Connect with us

Czego szukasz?

Formuła 1

Nie tylko Fernando Alonso. Formuła 1 i druga młodość po 40-tce

Doskonałe wyniki Fernando Alonso w bieżącym sezonie robią duże wrażenie, a on sam nie zawraca sobie głowy metryką. Utrzymywanie się na takim poziomie w niezwykle zaawansowanym jak na kierowcę wieku nie jest w Formule 1 wydarzeniem bezprecedensowym, lecz aby znaleźć podobne przypadki trzeba cofnąć się nieco dalej w przeszłość.

fernando alonso f1 i szybcy 40-latkowie
Fot. Aston Martin Aramco Cognizant F1. Team

Starzy mistrzowie wygrywają walkę z czasem

Przyglądając się najnowszej historii Formuły 1 nietrudno dostrzec stałą tendencję spadkową w kwestii średniej wieku startujących w niej kierowców. Ściganie się w wieku około 40 lat niegdyś było na porządku dziennym. Dziś natomiast możemy to śmiało nazwać swego rodzaju sensacją. Sprawcą takowej w sezonie 2023 jest 42-letni Fernando Alonso, który do przerwy wakacyjnej zgromadził 149 punktów. To czyni go trzecią siłą w stawce. Hiszpan jest jedynie za nieosiągalnym dla reszty kierowców duetem Red Bulla. Z wynikami wtórować próbuje mu znajdujący się jedynie „oczko” niżej Lewis Hamilton, który zgromadził tylko „oczko” mniej. Obydwaj mistrzowie mają łącznie… 80 lat.

lewis hamilton i fernando alonso 2023 podium gp australii

Fot. Aston Martin Aramco Cognizant F1 Team

Mimo zdominowanej przez dwudziestokilkulatków stawki obaj radzą sobie jednak bardzo dobrze, utrzymując konkurencyjne tempo i wystrzegając się błędów. Dziś, gdy metryka postrzegana jest w kategoriach bezlitosnego weryfikatora, budzi to powszechny podziw. Ciekawe przypadki konkurencyjnych 40-latków można jednak też znaleźć cofając się kilkadziesiąt lat wstecz.

ZOBACZ TAKŻE
Najstarsi mistrzowie świata F1. Alonso i Hamilton z szansami na Top 5

Niespodziewany powrót mistrza

Aby natrafić na przypadki zawodników po 40. roku życia bijących się o zwycięstwa w wyścigach musimy – pomijając 3 nie do końca udane sezony Michaela Schumachera w Mercedesie – cofnąć się aż do I połowy lat 90-tych. A konkretniej do upływającego pod znakiem tragedii sezonu 1994. Wtedy właśnie szefostwo Williamsa uznało, że David Coulthard nie jest w danym momencie wystarczającym zastępstwem za tragicznie zmarłego Ayrtona Senny. Sam padok F1 potrzebował w swoich szeregach mistrza świata (Alain Prost czy Nelson Piquet byli już dawno na emeryturze), więc do stajni z Grove powrócił więc blisko 41-letni wówczas Nigel Mansell.

nigel mansell powrót williams 1994 f1

Fot. Williams Racing / Nigel Mansell powracający do F1 w 1994 roku

Sprawa miała więc nieco głębsze podłoże, chodziło tu o ratowanie wizerunku Formuły 1, a także pieniędzy z transmisji telewizyjnych. W tym celu Williams sam poczynił kosztowną inwestycję. Płacili bowiem Mansellowi blisko 900 tysięcy funtów za pojedynczy wyścig, a także hojnie rekompensowali stratę kierowcy jego dotychczasowym pracodawcom z IndyCar. O ile pierwsze dwa sprawdziany – Grand Prix Francji i Europy – upłynęły pod znakiem problemów technicznych i adaptacyjnych, to kolejne dwie rundy z udziałem 41-latka wyglądały obiecująco. W Japonii zameldował się na solidnym 4. miejscu, w Australii zaś wygrał, zdobywając uprzednio pole position. Mimo iż ten wyczyn znacząco ułatwiła mu zakończona kolizją zacięta rywalizacja Damona Hilla i Michaela Schumachera, rezultat wciąż może robić wrażenie. Zwycięstwo w Adelajdzie na dzień dzisiejszy sytuuje Mansella jako 7. najstarszego triumfatora w historii sportu.

