Jak impreza przerodziła się w aferę
Trójka przyjaciół spotkała się w 2019 roku w Berlinie, a następnie poszła do baru na kilka drinków. Kiedy byli w odpowiednim nastroju, przyszło im do głowy, że stolica Niemiec byłaby wspaniałym miejscem do życia, gdyby była całkowicie wolna od samochodów. A ponieważ pomysł nie opuścił ich nawet dzień później, zdecydowali się spróbować go zrealizować.
To nie żart, a część oficjalnej historii powstania Volksentscheid Berlin Autofrei, stowarzyszenia, które chce się pozbyć wszystkich samochodów z dużej części stolicy Niemiec. Jeśli piszemy dużej, to nie przesadzamy. Nie chodzi o obszar kilkuset metrów, tak jak czasem ma to miejsce w newsach z głośnymi tytułami. Mowa jest bowiem o 34 kilometrach kwadratowych, co odpowiada całej powierzchni Kutna.
Nie jest to też odległa wizja, bowiem może wejść w życie już w 2023 roku. W ubiegłym roku trio mieszkańców Berlina złożyło petycję, pod którą zebrało 50 000 podpisów. To o 30 tysięcy więcej, niż było potrzebne, aby projekt trafił do procesu legislacyjnego. Teraz jest już na stole berlińskiego Senatu, który będzie nad nim obradował w lutym.
Jeśli wszystko pójdzie po myśli pomysłodawców, większość samochodów będzie musiała wyjechać z centrum Berlina. Propozycja obejmuje tylko nieliczne wyjątki, do których należą szeroko rozumiane pojazdy pomocy publicznej (np. karetki czy wszelkiego rodzaju specjaliści od napraw), a także samochody dostarczające zaopatrzenie. Poza tym samochód mogły by mieć osoby o ograniczonej sprawności ruchowej. Reszta mieszkańców mogła by korzystać tylko z komunikacji miejskiej albo car sharingu, ale ale… nie cały czas, a tylko dwanaście razy w roku. W projekcie nie ma mowy o wyjątkach dla samochodów elektrycznych, więc one także miałyby być wyrzucone z ulic. Głównym środkiem transportu poza komunikacją miejską miałby się stać rower.
Piekne hasła i ich oczywiste wady
„Chodzi o to, jak wszyscy chcemy żyć, oddychać i bawić się razem. Chcemy, aby ludzie mogli spać przy otwartych oknach, a dzieci znów mogły bawić się na ulicy. Aby dziadkowie mogli bezpiecznie jeździć na rowerach i mieli wystarczająco dużo ławek, na których mogą odpocząć” – powiedziała „The Guardian” Nina Noblé, jedna z założycielek stowarzyszenia.
Inicjatywa opiera się też na danych z 2014 roku, według których 58% arterii komunikacyjnych było przeznaczonych dla samochodów, a odbyła się na nich „tylko” jedna trzecia podróży. Tylko 8% arterii komunikacyjnych służyło rowerom, podczas kiedy odbywało się na nim 17% podróży. Pomysłodawcy wskazali także, że na wspomnianych 34 kilometrach kwadratowych zaparkowane samochody zajmowały połowę tego terenu.
Czy te argumenty mają sens? Miasta nigdy nie były projektowane dla tak dużej liczby samochodów, jaka obecnie porusza się po drogach. Widać to przecież nie tylko w Berlinie. Rozwiązaniem mogły by być jednak wielopoziomowe podziemne parkingi, a nie „wykopanie” samochodów nie wiadomo gdzie, byle poza centrum. Rozumiemy, że wielu ludzi nie korzysta ze swoich samochodów na co dzień, ale z pewnością robi to więcej niż te dwanaście razy w roku. Cały projekt jest mocno ideologiczny, ale ten punkt jest w nim najbardziej absurdalny.
Jeśli myślicie, że to wymysł jakiejś grupy ludzi, który nie spotka poklasku wśród polityków, to możecie się zdziwić. Działania ku ekologii w dużych miastach (mniej albo bardziej sensowne) w ostatnich latach nabierają ogromnego rozpędu i wcale nie zdziwi nas pozytywny wynik głosowania nad tym wnioskiem. A to byłoby głośnym precedensem, z którym za chwilę poszliby inni w kolejnych miastach.