Connect with us

Czego szukasz?

Formuła 1

Raj utracony, czyli jak Juan Pablo Montoya zawiódł w McLarenie

Dla McLarena sezony 2005 i 2006 miały stać się okresem długo wyczekiwanej dominacji. Teoretycznie najmocniejszy duet, wsparcie Adriana Neweya, gigantyczne zaplecze, zarówno techniczne, jak i sponsorskie – wszystko wskazywało na przełom. I choć ostatecznie powrócili do walki o mistrzostwo, ponieśli w tej bitwie porażkę. Po części przez awarie, a po części, gdyż Juan Pablo Montoya stracił swój dawny blask.

Montoya Barcelona 2006
Fot. theUsher13 / Twitter

Używając terminologii piłkarskiej, McLaren miał w tym stuleciu cztery składy godne miana Galacticos. David Coulthard i Mika Hakkinen, Lewis Hamilton i Fernando Alonso, a potem Lewis Hamilton i Jenson Button – wszystkie te obsypane sukcesami, seryjnie produkujące trofea duety zapisały się na kartach F1 złotymi zgłoskami. Pomiędzy nimi zapodział się jednak czwarty tandem – Kimi Raikkonen i Juan Pablo Montoya.

Fin był w przeddzień sezonu 2005 osią ekipy i pewnym liderem. Montoya miał dorównać mu tempem – wygrywać tak, jak przystało na jego nieposkromiony naturalny talent – a przez to, stworzyć partnerstwo zdolne oprzeć się Ferrari i Renault. To miał być obraz potęgi McLarena, ideał Rona Dennisa. Skończyło się jednak na frustrującej, pełnej problemów, momentami iskrzącej przygodzie, trwając niespełna dwa sezony. Jak toczyła się ta fascynująca historia?

Legendarny start

Fakt, że Juan Pablo Montoya jest gwiazdą, jaka pojawia się na wyścigowym niebie raz na dziesięć lat, nie podlegał wątpliwości jeszcze zanim Kolumbijczyk pierwszy raz zasiadł w bolidzie Williamsa. Początkowo w ogóle nie spodziewał się otrzymać takiej szansy. Odrzucony mimo mistrzostwa F3000 w roku 1998, bez wahania powrócił do USA, by podpisać kontrakt na trzy lata jazdy w stajni Chip Ganassi Racing w serii CART.

Frankowi Williamsowi niewiele czasu zajęło pojęcie skali swego błędu. Montoya brylował w debiutanckim roku, do połowy sezonu zdobywając cztery pole position i tyle samo zwycięstw. Porównując demoniczną szybkość młodego asa z kompletnie bezbarwnymi występami Alexa Zanardiego, Williams nie czekał na dalszy rozwój wypadków – ruszył odzyskać talent, który wcześniej niemal skazał na zapomnienie.

Montoya nie stawiał twardych warunków – zgodził się momentalnie. Kontraktowe kruczki przedłużyły jego pobyt w USA o kolejny rok; w sam raz, by do kolekcji dołożyć zwycięstwo w Indy 500. Williams zyskał tym samym czas, by przygotować grunt pod przybycie zaskakującego talentu, świadomy przełomu, jaki kierowca z diametralnie odmiennym podejściem spowoduje w formalnym, technicznym światku Formuły 1.

Przepowiednie o potencjale Kolumbijczyka spełniły się niemal natychmiast. Już w trzecim starcie Montoya bezkompromisowym manewrem wyprzedził Michaela Schumachera w Grand Prix Brazylii. Podrywający publikę efektownym stylem jazdy, brawurowy, agresywny, przepełniony pewnością siebie, podbił serca kibiców na całym świecie.

W 2003 roku jawił się jako główny kandydat do zakończenia supremacji Niemca. Po miernym starcie Williams odblokował potencjał bolidu FW25 i wściekły byk F1, jak zwano Montoyę, znalazł kapitalne tempo i w połowie roku osiem rund z rzędu finiszował na podium. Zwycięstwa w Monako i Niemczech aż prosiły się o gromkie brawa. Pomiędzy wiktoriami wewnątrz zespołu pojawił się jednak punkt zapalny – Grand Prix na torze Magny-Cours.      

Montoya – impulsywny gladiator

Williams dominował na francuskiej ziemi, a Montoya ukończył zawody na drugiej pozycji, przegrywając tylko z kolegą, Ralfem Schumacherem. To, co na zewnątrz wyglądało jak sielankowy dublet, w garażu było jednak efektem napiętej dysputy między kierownictwem a Kolumbijczykiem.

