Connect with us

Czego szukasz?

Formuła E

Historyczny dublet Porsche i koszmar Jaguara | Analiza E-Prix Meksyku

Porsche pierwszy raz w historii wygrało wyścig Formuły E. Ich zwycięstwu towarzyszyły jednak okoliczności co najmniej niewiarygodne.

E-Prix Meksyku
Fot. ABB FIA Formula E World Championship / Twitter

Zwycięstwem ekipy Porsche zakończyło się szalone E-Prix Meksyku na Autodromo Hermanos Rodriguez. Po pierwszym kwadransie los znów wskazywał na Edoardo Mortarę, lecz strategiczne umiejętności i zasoby zespołu tym razem naprawdę zgrały się z naturalnym talentem ich dwóch niemieckich kierowców. Dla Pascala Wehrleina, zdobywcy pole position po świetnym okrążeniu i błędzie Mortary w ostatnim zakręcie, również jest to pierwszy triumf.

Jego zespołowy partner, Andre Lotterer, po raz siódmy w karierze stanął na drugim stopniu podium. W końcowej fazie zawodów zastosował się jednak do poleceń zespołowych, i choć trzymał się niemal na skrzyni biegów rodaka, nie podjął prób ataku. Podium uzupełnił Jean-Eric Vergne z ekipy DS Techeetah, szybszy (choć nieznacznie) od drugiego z ich kierowców, Antonio Felixa da Costy.

Początek pod znakiem trybu ataku

Znakomity start Edoardo Mortary zwiastował wielkie zmiany już w pierwszym zakręcie, ale Pascal Wehrlein zdecydowanym manewrem zablokował wewnętrzną stronę prawego łuku, tym samym utrzymując pozycję lidera. Dalsza część pierwszego okrążenia przebiegała zaskakująco sielankowo – tylko Alexander Sims stracił szansę na rezultat przez bliżej nieokreślony problem mechaniczny, który zakończył jego wyścig już w sekcji stadionowej.

Za Wehrleinem dość szybko utworzyła się grupa pościgowa składająca się z Mortary, Lotterera, dwóch kierowców DS Techeetah oraz Robina Frijnsa, który prędko odskoczył Nickowi Cassidy’emu. Cassidy jako jedyny z czołówki z rozmysłem oszczędzał tryby ataku, pozostawiając oba ładunki na drugą połowę zawodów. Cała reszta czołówki bez skrępowania przejeżdżała przez wydzielone linie czujników.

W tym momencie spadło tempo kierowców Porsche, co błyskawicznie wykorzystał Mortara, mijając Wehrleina na prostej tuż po tym, jak Niemiec po raz pierwszy załadował dodatkowe 30 kw mocy. Fani Porsche mogli w tym momencie złapać się za głowę, bo kapitalnie spisujący się przez całą sobotę niemieccy zawodnicy jakby na sygnał zaczęli tracić lokaty. Chwilę później Jean-Eric Vergne i Antonio Felix da Costa przedarli się przez Lotterera, a Francuz także przed Wehrleina. Potentaci z sesji treningowych spadli na 3 i 5 miejsce.

W tym starciu ucierpiał da Costa, który nie spodziewając się nagłego ruchu ze strony Wehrleina, uderzył go w tylną lewą część samochodu, łamiąc sobie osłonę koła. Niemiec sięgał akurat po drugi tryb ataku. Portugalczyk przypłacił to chwilową utratą tempa i spadkiem z czwartej lokaty na szóstą, ale zdezelowana osłona szybko odpadła, pozwalając mu wrócić do gry. Podobne sytuacje miały miejsce niemal za każdym razem, gdy członek większej grupy kierowców gwałtownie skręcał po dodatkową moc. Z lekkim pchnięciem od tyłu spotkał się też m.in. Maximilian Guenther.

Porsche kontratakuje

Mnóstwo akcji toczyło się także w środku stawki, gdzie Lucas di Grassi z właściwym sobie zacięciem przebijał się z miernej 14 pozycji, prędko lądując w czołowej dziesiątce. Brazylijczyk obrał za cel niemrawe samochody Mercedesa, w co z czasem uwikłał się wciąż oszczędzający na trybie ataku Cassidy. Di Grassi zaatakował go znienacka w zakręcie numer 4. Wypchnął wówczas Nowozelandczyka tak szeroko, że ten spadł z 7 pozycji na 11 w przeciągu następnych kilku zakrętów.

Wchodząc w fazę obligatoryjnego zarządzania energią, Porsche przeżyło nagły renesans. Zarówno Wehrlein, jak i Lotterer mieli na podorędziu ok. 2% więcej niż liderujący Mortara i Vergne, rozpoczęła się zatem wielka pogoń Niemców za nieosiągalnym do tej pory triumfem. Wehrlein przebił się bez większego trudu przez Vergne’a, a nowo narodzony Lotterer dokonał tego samego na Portugalczyku.

