Nie jest tajemnicą, że Griffiths w ostatnim czasie nie gryzł się w język, komentując zarówno przyszłość elektromobilności, jak i politykę Unii Europejskiej. Jeszcze niedawno otwarcie stwierdził, że pod szyldem Seata nie zamierza wprowadzać do 2030 roku żadnego w pełni elektrycznego modelu, bo – jak sam przyznał – na takich autach po prostu nie da się zarobić. To stanowisko mogło zaskoczyć, zwłaszcza że wcześniej Griffiths zdawał się być raczej konformistą, powtarzającym slogany o „elektrycznej przyszłości”.
Spekulacje na temat jego odejścia nabierają więc tempa. Czyżby miał dość udawania i postanowił powiedzieć, co naprawdę myśli? A może dostrzegł, że kierowana przez niego firma zmierza w trudnym kierunku i uznał, że czas się wycofać? Jedno jest pewne – jego nagły ruch z pewnością nie przeszedł bez echa w branży motoryzacyjnej.
Griffiths kontra branżowe trendy
Słowa Griffithsa o braku opłacalności samochodów elektrycznych nie były przypadkowe. Dla osób znających kulisy współczesnego przemysłu motoryzacyjnego to żadna nowość – produkcja aut na prąd wciąż generuje więcej kosztów niż zysków. Jednak publiczne przyznanie się do tego przez szefa dużej marki to coś, co w świecie pełnym politycznej poprawności uchodzi za rzadkość.
Griffiths nigdy nie był postrzegany jako buntownik czy „enfant terrible” motoryzacji. Wręcz przeciwnie – przez lata wydawał się raczej człowiekiem idącym z prądem, gotowym powtarzać frazesy o zielonej przyszłości, nawet jeśli brzmiały one jak puste obietnice. Jego niedawna krytyka elektromobilności i unijnych regulacji była więc tym bardziej szokująca – zarówno dla współpracowników, jak i dla obserwatorów rynku.
Czy to możliwe, że Griffiths po prostu zmęczył się graniem roli konformisty? A może uznał, że dalsze milczenie w obliczu narastających problemów Seata i Cupry byłoby sprzeczne z jego przekonaniami? Bez względu na motywacje, jego słowa z pewnością wywołały burzę – i być może stały się początkiem końca jego kariery w strukturach Volkswagena, właściciela obu marek.
Tajemnica odejścia. Co naprawdę stoi za decyzją Griffithsa?
Oficjalne wyjaśnienie Seata, że Griffiths odchodzi „na własne życzenie”, brzmi mało przekonująco. Jeśli ktoś z dnia na dzień rezygnuje z tak prestiżowej posady, zazwyczaj kryje się za tym coś więcej niż chęć „poświęcenia się nowym wyzwaniom”. W przypadku nagłej choroby czy rodzinnych problemów komunikuje się to inaczej – bardziej otwarcie i z większym naciskiem na osobiste okoliczności.
Tymczasem Griffiths jeszcze niedawno walczył o przyszłość Seata, krytykując unijne regulacje, które – jak twierdził – dławią rozwój firmy. Trudno uwierzyć, że człowiek tak zaangażowany w swoje obowiązki nagle postanowił rzucić wszystko i zająć się czymś innym. Bardziej prawdopodobne wydaje się, że jego szczerość mogła nie spodobać się komuś z góry – być może w samym koncernie Volkswagena, który niekoniecznie podziela jego sceptycyzm wobec elektromobilności.
Czas pokaże, co naprawdę wydarzyło się za kulisami. Na stole leży wiele hipotez – od wewnętrznych konfliktów w zarządzie, przez naciski ze strony VW, po osobiste powody, o których na razie nic nie wiemy. Jedno jest pewne: odejście Griffithsa to nie tylko strata dla Seata, ale i zagadka, która jeszcze długo będzie rozgrzewać dyskusje w motoryzacyjnym świecie.