Montoya zawzięcie ścigał partnera, po pit-stopach próbując dokonać na nim taktycznego podcięcia, wbrew zaleceniom ekipy. Zbliżał się w zatrważającym tempie, ale właśnie wtedy Williams ściągnął do alei Niemca. Schumacher utrzymał tym samym prowadzenie o niespełna sekundę; Montoya stracił nerwy. Przekonany o preferencyjnym traktowaniu kolegi, zaczął rzucać wyzwiskami w stronę garażu. – Juan niesłusznie pomyślał, że powiadomiliśmy Ralfa o jego akcjach i ściągnęliśmy go jedno okrążenie wcześniej. Był przez to dość ostry, znieważając zespół przez radio przez następne 10 minut – opowiadał Patrick Head.

Ten pozornie niewinny incydent, typowy w środku walki o mistrzostwo, doprowadził do końca Kolumbijczyka w Williamsie. Wciąż targany emocjami, Montoya jeszcze tego samego wieczoru poinformował swego menedżera, by ten rozpoczął podchody w kierunku McLarena. Ron Dennis nie mógłby być szczęśliwszy.

Prasa błyskawicznie podchwyciła plotki, a Montoya był zmuszony dla czystego PR-u tonować nastroje. – Mam kontrakt do końca 2004 roku, na koniec kolejnego roku jestem wolnym strzelcem. Na ten moment, z tego, co wiem, w kolejnym sezonie pojadę Williamsem – odpowiadał tuż przed GP USA. Z tygodnia na tydzień perspektywa przedłużenia umowy wydawała się jednak coraz mniej prawdopodobna.

ZOBACZ TAKŻE
Stępione kły - upadek nadziei BMW Williams | Historia motorsportu

Montoye irytowało w Williamsie wiele kwestii. Pretensje kierownictwa co do jego kondycji fizycznej i sportowego stylu życia. Stabilność bolidu, niedopasowanego do jego gwałtownego stylu jazdy i wymagającego finezji, której zawsze mu brakowało. Wreszcie, choć później deklarował, że nie przyszedł do Woking dla pieniędzy, zarabianie około 1/3 tego, co otrzymywał Schumacher. Umowę z Dennisem parafował praktycznie od razu. Oczekiwania kibiców były potężne, nadzieje na sukces – nie mniejsze. Ale na drodze Montoi stanęło kilka czynników, które skazały jego przeprawę na klęskę.

Montoya gotowy do jazdy

Oficjalną informację (będącą tajemnicą poliszynela) podano do publicznej wiadomości 17 listopada. – Okazja na podpisanie kontraktu z talentem pokroju Juana Pablo była zbyt dobra, by ją przepuścić. Już teraz wewnątrz zespołu dość niecierpliwie wyczekujemy sezonu 2005  – mówił pełen ekscytacji Ron Dennis. – On chciał przyjść do nas, a my chcieliśmy jego – wspominał Norbert Haug, ówczesny dyrektor sportowy Mercedesa.

Euforii nie podzielano w BMW. Niemieccy oficjele unieśli się gniewem, szargając napiętą do granic możliwości reputacją w relacjach z Williamsem. A co na to sam zainteresowany? – Zespół [McLaren – przyp. red.] jest regularnie poważnym kandydatem do tytułu i ma wspaniałe dziedzictwo. To znakomita szansa i naprawdę nie mogę się doczekać pierwszej okazji, gdy będę mógł poprowadzić jeden z ich samochodów.

Owym samochodem stał się model MP4-20, zaprojektowany w futurystycznym McLaren Technology Centre. Inżynierowie, na czele z Adrianem Neweyem, odeszli od radykalnych konceptów – testy w tunelu aerodynamicznym wskazywały, iż utrata docisku wynikająca z nowych regulacji może wynieść aż 28%. Potrzeba było zatem kreatywnych, ale relatywnie wyważonych rozwiązań.

Montoya Interlagos

Złośliwe komentarze a propos kondycji kierowców Williamsa (zwłaszcza Montoi) cyklicznie przewijały się w padoku. Frank Williams rozmawiał o tym nawet z Rossem Brawnem. – Miałbym wielkie szczęście, gdyby Ralf i Juan Pablo łącznie spędzali na siłowni tyle godzin tygodniowo, ile Michael spędza w jeden dzień. | Fot. Fran Moreno / Twitter

Pierwszym krokiem stała się przebudowa geometrii zawieszenia, włącznie z krótszym niż w wypadku Renault rozkładem osi. Zrezygnowano z przedłużonej skrzyni biegów i silnika przesuniętego wyraźnie do tyłu. Zamiast tego, Newey zadbał o dostosowanie powierzchni aerodynamicznej do nowych opon. Efekt był więcej niż zadowalający – McLaren był zawodny, ale w odpowiednich warunkach był niebywale szybki.

