Kwalifikacje znów najciekawszym elementem weekendu?
Tor Hungaroring ma sporo zalet. Przede wszystkim jego położenie jest całkiem atrakcyjne dla kibiców z Czech, Słowacji czy Polski. Dodatkowo sam obiekt leży niedaleko od Budapesztu, co ułatwia fanom podróż. Natomiast na samym Hungaroringu jest kilka dobrych miejsc, z których można dogodnie śledzić akcję. Jednak obok tego mamy też wady. Przede wszystkim tor mierzący 4381 metrów nie sprzyja wyprzedzaniu. Nitka jest bardzo techniczna i samo śledzenie samochodów sprawia frajdę, ale niestety na tym się kończy zabawa. Wąski obiekt, w którym kierowcy stale przechodzą z zakrętu w zakręt nie sprzyja rywalizacji. Dlatego też przy założeniu, że niedziela będzie sucha, można spokojnie stwierdzić, że kwalifikacje będą tu najważniejsze.
Jaki układ stawki nas czeka?
Dobre pytanie. O ile na początku sezonu mieliśmy jasny podział na trzy grupy, gdzie pierwszą stanowił Red Bull, drugą Aston Martin z Ferrari i Mercedesem, a trzecią cała reszta, tak teraz sprawy wyglądają na bardziej skomplikowane. Niezmienne wydaje się być to, że Max Verstappen będzie walczył o zwycięstwo. Zaś drugoligową, a nawet trzecioplanową rolę pełnić może Sergio Perez. Natomiast, kto będzie za nimi? Mercedes w ostatnich wyścigach pokazuje się jako „best of the rest”.
Zaś Aston Martin dzierżył owe miano przez większość dotychczasowych wyścigów dzięki Fernando Alonso. Choć dwa ostatnie weekendy były dla nich kiepskie. Jednak „zieloni” są lepiej nastawieni na rywalizację na Hungaroringu względem dwóch poprzednich torów. Wreszcie zastanawia nas McLaren, który postawił krok naprzód w Austrii, a na Silverstone był on drugą siłą w stawce. To wszystko zasługa poprawek działających na szybszych torach. Jak będzie na technicznym i krętym torze? To się dopiero okaże. Nie wiemy nawet, gdzie powinniśmy umieścić Ferrari.
Jeszcze jest „reszta”. Alpine ewidentnie łapie zadyszkę pod kątem wyników i niezawodności. Zaś Williams stoi przed weekendem na torze, który teoretycznie nie powinien pasować ich charakterystyce, tak jak poprzednie obiekty. Mimo to ekipa z Grove raczej nie będzie stać z założonymi rękoma. Na koniec tych dywagacji warto wspomnieć, że Daniel Ricciardo wraca o F1 i wszyscy będą patrzeć na niego oraz pojedynek z Tsunodą.
Sezon ogórkowy nabiera rozpędu
Pozostając w temacie Australijczyka nie można pominąć wzmianki o spekulacjach łączących go z ponownym partnerowaniem Maxowi Verstappenowi. Zanim jednak zaczniemy w nie wierzyć to jednak dajmy się wykazać Ricciardo. To jednak jeszcze nie wszystko. Bowiem z kolei Alex Albon przymierzany jest do Ferrari. Natomiast stamtąd po sezonie 2024 lub nawet po obecnym uciec może Charles Leclerc. On oraz Sainz mają kontrakty ze Scuderią do końca przyszłego roku, ale wiemy już, że nie ma umów, których nie da się rozwiązać. Póki co Frederic Vasseur uciął spekulacje.
Gdzie natomiast miałby się udać obecny duet Ferrari? Leclerc miałby pójść do Mercedesa, gdzie jego partnerem zespołowym ma być George Russell. Tam czekałby nas ciekawy pojedynek zespołowy. Zaś Sainz miałby myśleć o sezonie 2026 i współpracy z Audi i to właśnie w tym celu w sezonie 2025 mielibyśmy go zobaczyć w Sauberze. Jeszcze w tym wszystkim jest Lando Norris, którego nowym pracodawcą może zostać Red Bull Racing lub Ferrari. To wszystko brzmi jak szaleństwo!
Ktoś chyba znów źle policzył
Jednak na tym nie koniec plotek, bowiem zostaje jeszcze temat nowych ekip i limitów budżetowych. W kwestii tych pierwszych potencjalnie za kilka tygodni mamy poznać wynik rekrutacji FIA. Teoretycznie w walce mamy Andretti Autosport, Hitech GP, LKYSUNZ, Formula Equal i inne „twory”. Jednak pomyślnie cały proces miały przejść dwie pierwsze organizacje. Teraz pozostaje pytanie o to, co zrobi Liberty Media. Promotorzy serii nie mogą odrzucić decyzji FIA o wpuszczeniu nowych ekip. Jednak może ona nie podpisać z nimi umowy „Concorde agreement”. To oznaczałoby, że Andretti i Hitech mimo uczestnictwa w mistrzostwach świata, nie dostałyby ani grosza z podziału praw komercyjnych.
Dlaczego Liberty Media może tego nie chcieć? Dlatego, że dodatkowi gracze biorący udział w zyskach to mniejsze pieniądze dla podziału dla obecnych ekip i promotora. I dlatego też mówi się, że opłata wejściowa dla nowych ekip ma wzrosnąć wraz z wejściem nowego porozumienia w 2026 z 200 milionów dolarów do 500 milionów. Choć sporadycznie mówi się nawet o miliardzie. Pierwszym spekulowanym terminem ma być 31 lipca. Jeśli tak się stanie to czeka nas gorące lato!
Ciepło jest też w działach księgowych niektórych ekip. Brytyjskie media donoszą, że czeka nas powtórka z afery dotyczącej limitów budżetowych. We wrześniu mamy się dowiedzieć kto otrzymał certyfikację wydatków za 2022 rok. Podobno nie każdy może ją dostać i znów mówi się o dwóch ekipach. Nikt nie doniósł jeszcze o jakich zespołach mowa. Dlatego też „kandydatura” Red Bull Racing i Astona Martina to tylko wnioski oparte o zeszłoroczną aferę. Wszystko powinno wyjaśnić się we wrześniu.
„Polski dom F1” czeka przeprowadzka?
Na koniec zostawiamy informację z dzisiejszego poranka. Viaplay ogłosiło swoje globalne wyniki finansowe za drugi kwartał 2023 roku i są one zatrważające. W związku ze stratami, jakie notuje skandynawska organizacja, zdecydowała się ona na radykalne cięcia. W związku z tym, Viaplay opuści takie kraje, jak Polska, Litwa, Estonia, Wielka Brytania, Kanada i USA. Oficjalnie nie znamy daty zakończenia działalności nadawcy w wymienionych krajach, ale mówi się o końcu marca 2024 roku.
Tym samym nie wiemy, gdzie poza F1 TV będzie można śledzić zmagania Formuły 1, F2, F3, FRECA, F4, a także IndyCar i IMSA SportsCar Championship. Tu warto wspomnieć, że wszystkie wymienione serie ścigają się w ten weekend. Poza GP Węgier, FRECA i F4 rywalizować będą w Le Castellet na Paul Ricard. IMSA rozegra wyścig w Lime Rock Park. Natomiast IndyCar ma przed sobą wyścigi w sobotę i w niedzielę na ovalu w Iowa. Tam prowadzenia w punktacji bronić będzie Alex Palou.