Zmora współczesnej motoryzacji
To, co kiedyś wymagało jednego intuicyjnego naciśnięcia guzika wymacywanego bez patrzenia, dziś skrywa się w siódmym poziomie menu dotykowego ekranu wielkości boiska piłkarskiego. Efekt jest taki, że zamiast skupiać się na prowadzeniu, kierowca musi ślęczeć wzrokiem nad ekranem, ryzykując przy tym oparzenie palców o rozgrzany plastik obudowy wyświetlacza. Clarkson w swojej recenzji uderza w dokładnie ten sam punkt.
Volvo ES90 – elektryczny odpowiednik modelu S90 – wymaga nurkowania w cyfrowych menu nawet przy najbanalniejszych czynnościach, takich jak regulacja koła kierownicy. Zamiast ułatwiać życie, auto nieustannie domaga się uwagi kierowcy, a gdy ten skupia wzrok na ekranie, natychmiast zaczyna go „besztać” za brak koncentracji na drodze. To błędne koło absurdu, w którym system sam prowokuje sytuację, za którą natychmiast karze użytkownika.
Clarkson podkreśla przy tym specyficzny problem, który dotyka kierowców w Wielkiej Brytanii, Japonii czy na Cyprze – a więc wszędzie tam, gdzie jeździ się lewą stroną drogi. „W porządnym aucie z gałkami i przyciskami możesz znaleźć to, czego szukasz, używając dotyku. Przy ekranie musisz na niego spojrzeć, żeby trafić w odpowiednią funkcję. A jeśli to zrobisz w Volvo, auto na ciebie krzyczy. Nienawidzę ekranów w samochodach, a te szczególnie nie sprawdzają się w krajach, gdzie trzeba obsługiwać je lewą ręką, co dla większości ludzi jest nienaturalne” – napisał dziennikarz w recenzji dla „The Times”.

Fot. Volvo

Fot. Volvo
Technologia, która nie działa
Gdyby problemy z dotykowym ekranem były jedyną bolączką ES90, Clarkson być może dałby autu szansę i dotrwał do końca testu. Prawdziwy przełom nastąpił jednak, gdy do głosu doszedł system dostępu do pojazdu. Volvo ES90 zamiast tradycyjnego kluczyka używa karty zbliżeniowej – rozwiązania, które w teorii brzmi nowocześnie, a w praktyce okazało się dla dziennikarza źródłem koszmaru.
Po wyjściu ze spotkania Clarkson nie był w stanie otworzyć drzwi samochodu, który testował. Karta po prostu odmawiała współpracy. Dziennikarz został zmuszony wrócić do domu innym pojazdem, a następnie zadzwonić do kogoś, kto odblokował Volvo i przywiózł mu je pod dom. Gdy następnie próbował wsiąść do auta, musiał podjąć czternaście prób, zanim drzwi w końcu się otworzyły. A kiedy już usiadł za kierownicą, deska rozdzielcza wyświetliła komunikat: „Nie znaleziono kluczyka”.
W tym momencie dziennikarz podjął decyzję – zakończył test przed czasem i odesłał samochód do producenta. Jak przyznał wprost, kombinacja nieużywalnego podczas jazdy interfejsu i auta, do którego nie można wsiąść, to coś, czego w swojej długiej karierze jeszcze nie doświadczył. Właśnie ta mieszanka absolutnego braku funkcjonalności zaowocowała tytułem „najgłupszego auta, jakie kiedykolwiek prowadził”.
Trzy gwiazdki i gorzka konkluzja
Ostateczna ocena w „The Times” to trzy gwiazdki na pięć. To mizerny wynik, choć – jak przypomina sam autor – bywało gorzej. Clarkson nie odmawia ES90 pewnych zalet: chwali jakość wykończenia wnętrza, przestronność kabiny i ogólny komfort jazdy. To właśnie te cechy uratowały auto przed kompletną klapą w punktacji. Testowany egzemplarz to wersja z silnikiem o mocy 338 koni mechanicznych i baterią o pojemności 92 kWh, której cena w Wielkiej Brytanii wynosi od 77 260 funtów. W Polsce ceny modelu startują od 299 900 zł.
Problem w tym, że nawet najlepsza jakość materiałów i znakomite właściwości jezdne nie są w stanie zrównoważyć fundamentalnych błędów inżynierskich i projektowych. Auto, które na każdym kroku denerwuje właściciela swoim „zachowaniem” i w ostatecznym rozrachunku faktyczną bezużytecznością w codziennych sytuacjach, przekreśla wszelkie swoje zalety. ES90 sprzedaje się zresztą niezwykle słabo. W całej Europie Volvo znajduje nabywców zaledwie na kilkaset egzemplarzy tego modelu. Recenzja Clarksona raczej nie poprawi tych statystyk.