Brytyjczycy, uzbrojeni w doskonałe ogumienie Michelin, ostrzyli sobie wobec tego zęby na fantastyczną walkę z Renault. Montoya był jej punktem kluczowym, więc nie mogło być mowy o zaniedbaniach. Kolumbijczykowi przydzielono nowego trenera, z zadaniem solidnego przepracowania zimy i pozbycia się wizerunku zawodnika dość pulchnego. Dzięki ścisłej rutynie, m.in. obejmującej wycieczki rowerami górskimi, Kolumbijczyk zrzucił sześć kilogramów.

Tenisowa wpadka?

Kierowcy z Woking stali się bohaterami weekendu jeszcze przed rozpoczęciem rywalizacji. Zestawiając ze sobą dwa odmienne charaktery – zimnego Raikkonena i gorącokrwistego Montoyę – kibice spodziewali się fajerwerków. Sam kierowca publicznie poddawał w wątpliwość podobne pomysły. – Widziałem jak Senna i Prost ścigali się dla McLarena. Było oczywiste, że naprawdę się nienawidzili. Pomiędzy mną a Kimim tak nie będzie, bo bardzo dobrze się dogadujemy i lubimy się nawzajem.

W Australii duet McLarena nie miał okazji się popisać. Deszczowa sesja kwalifikacyjna skazała ich na start z 9. i 10. pozycji, a wyścig upłynął Montoi pod znakiem przeróżnych niespodzianek. Najpierw nie mógł przebić się przez stawkę, a tuż przed drugim pit-stopem na moment wypadł poza tor. Gdy odzyskiwał rytm, natrafił na swoją dawną zmorę – kierowców z końca stawki. W wyniku absurdalnej kolizji o przebijaniu się wyżej mógł zapomnieć.

Szóste miejsce było dalekie od ideału, a Malezja i czwarta lokata po starcie z 11. pola sytuacji nie poprawiła. Po wyścigu na zespół spadł kolejny grom. Kolumbijczyk raz jeszcze stał się bohaterem prasowych opowieści – bynajmniej z uwagi na skokowy wzrost dyspozycji. Nabawił się bowiem kontuzji ramienia. Oficjalny powód? Trening tenisowy.

Pedro de la Rosa

W GP Bahrajnu Kolumbijczyka zastępował Pedro de la Rosa. Hiszpan zajął 5. miejsce i ustanowił utrzymujący się do dziś rekord toru. | Fot. Filippos McLaren / Twitter

Z tego powodu Montoya nie pojawił się zarówno w Bahrajnie, jak i na Imoli. W padoku huczało od plotek, a wersja McLarena była powszechnie (poza wzorowo lojalnym Pedro de la Rosą) kontestowana. – Zawsze kochał motocross i zawsze uprawiał go na boku. Jestem przekonany, że zrobił coś, czego nie powinien – mówił Patrick Head i prawdopodobnie nie mijał się z prawdą. Kontuzjogenny trening był podobno zakazany kontraktowo.

Kanadyjska katastrofa

Całą aferę adekwatnie podsumował po latach Adrian Newey. – [Juan] raczej skompromitował się łamiąc sobie <<kostkę>> po drugim wyścigu w Malezji. Uraz poczynił pokaźne spustoszenie w przygotowaniach do dalszej rywalizacji. – Nie mógł się poruszać z powodu bólu, więc wybraliśmy się do Miami, by doszedł do siebie. Od momentu, gdy mógł się już ruszać na tyle, by rozpocząć treningi […].  Przygotowywaliśmy się specjalnie pod Barcelonę i Monako – relacjonował Gerry Convy, trener Montoi.

Kolumbijczyk zdołał wsiąść do kokpitu, ale jakakolwiek rutyna została bezpowrotnie zatracona. Do końca roku zmagał się z zawodnym McLarenem, dokładając do sporej porcji pecha własne błędy i dekoncentrację. Szansę na odwrócenie losu miał jeszcze w Kanadzie, gdzie po raz pierwszy czuł się bardziej komfortowo niż Raikkonen. Po starcie trzymał się w bezpiecznie odległości od bolidów Renault, wstrzymywanych nieco tempem Giancarlo Fisichelli. Gdy Włoch wycofał się po awarii hydrauliki, a Alonso połamał zawieszenie na murze, Montoya objął fotel lidera. Pewnie prowadził, ale plany pokrzyżował mu Jenson Button, rozbijając się podczas na „Murze Mistrzów”.

