpliwą rolę w historii firmy.
Czy rynek naprawdę decyduje o takich wynagrodzeniach?
Kwoty, jakie otrzymują menedżerowie pokroju Tavaresa, budzą pytanie o to, czy mechanizmy rynkowe rzeczywiście działają w takich przypadkach. Teoretycznie to rynek powinien określać wartość pracy CEO, ale w praktyce można wątpić, czy takie wynagrodzenia są efektem zdrowej konkurencji. Czy Tavares zrezygnowałby z posady, gdyby zaoferowano mu „tylko” 50 mln zamiast 102 mln euro? A może 25 milionów byłoby dla niego wystarczające?
Kolejna kwestia to atrakcyjność takiego menedżera na rynku pracy. Czy przy jego ostatnich wynikach inna firma motoryzacyjna byłaby skłonna przebić ofertę Stellantisu, mówiąc: „Carlosie, rzuć to wszystko, damy ci dwa razy więcej”? Wydaje się to mało prawdopodobne, co prowadzi do wniosku, że jego wynagrodzenie mogło być bardziej wynikiem wewnętrznych ustaleń niż realnej wyceny rynkowej.
Sprawa Tavaresa pokazuje, że system wynagradzania najwyższych menedżerów nie zawsze odzwierciedla ich rzeczywisty wkład w sukces firmy. Gdy zyski spadają, a problemy rosną, takie kwoty jak te wyżej wskazane mogą wydawać się nieproporcjonalne – i to nie tylko z perspektywy zwykłej zazdrości, ale także zdrowego rozsądku.