ZOBACZ TAKŻE
Mansell ostro o kierowcach: Wyglądają, jakby wyszli z salonu fryzjerskiego

Późna kariera szybkiego Francuza

Debiut Jacquesa Laffite’a, sześciokrotnego zwycięzcy Grand Prix, przypadł na sezon 1974, gdy kierowca liczył już sobie 31 lat. Mimo późnego startu stosunkowo szybko osiągnął wysoki poziom. Już w drugim sezonie startów zameldował się na podium w awaryjnym bolidzie Frank Williams Cars. Mowa o bezpośrednim przodku znanego dziś wszystkim Williamsa. Na kolejne sezony Francuz związał się z rodzimą ekipą Ligier, w której pozostał na kolejnych 9 sezonów. Oczywiście wyjąwszy dwuletni (1983-84) powrót pod skrzydła Franka Williamsa. Laffite regularnie meldował się w czołówce, włączając się po drodze do walki o mistrzowskie laury w sezonie 1981.


 

W 1986 roku Laffite znalazł się na liście startowej jako 43-latek i nic nie wskazywało na to, aby myślał o emeryturze. W poprzednim sezonie w samochodzie ze środka stawki udało mu się trzykrotnie stanąć na podium, deklasując w klasyfikacji generalnej kolegę z zespołu, Andreę de Cesarisa (zastąpionego pod koniec przez Philippe’a Streiffa). Kampania 1986 rozpoczęła się dla niego równie dobrze, gdyż w pierwszej części sezonu na podium zameldował się dwukrotnie – w Brazylii, gdzie ustąpił tylko Brazylijczykom Sennie i Piquetowi oraz w Detroit, gdzie szybszy był jedynie Senna. Partner Laffite’a, o 5-lat młodszy Rene Arnoux utrzymywał podobny poziom, lecz nie udało mu się ani razu zameldować na podium.

Przed startem Grand Prix Wielkiej Brytanii na torze Brands Hatch Francuz zajmował doskonałe 6. miejsce w klasyfikacji kierowców. Niestety, jak się okazało, był to jego ostatni weekend wyścigowy w karierze. Po starcie wyścigu doszło do karambolu, po którym – po kontakcie z Jonathanem Palmerem – Laffite wylądował w bandzie. Niestety Francuz nie uniknął obrażeń – złamał obydwie nogi. Długi okres rekonwalescencji oznaczał dla niego nie tylko koniec sezonu, ale także również permanentny rozbrat z F1. Laffite pozostał jednak w motorsporcie, realizując się w kolejnych latach w wyścigach samochodów turystycznych. Mimo pechowego zakończenia kariery wyczyny Laffite’a do dziś robią wrażenie. W końcu Ligier w sezonach 1985 i 1986 był maszyną ze środka stawki, a na gridzie nie brakowało wielkich mistrzów takich jak Prost, Piquet, Senna, Mansell, czy Rosberg.

Andretti podnosił na duchu włoskich kibiców

Sezon 1982 w dyskusjach fanów F1 jest często przywoływany jako drugi najbardziej tragiczny. Z całej ówczesnej stawki zdecydowanie najbardziej odczuł to zespół Ferrari. Włosi po fatalnych kampaniach 1980 i 1981 w końcu zbudowali bolid, który miał umożliwić im powrót do regularnego zwyciężania oraz na czoło wszystkich klasyfikacji. Regularne tarcia w konkurencyjnym duecie kierowców Gilles Villeneuve – Didier Pironi doprowadziły jednak do zagęszczenia atmosfery i wielu wewnątrz-zespołowych nieporozumień. Niestety był to dopiero początek, niedługo potem śmiertelnie obrażony na Pironiego Kanadyjczyk poniósł śmierć w wypadku podczas treningu przed Grand Prix Belgii.