Na tor wyjechał samochód bezpieczeństwa; McLaren zareagował instynktownie, decydując o ściągnięciu Montoi do boksu. Inżynierowie nie zdążyli jednak przekazać tej wiadomości, więc Kolumbijczyk ominął aleję serwisową i zjechał do niej dopiero na kolejnym okrążeniu. Opuszczając pit-lane nie dostrzegł czerwonego światła – po chwili sędziowie pokazali mu czarną flagę.

Ron Dennis starał się jakkolwiek wytłumaczyć strategiczną katastrofę. – Zarządzanie nie jest tak łatwe, jak może się wam wydawać, bo byli tam dwaj kierowcy, którzy chcieli wygrać, a to nieuchronnie nałożyło nieco presji na pit-wall – powiedział ówczesny szef McLarena. Nie omieszkał jednak przeprosić Montoi, co w klasyfikacji generalnej naturalnie na niewiele się zdało. Kolejny weekend z góry spisano na straty, bo na Indianapolis wystartowały tylko samochody z oponami Bridgestone. We Francji natomiast potencjalne podium zamieniło się w awarię.

Nadsterowna bestia

Problemy trapiły Kolumbijczyka bezustannie, także z powodu kłopotów z opanowaniem samochodu. Montoya nie mógł dojść do porozumienia z ustawieniami, nie potrafił przyzwyczaić się innego stylu prowadzenia. Od zawsze uwielbiał agresywne samochody – im większą mocą napędową dysponował, tym lepiej sobie radził. Między innymi dlatego tak doskonale dogadywał się z wczesnymi Williamsami spod znaku przewagi surowej mocy nad aerodynamicznym pakietem. Później, gdy pojawił się wspomniany FW25, Kolumbijczyk nie czuł się już tak pewnie.

Na pojedynczym okrążeniu kwalifikacyjnym, mając pod sobą krnąbrny samochód, jest możliwe, że Juan poradzi sobie lepiej niż Ralf. […] Nasz obecny samochód w żadnym wypadku nie jest łatwy w prowadzeniu, ale jest wyraźnie bardziej stabilny. […] Prawdopodobnie wymaga mniej nagłych korekt i w tej sytuacji być może Ralf jest w stanie być nieco bliżej limitu niż Juan – opowiadał Patrick Head.

W McLarenie, pomimo znanej charakterystyki opon Michelin, Montoya regularnie tracił kontrolę, uskarżając się na nadsterowność. Przedłużona aklimatyzacja zakończyła się dopiero w drugiej połowie roku, kiedy zdołał odnaleźć swoją magię. Dokonał tego w idealnym momencie – podczas Grand Prix Wielkiej Brytanii. Po wyśmienitej batalii z Alonso wreszcie odniósł triumf dla nowej ekipy.

Kolumbijczyk odżył, świadomy, że jest już tylko pomocnikiem Raikkonena, ale nie oznaczało to końca sinusoidalnego modelu działania. Modelowy przykład dał w Niemczech. Obrócił się wówczas podczas kwalifikacji i startował z ostatniego, 20. miejsca. Wystarczyły dwa zakręty i już był ósmy, a całe zawody ukończył na znakomitym, drugim stopniu podium. Nie inaczej było w Turcji, gdzie jechał tuż za Finem, ale zderzył się z Tiago Monteiro w momencie dublowania. Chwilę potem popełnił błąd w szybkim łuku nr 8, tracąc szansę na dublet.

MP4-21 nie dla Montoi

Schemat wzlotów i upadków kopiował aż do końca sezonu. Na lubianej Monzy odniósł drugi triumf (na ostatnim okrążeniu niedomagać zaczęła lewa tylna opona – wyścig zakończył się w samą porę), a w Belgii perfekcyjny weekend upadł przez pech, gdy w tył bolidu wjechał mu dublowany Antonio Pizzonia. W Brazylii upadły wszelkie marzenia o tytule dla Raikkonena. Montoya wygrał, ale trzeci do mety dojechał Alonso, więc gra toczyła się już tylko o mistrzostwo wśród konstruktorów.

Kolumbijczyk nie przyłożył się do niego. Na Suzuce z toru wypchnął go Jacques Villeneuve, z kolei w Szanghaju spotkała kolejna awaria, spowodowana najechaniem na studzienkę kanalizacyjną. Marzenie zostało ostatecznie zaprzepaszczone, i to pomimo mnóstwa problemów i kiepskiego tempa drugiego z kierowców Renault, Fisichelli. Na horyzoncie widniał jednak sezon 2006 i nowe regulacje silnikowe. Nawet jeśli wiązano z nimi nadzieje, już testy pokazały McLarenowi, że tym na razem na czempionat nie mogą liczyć.