Uskrzydleni sukcesem błyskawicznie zbliżyli się do Mortary i powtórzyli tę samą sekwencję manewrów. Wehrlein przeskoczył Szwajcara na hamowaniu do zakrętu numer 1, a Lotterer wewnętrzną ścieżką wepchnął się w zakręcie nr 3. Porsche wskoczyło na drogę po dublet, a ich jedynym rywalem wobec tracącego energię Mortary stał się fenomenalny Robin Frijns. Przeciskający się z zabójczą powtarzalnością godną manewrów Fernando Alonso, śmiałym atakiem przed zakrętem nr 9 wskoczył na trzecie miejsce na 7 minut przed końcem wyścigu.

Świetnym wyczuciem popisał się też jego partner z ekipy, Cassidy. Po koszmarnej stracie związanej z odwlekaniem użycia trybu ataku, Nowozelandczyk podkręcił obroty i przedarł się z powrotem do czołowej dziesiątki. Nie pozostał tam jednak na długo, gdyż szalona walka z udziałem Vandoorne’a, de Vriesa, Birda, Rowlanda i Evansa, w którą się uwikłał, zakończyła się dla kierowcy Envision Racing ponownym spadkiem o kilka pozycji.

 

Nieprzewidywalny finisz i wielkie zaskoczenie

Brytyjczycy nie cieszyli się też długo z pozycji Frijnsa. Holender, zmuszony oszczędzać energię, stracił dwie lokaty na rzecz kierowców DS Techeetah, przeżywających na sekundy przed końcem podobną rezurekcję, co Porsche kwadrans wcześniej. Dopiero wtedy w Meksyku zaczął się chaos. Wehrlein przeciął linię mety tuż przed upływem regulaminowego czasu, co oznaczało w praktyce dwa dodatkowe kółka.

Zawodnicy Porsche jechali na pewnym prowadzeniu, z pokaźną przewagą nad duetem DS. Za nimi jednak cała kolejka samochodów balansowała na granicy przetrwania, tocząc niebywałe boje o piąte miejsce. Najwięcej energii posiadali zawodnicy Mercedesa, lecz Vandoorne’a uderzył di Grassi, pozbawiając go szans na top 10. Nyck de Vries zachował zimną krew, finiszując szósty, zgarniając też punkt za najszybsze okrążenie.

Niesamowity finisz zapewnił kilka oczek niemal kompletnie niewidocznym zawodnikom Nissana, którzy zajęli 8 i 9 miejsce, a pozbawił ich obu Jaguarów. Mitch Evans i Sam Bird fenomenalnie przebijali się z miejsca na miejsce, zagrażając nawet czołowej szóstce, ale ich pieśń zwycięstwa przeminęła wraz z informacją o dodatkowych dwóch okrążeniach – Brytyjczyk uplasował się 15-ty, a Evans dopiero 19-ty.

Jaguar może zrzucić część winy na pech, tymczasem fortuna uśmiechnęła się do Jake’a Dennis. Brytyjczyk nie mógł odnaleźć tempa w żadnej z sesji, a jednak wywozi z Meksyku kolejne oczko. Największą niespodziankę sprawił jednak Nick Cassidy – najpierw poprzez taktykę oszczędzania energii, a potem przez precyzyjne ataki. Paradoksalnie, i tak niczego na nich nie uzyskał.

To właśnie Cassidy ostatecznie zużył bowiem zbyt wiele energii. Okrążenie po okrążeniu przebijał się coraz wyżej – spektakl wybitny, ale efekty żadne. Envision przesadziło z wykorzystywaniem mocy drzemiącej w jednostce Audi i prędzej czy później będą musieli wyciągnąć z tego wnioski. Ich duet jest najbardziej wyrównany i dysponuje największą wyścigową fantazją w stawce. Cóż jednak z tego, kiedy brakuje im skuteczności w newralgicznych momentach?

Porsche i inni zadowoleni

Poza ekipą Porsche bez wątpienia trzeba pogratulować DS Techeetah. Vergne i da Costa wyglądali świetnie w środkowej części zawodów, ale po podkręceniu tempa przez Niemców nieco przygaśli. Perfekcyjnie wykorzystali jednak kłopoty Venturi oraz Envision i odbili kapitalne 3. i 4. miejsce. Chwalić można też wspomnianych zawodników Nissana e-dams, szczęśliwych zdobywców 8 i 9 miejsca.

Buemi i Gunther trzymali się w pierwszej połowie drugiej dziesiątki, lecz nie zanosiło się na wyczekiwany przełom. Gdy jednak pojawiła się okazja, skorzystali z niej bez wahania, wyciskając z baterii energię do granic możliwości. Bez wątpienia najpiękniejszym występem popisał się jednakże Robin Frijns. Choć siódme miejsce może tego nie odzwierciedlać, jego ataki na Antonio Felixa da Costę oraz Edoardo Mortarę bez wątpienia zapiszą się w historii FE.

 

Docenić należy też Jaguara, głównie z powodu kompletnego braku tempa w kwalifikacjach. Sam Bird startował dopiero siedemnasty, a Mitch Evans ledwie o sześć miejsc wyżej. Mimo tego, obaj wskoczyli do dziesiątki i sprawowali się w niej znakomicie aż do chwili, gdy zabrakło im mocy. Brytyjska stajnia popełniła błąd strategiczny, za który, jak zawsze, przyszło zapłacić ich kierowcom. Widać, że w nowej maszynie jest tempo, ale na drodze Jaguara zawsze stoi jakaś przeszkoda. Przypomina to debiutancki sezon Venturi i notoryczne kłopoty Stephane’a Sarrazina oraz Nicka Heidfelda.

