Red Bull był tarapatach. Był
Zwyczajowo stanowiący wzór dla rywali w kontekście osiąganych czasów, tym razem Max Verstappen nie miał wielu asów w rękawie. Na początku. W Q1 jego Red Bull nie mógł zbliżyć się do Ferrari. Na 5 minut przed końcem pierwszej części czasówki Holender tracił prawie 0,5 sekundy do najlepszego czasu Carlosa Sainza. Szczególnie problematyczny był dlań 3. sektor – tam nawet kilka dziesiątych przewagi z 1/2 sektora znikało na linii mety.
A potem marzenie fanów Ferrari obróciło się wniwecz. Verstappen tylko nabierał na szybkości. W Q2 reprezentanci Maranello mieli jeszcze nad nim przewagę, w Q3 jednak Holender wykręcił kapitalne kółko w czasie 1:16:048. Sainz i Leclerc tracili odpowiednio 283 i 387 tysięcznych sekundy. Hiszpan próbował oczywiście nadrobić utracony czas, lecz Verstappen tylko podkręcił osiągi i niemal przekroczył granicę 1 minuty i 15 sekund. Na to Ferrari nie miało odpowiedzi. Leclerc z kolei raportował nerwowe zachowanie samochodu, skończył dopiero na 5. miejscu.
Jedyne, co może Red Bullowi nieco przeszkodzić, to ewentualne przesunięcie Sergio Péreza na starcie. Nico Hülkenberg, co dość zaskakujące, aż o prawie 3 dziesiąte sekundy przegrał Q1 z Kevinem Magnussenem. Jak wykazał zaraz analityk F1, Sam Collins, wynikało to częściowo z faktu, że w ostatnim zakręcie przyblokował go właśnie słynny Checo. Zespół zbyt późno wysłał Meksykaninowi wiadomość, że zbliża się doń bolid Haasa i Pérez nie zdążył się usunąć.
Status quo (prawie) utrzymane
Słowa o 5 ekipach czołówki i 5 pozostałych znalazły swe potwierdzenie w wynikach sesji. O ile w Q1 stawka jeszcze się nieco wymieszała, o tyle Q2 dobitnie pokazało, jak wiele traci Williams, Kick Sauber i Haas. Jedynie doskonały dziś Yuki Tsunoda znalazł sposób na przedarcie się do dziesiątki. Albon, Magnussen i Bottas – wszyscy stracili ponad 2 dziesiąte sekundy.

Fot. F1 / X
W samej dziesiątce, wyjąwszy Red Bulla i Ferrari, znalazły się zatem duety Astona Martina oraz McLarena. Ci pierwsi byli świadomi, że pierwsze dwa rzędy leżą poza ich zasięgiem, choć Alonso potrafił w odpowiednich warunkach zbliżyć się do liderów. Ci drudzy też zagrozić Bykom i Rączym Konikom nie mogli, i to mimo kapitalnych wyników Piastriego. Młody Australijczyk od początku weekendu sprawował się tak samo dobrze lub nawet lepiej niż Lando Norris. Ostatecznie czasowo z nim przegrał, ale nie przełożyło się to na dramatyczny spadek w kontekście lokat. Australijczyk wystartuje 6.
Największe zaskoczenia: Esteban Ocon i Yuki Tsunoda
Francuzi podchodzili z wielką rezerwą do swoich kwalifikacyjnych możliwości, ale Esteban Ocon wykrzesał ze swego zbyt ciężkiego bolidu nieco magii, choć okupił to wielkim stresem. Pierwsze okrążenie, gdy usiłował wycisnąć każdą setną część sekundy, zakończył lekkim uderzeniem w mur w ostatnim zakręcie. Na sam koniec serii złożył jednak fenomenalne kółko i przebił się na 14. miejsce, ze stratą niecałych 9 dziesiątych sekundy do Ferrari. Na wyjście z Q2 oczywiście nikt nie liczył – tam Ocon uplasował się 15.
Yuki Tsunoda też zapewne przed sesją podchodziłby do szans na Q3 sceptycznie, ale rzeczywistość okazała się przyjemniejsza niż symulacje. Japończyk jakimś cudem pozostawał permanentnie poza okiem kamery, a szkoda, gdyż ilekroć ruszał do walki, prezentował się z najlepszej strony. Dla RB miejsce w czwartym rzędzie, na 8. pozycji, to wyśmienity rezultat.
Największe rozczarowania: Mercedes i Daniel Ricciardo
Zespół z Brackley wiedział, że czego go trudny weekend. Lewis Hamilton przyzwyczaił nas do, mówiąc eufemistycznie, nieszczególnie entuzjastycznych komentarzy w toku ostatnich dwóch lat. W piątek wygłaszał swe opinie szczególnie kasandrycznym tonem. I chyba miał powody. W Q1 zdarzało się, że szybszy w pierwszym sektorze od Brytyjczyka był… Pierre Gasly. George Russell też nie wyglądał na przekonanego możliwościami samochodu. Przez całą sesję obu kierowcom Srebrnych Strzał zagrażał nawet Alex Albon, a Hamilton do Verstappena tracił ponad 6 dziesiątych sekundy.

