Connect with us

Czego szukasz?

Inne

Szczegóły normy Euro 7 mrożą krew w żyłach. Niektóre samochody będą musiały po prostu zniknąć

Najnowsze zmiany w przepisach dotyczących norm emisji palin zamierzają zadać przemysłowi motoryzacyjnemu większy cios niż poprzednie. Choć zmiany wycelowane są w samochody spalinowe, to w dużej mierze dotkną także pojazdy elektryczne.

norma emisji spalin euro 7
Fot. Mercedes-Benz

Problem z rozruchem na zimno

Unia Europejska jest tak zawzięta na samochody, że niektórzy podejrzewają, iż postanowiła uniemożliwić zwykłym ludziom zakup własnych aut i zaszkodzić całej branży. Dlaczego tak się dzieje, nie wiemy, zwłaszcza gdy jest to jeden z kluczowych filarów gospodarki. Wydaje się jednak, że początek końca nastąpi dopiero w 2035 roku, kiedy ma wejść w życie zakaz sprzedaży nowych samochodów spalinowych. Misja Brukseli zacznie być realizowana jednak już dekadę wcześniej. W lipcu 2025 roku ma bowiem wejść w życie nowa norma emisji spalin Euro 7, a dzięki niej Europa zacznie stawać się kolejną Kubą.

Zawiera ona regulacje, zgodnie z którą samochody sprzedawane po tej dacie muszą charakteryzować się niską emisją spalin nawet podczas zimnego rozruchu. To właśnie wtedy systemy antyemisyjne są najmniej skuteczne. Biorąc pod uwagę bardzo ograniczony udział jazdy w tym trybie, postrzegano je dotychczas jako zło konieczne. Systemy antyemisyjne po prostu potrzebują czasu, aby osiągnąć wystarczającą temperaturę pracy, więc przez krótki okres wytwarzają wyższe emisje. Urzędnicy w Brukseli twierdzą jednak, że dzięki temu trawa przestaje się zielenić, więc wprowadzona zostanie tzw. oszczędność emisji.

Pod tą etykietą wyobraźcie sobie grzejnik elektryczny połączony z wentylatorem, większym odpowiednikiem tradycyjnej suszarki do włosów, który będzie pompował gorące powietrze do katalizatora – to nie żart. Podniesie to jego temperaturę do temperatury roboczej i tym samym natychmiast rozpocznie cykl pracy. Ponieważ jednak procedura ma na celu zmniejszenie emisji podczas zimnych rozruchów, właściciele będą musieli odczekać około 20 do 30 sekund po naciśnięciu przycisku startu, zanim ich samochód faktycznie ruszy. To już brzmi jak duży kłopot, ale nieprzyjemne konsekwencje dopiero się zaczynają.

ZOBACZ TAKŻE
Znamy szczegóły nowej generacji Mustanga. Dark Horse zaoferuje aż 507 KM

Za mało czasu na wprowadzenie zmian

Należy pamiętać, że opracowanie nowego samochodu trwa około czterech lat. Unia Europejska daje jednak producentom tylko dwa i pół roku na dokonanie poważnych ingerencji w projekty. Oszczędność emisji będzie wymagała zainstalowania obwodu elektrycznego 48 V oraz elektrycznego katalizatora. Jest on o około 30 procent większy od konwencjonalnego katalizatora. Wiele istniejących samochodów, takich jak małe samochody miejskie i samochody sportowe, nie będzie więc miało miejsca pod maską na nowe elementy. Tym samym będą one musiały być zapakowane w najlepszy możliwy sposób, co nie wróży nic dobrego. 

Dla producentów samochodów oznacza to, że będą musieli przeprojektować całe swoje portfolio. Jest więc więcej niż pewne, że ich oferta będzie początkowo mocno odchudzona, przynajmniej od strony silnikowej. UE szacuje, że dostosowanie do nowych przepisów powinno podnieść cenę samochodów o około 2-2,5 tys. zł. To już sporo, ale są to tylko dane z Brukseli, które same w sobie mogą nie mieć wiele wspólnego z rzeczywistością. Nie uwzględniają one choćby kosztów rozwoju, które oczywiście nie będą niskie.

Potwierdził to zresztą już szef BMW, Olivier Zipse. Wskazał, że norma Euro 7 nie pomoże środowisku, ale za to drastycznie podniesie koszty prowadzenia działalności przez koncerny motoryzacyjne. Podkreślił też, że producenci mają zbyt mało czasu na niezbędne przeprojektowanie dużej liczby samochodów, które już są w fazie rozwoju. 

ZOBACZ TAKŻE
Elon Musk ma problem? Berlińska Gigafactory podobno pogrążona w chaosie

Ciężko określić, gdzie to się skończy

Skutek wtórny jest taki, że Euro 7 będzie miało negatywny wpływ na rewolucję elektryczną wymarzoną przez Brukselę. W czasie, gdy producenci będą musieli inwestować kolejne środki w rozwój samochodów spalinowych o ograniczonej żywotności, zostanie im mniej pieniędzy na dalszy rozwój akumulatorów i generalnie utrzymywanie przy życiu przynoszących straty modeli elektrycznych. A jeśli kilka modeli rzeczywiście zakończy swój żywot, to w kolejnych latach pieniędzy będzie jeszcze mniej.

Nie wiemy więc, do czego dokładnie zmierza Unia Europejska. Tak naprawdę swoimi działaniami zaszkodzi przemysłowi samochodowemu, nie wprowadzając drastycznej poprawy warunków życia. Niektórzy eksperci już od lat wskazują, że emisje obecnych samochodów spalinowych nie stanowią istotnego problemu. Mimo tego przepisy są cały czas żyłowane. Gdzie to się skończy, póki co nie wie nikt. 

\
Reklama