Z tego samego powodu warto zauważyć wynik Olivera Turveya. Brytyjczyk długo trzymał się na szarym końcu, oszczędzając energię. Czy NIO rzeczywiście zakładało scenariusz, który ostatecznie wszedł w życie? Nie wiadomo, lecz nie to jest istotne. Ważne, iż Turvey zakończył zawody na wyśmienitej 14 pozycji. Dan Ticktum raz jeszcze był od niego szybszy, ale doświadczony Brytyjczyk pokonał go wyścigową rozwagą.

Kto spisał się przeciętnie?

Przede wszystkim Andretti. Po świetnym starcie z amerykańskiej ekipy jakby uleciało powietrze. Jake Dennis męczył się już w treningach, a Olivera Askew przez cały weekend praktycznie nie było widać. W wyścigu obaj nie mieli szans na punkty i oczko Dennisa wynika niestety wyłącznie z niespodziewanych przetasowań. Podobnie oceniać można drugi zespół ze Stanów Zjednoczonych, którym Meksyk jak widać nie służy.

Penske zapewniło swoim kierowcom bolid wolny, który ożywił się na chwilę tylko w rękach Antonio Giovinazziego. Włoch, trzeba mu to oddać, jechał o wiele lepiej niż podczas pierwszego weekendu i mógł być cichym bohaterem, gdyby nie awaria. Po kilku manewrach wyprzedzania nagle znalazł się w alei serwisowej i wrócił na tor tylko na kilka pozbawionych znaczenia okrążeń.

ZOBACZ TAKŻE
Kalendarz FE na sezon 2021/22 ze zmianami i nowy format kwalifikacji

Właściwie przyznać należy, że przyćmił swojego brazylijskiego kolegę, Sergio Sette Camarę. Brazylijczyk wyglądał jak cień samego siebie. W kwalifikacjach stracił tylko kilkadziesiąt tysięcznych do Sebastana Buemiego, ale w zawodach głównych popisał się przeciętnym startem. Potem było już tylko gorzej. Camara nadużywał energii, więc na koniec wyścigu musiał mocno zwolnić. Teoretycznie przy niemocy Penske jego forma i tak odgrywa drugoplanową rolę, niemniej ostatnie, 20 miejsce, nie robi pozytywnego wrażenia.

Rzym już czeka

Pozycję lidera klasyfikacji generalnej utrzymał Mortara, który z 43 oczkami ma 5 punktów przewagi nad de Vriesem. Trzecie i czwarte miejsce zajmują kierowcy Porsche – obaj po 30 punktów, za którymi ustawiła się wielka kolejka. Miejsca od piątego do dziewiątego – okupowane przez Vandoorne’a, Vergne’a, Dennisa, di Grassiego i Frijnsa, dzieli pięć punktów. Pociągowi temu przewodzi Vandoorne z 28 punktami.

W klasyfikacji zespołów prowadzenie, dzięki Edoardo Mortarze, utrzymuje Venturi. Ich przewaga nad Mercedesem wzrosła jednak tylko o punkt. Tabelka układa się zatem następująco: Venturi – 68, Mercedes – 66, Porsche – 60. Grupę pościgową otwiera DS Techeetah z 39 oczkami, przed Envision (31) oraz Andretti (28). Bez punktów pozostają NIO 333 Racing oraz Dragon/Penske.

ZOBACZ TAKŻE
Końcowa klasyfikacja generalna Formuły E 2022. Sprawdźcie, jak wygląda

Następne zawody już 9 i 10 kwietnia w Wiecznym Mieście, sprzyjającym kierowcom Mercedesa. W zeszłym roku Stoffel Vandoorne odniósł na włoskim gruncie swoje jak na razie ostatnie zwycięstwo w FE. Świetnie prezentował się także Mitch Evans, Jean-Eric Vergne oraz Pascal Werhlein. Szczególną uwagę zwrócić powinniśmy na Porsche – nareszcie wygląda ono na zespół, który maksymalizuje potężne zasoby i czyni to skutecznie.

W tej chwili, choć w FE to żadna nowość, wskazanie zwycięzcy kolejnej rundy jest niemożliwe. Na krętym torze, pełnym zakrętów pod kątem prostym świetnie może się zaprezentować jedna z niemieckich ekip, ale niewykluczone, iż pełnię formy wreszcie zaprezentuje Jaguar albo Envision. Rywalizacja jest zacięta, jak pokazał Meksyk, pewnym swego być nie można. Porsche zdobyło wczoraj 46 punktów – prawie cztery razy tyle, co w Arabii Saudyjskiej. I, co jeszcze ciekawsze, jedną trzecią tego, co w zeszłym sezonie. O lepszą reklamę kolejnej E-Prix naprawdę trudno.

5/5 (liczba głosów: 1)
\
Reklama