Fot. F1 / X
Na nic się zdały heroiczne wysiłki i wykorzystywanie każdego centymetra toru. Hamilton, choć stracił do Russella tylko 59 tysięcznych sekundy, odpadł w Q2. Na sam koniec świetnymi kółkami popisali się bowiem Lance Stroll i Yuki Tsunoda. Siedmiokrotny IMŚ stracił zaś czas w ostatnim zakręcie, gdzie podsterowność zmusiła go do dokonania lekkiej korekty w środku łuku.
Jeśli natomiast Jolyon Palmer miał rację mówiąc, że czasówka na rodzimej ziemi może być najważniejszą dla Daniela Ricciardo w trakcie sezonu, to Australijczyk nie będzie miał powodów do uśmiechu. Z początku prezentował się przyzwoicie, na tyle, na ile pozwalał bolid RB. Kiedy przyszło do ustanowienia czasu godnego Q2, Ricciardo zabrał się do tego z entuzjazmem. Przesadnym. Już w zakręcie nr 4 naruszył limity toru, ale – ponieważ nikt go o tym nie poinformował – dojechał do finiszu i poprawił się aż o 0,5 sekundy. Szkoda jedynie, iż jego czas został natychmiast wykreślony i Ricciardo spadł na 18. miejsce.
Doba oczekiwania
Wcześnie rano, bo już 24 marca o godz. 5:00 czasu polskiego, ruszą kierowcy do rywalizacji w 27. w historii GP Australii na torze Albert Park. Gdy ikoniczny już zegar marki Rolex wybije godz. 5:00, sędziowie zapalą światła oznaczające początek okrążenia formującego. Faworytem do triumfu – niezmiennie – pozostaje Max Verstappen – i to pomimo faktu, że tym razem to Red Bull musiał się zbroić przed niedzielną rywalizacją. Ani Holender, ani jego kolega Sergio Pérez, nie wyglądali najlepiej na miękkich oponach, Verstappen skarżył się też na podsterowność i zniszczył podłogę maszyny na wysokich krawężnikach zakrętu nr 10. To był jednak tylko piątek i sobotni (jak na nasze standardy) poranek.
Ferrari też, jak się okazuje, ma powody do zastanowienia. Wcześniej nie mogli narzekać na nic poza nie najlepszą formą fizyczną Carlosa Sainza. Hiszpan nadal odczuwa skutki operacji wyrostka robaczkowego, którą odbył podczas GP Arabii Saudyjskiej. Dyskomfort jednak przemógł i w wyścigu oczywiście wystartuje. Zresztą gdyby zespół chciał wycofać go z zawodów, oznaczałoby to wystawienie do gry tylko jednego samochodu. Reguły wymagają, aby kierowca zastępujący odjechał choć jedną sesję w trakcie weekendu przed przystąpieniem do głównego wyścigu.
Wyniki kwalifikacji do GP Australii 2024

Fot. F1 / X