Obstawanie wyłącznie przy samochodach elektrycznych nigdy nie miało sensu ani ekonomicznego, ani technicznego – był to wybór w gorszym razie ideologiczny, czyli próba „zrobienia dobrej rzeczy bez względu na koszty”, a w lepszym – czysto oportunistyczny, czyli dążenie do spełnienia narzuconych regulacji, zakazów, ulg i kar, które faworyzowały elektromobilność, by na tym zarobić. Obie drogi musiały w końcu doprowadzić do ściany.
Działanie pod presją ideologii zawsze kończy się porażką, bo ignoruje logikę rynku i prowadzi do decyzji sprzecznych z rzeczywistością, które prędzej czy później się mszczą. Oportunizm z kolei działa tylko tak długo, jak długo trwają korzystne warunki – a wymuszenie na całym rynku wyłącznie aut elektrycznych, gdy naturalny popyt oscyluje między 1 a 20 procent w zależności od kraju, to po prostu nierealne. I właśnie dlatego strategia Porsche musiała się zawalić.
Porsche ignorowało klientów – i zapłaciło za to miliardami
Jeszcze przed kryzysem jeden z niemieckich profesorów otwarcie mówił zarządowi Porsche, że to klient zawsze musi być na pierwszym miejscu. Przypominał przy tym słowa Sama Waltona, założyciela Walmartu: „Klient może zwolnić wszystkich w firmie – od zarządu po pracownika przy taśmie – po prostu wydając swoje pieniądze gdzie indziej.” Porsche jednak zlekceważyło te ostrzeżenia.
Firma postawiła sobie absurdalny cel – 80 procent sprzedaży aut elektrycznych do 2030 roku – mimo że realny popyt nigdy nawet nie zbliżał się do takich poziomów. Już w 2025 roku było jasne, że to nierealne. Zamiast dostosować się do rynku, Porsche zabiło spalinowego Macana, przeszło na prąd w modelu 718, a nawet zaczęło elektryfikować kultową 911. Cayenne i Panamera też poszły w tym kierunku – z fatalnym skutkiem.
Efekt? Samochody straciły duszę, stały się droższe, mniej pożądane, a koszty rozwoju elektromobilności eksplodowały. Porsche wpadło w klasyczną pułapkę ostatnich lat: spadające przychody przy rosnących kosztach. W ciągu zaledwie dwóch lat przeszło z pozycji jednej z najbardziej rentownych marek świata do firmy, która traci dziesiątki miliardów kwartalnie.
Kryzys przyspieszony przez Chiny, cła i wojnę
Nie tylko ślepa wiara w elektromobilność pogrążyła Porsche. Kluczowe rynki – Chiny i USA – przynoszą dramatyczne spadki. W Chinach popyt na drogie niemieckie auta wyparował, w USA uderzyły cła, a wojna na Ukrainie i sankcje wobec Rosji dodatkowo obcięły dochody. „Brakuje nam pieniędzy z dwóch trzecich kluczowych rynków” – przyznał Oliver Blume w wywiadzie dla Bild am Sonntag.
Firma reaguje radykalnie: restrukturyzacja, cięcia kosztów, zmiana strategii produktowej. Porsche inwestuje w elastyczne platformy napędowe – spalinowe, hybrydowe i elektryczne jednocześnie. To ma zapewnić przetrwanie i powrót do zysków. Blume nie owija w bawełnę: „Jesteśmy w ogromnym kryzysie, ale musimy się z niego wydostać – nawet jeśli oznacza to bolesne kroki wstecz.”
Zmiana na stanowisku szefa też już pewna – Blume odchodzi, a jego miejsce zajmie Michael Leiters, specjalista od aut sportowych. „Od przyszłego roku będzie widoczny wyraźny pozytywny trend” – zapewnia ustępujący CEO. Wierzymy, że tak się stanie. Pytanie tylko, czy cała ta droga przez dno była naprawdę konieczna.