Pozbawiony konkurenta Pironi przewodził klasyfikacji. Jednakże na w trakcie treningu przed wyścigiem na Hockenheimringu sam uległ wypadkowi, doznając rozległych złamań obydwu nóg. Znajdujące się pod coraz większą presją ze strony mediów i innych kierowców (Nelson Piquet określił konstrukcję 126C2 mianem „śmiertelnej pułapki”) Ferrari zdecydowało się zatrudnić na ostatnie dwa wyścigi mistrza świata z 1978 roku – 42-letniego wówczas Amerykanina Mario Andrettiego. Kierowca odwdzięczył się zdobyciem pole postion, a następnie 3 miejsca w przedostatnim wyścigu sezonu na Monzie.


 

Biorąc pod uwagę włoskie pochodzenie kierowcy, była to dla „Tifosi” mała, choć – biorąc pod uwagę skalę – marna nagroda pocieszenia po wszystkich trudach mijającego sezonu. Sam wyczyn Andrettiego wygląda jednak imponująco. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę jego wiek oraz fakt, że w obydwu wyścigach pokonał w kwalifikacjach partnera z zespołu, Patricka Tambaya. Do tego odnotował wspomniane pole position na prestiżowym wymagającym torze. Amerykanin nie miał również wcześniejszego obycia z konstrukcją Ferrari, spędzając większość sezonu 1982 poza stawką. Jedynie na początku sezonu zaliczył jednorazowy start dla Williamsa. Mimo imponującej formy Andretti nie zdecydował się na kontynuowanie kariery w F1, skupiając się całkowicie na seriach amerykańskich.

ZOBACZ TAKŻE
Mario Andretti o Enzo Ferrarim. "Kochał szalonych kierowców" | WYWIAD

Stary mistrz nie miał dość

Bruce McLaren i Jack Brabham

Fot. McLaren / Mistrz i uczeń – Bruce McLaren i Jack Brabham

Pod koniec lat 60-tych Jack Brabham mógł się czuć kierowcą spełnionym. Miał na koncie 3 tytuły mistrzowskie zdobyte w latach 1959,1960 i 1966. Ponadto rozwinął swój własny zespół, który stosunkowo szybko włączył się do walki o najwyższe laury. Mimo wielu powodów do przejścia na zasłużoną emeryturę, Australijczyk postanowił ścigać się dalej. Nie zraził się gorszymi sezonami 1968 i 1969, gdy jego zespół złapał zadyszkę. Do kampanii 1970 Brabham przystępował jako 44-latek, co czyniło go jednym z najstarszych kierowców na ówczesnym gridzie. Kierowca nic sobie jednak nie robił z metryki, odnosząc zwycięstwo w otwierającym sezon Grand Prix Afryki Południowej.

ZOBACZ TAKŻE
Bruce McLaren - życie mierzy się osiągnięciami, a nie latami | Legendy motorsportu

W dalszej części sezonu Australijczyk również nie wypadał z gry o czołowe lokaty. Stawiał trudne warunki dominującemu wówczas Johenowi Rindtowi w Monako czy Wielkiej Brytanii, gdzie nie dopisało mu szczęście – skończyło się paliwo. W drugiej części sezonu konstrukcja Brabhama okazała się być znacznie bardziej awaryjna niż podejrzewano. Przez to Australijczyk nie był już w stanie nawiązać bliższej walki. Ostatecznie pod koniec sezonu 1970, po 13 latach nieprzerwanej aktywności, Brabham zdecydował się opuścić Formułę 1.

5/5 (liczba głosów: 5)
Reklama