ZOBACZ TAKŻE
Juan Pablo Montoya - szybki Kolumbijczyk | Zmarnowane talenty F1

Napędzany silnikiem V8 (po raz pierwszy bez kontroli Ilmor Engineering), samochód nie miał wystarczającej mocy w porównaniu z silnikami Renault i Ferrari. Co gorsza dla partnera Raikkonena, miał tendencję do podsterowności. Fin potrafił dostroić swój styl prowadzenia, Montoya niekoniecznie. Zmuszony do porzucenia agresywnego, raptownego kręcenia kierownicą w poszukiwaniu kompromisu między zmieszczeniem się w zakręt a zachowaniem maksymalnej prędkości, cierpiał katusze.

Nieco tempa zyskał dopiero w Australii, ale tam potencjału nie wykorzystał, popełniając szereg błędów. Gdyby nie niespodziewana pomoc od Fisichelli, który zgasił silnik i wywołał kolejne okrążenie formujące, Montoya startowałby z końca stawki – obrócił się podczas dogrzewania opon. Potem, ścigając Ralfa Schumachera w drodze po trzecie miejsce, mocno uderzył w jeden z krawężników. W wyniku zderzenia, elektroniczny system kontrolny automatycznie wyłączył silnik.

Niepewny Montoya

Poprawy nie było też później. Techniczne rozterki przeplatały się z kolejnymi kompromitującymi pomyłkami. Zdobył co prawda dwa podia – na Imoli (w samochodzie zapasowym) oraz w Monako, ale na niewiele się to zdało, skoro niemiłosiernie męczył się na Nurburgringu i nie dojechał do mety w Hiszpanii. W Kanadzie mógł odwrócić kartę – wyśmienity manewr na Schumacherze tuż po starcie spełzł jednak na niczym. Montoya najpierw zderzył się z Nico Rosbergiem, a następnie z murem. Sezon był spisany na straty, ale nie tylko słabe wyniki irytowały Kolumbijczyka.

Problemem był deficyt tempa do Raikkonena, który szarpał jego ego. Czyż nie był gotowy pokonać każdego w odpowiednim samochodzie? Montoya był przekonany, że jest do tego zdolny, ale gdy znów nie mógł okiełznać McLarena, szybko tracił cierpliwość. W relacjach z dziennikarzami przyjmował tradycyjną postaw – jak zawsze zdystansowany, nie trapił się reakcjami publiki. Wewnątrz, czuł się jednak w zespole coraz gorzej, nieświadomy, że musi wykonać kolejny krok naprzód. Nie starał się wynieść swych umiejętności na wyższy poziom i dokonać głębokich analiz. U Montoi prym wiodły emocje, czego przykład (uwaga – bardzo wulgarny) można zobaczyć poniżej.

 

Kolejnym bodźcem stała się sytuacja wewnątrz ekipy. Fernando Alonso został zakontraktowany na sezon 2007 tuż po zdobyciu mistrzowskiej korony, stawiając Kolumbijczyka w pozycji co najmniej niekomfortowej dla jego poczucia własnej wartości. W zespole pozostało tylko jedno miejsce, a Raikkonen cieszył się większą estymą wewnątrz stajni.

Już w maju Martin Whitmarsh nie opierał się szczególnie przed opisaniem swoich sympatii. – Chcielibyśmy, by Kimi pozostał w zespole razem z Alonso w sezonie 2007. Daliśmy mu maksymalną ilość czasu, by zdecydował, co chce zrobić. Raikkonen był bowiem rozchwytywany – raportowano, że jest już niemalże po słowie z Ferrari. Włosi mieli zapłacić 5 milionów dolarów za pierwszeństwo w ewentualnym zatrudnieniu kierowcy, po którego w kolejce ustawiała się też Toyota.

NASCAR wita

Montoya czuł się na tyle niekomfortowo, że rozglądał się za opcjami na przenosiny się do innej ekipy. Pracował nad powrotem w dobrze znane strony – do ekipy Chip Ganassi, tym razem w serii NASCAR. Gdy dowiedział się o tym Dennis, zasugerował Kolumbijczykowi natychmiastowe zrezygnowanie z pozycji kierowcy etatowego. Nie jest jasne, kiedy Montoya miał pożegnać z ekipą, ale jego kraksa z GP USA zapewne przyspieszyła lawinę.

Na Indianapolis spowodował potężny karambol, w wyniku którego z rywalizacji odpadło 8 kierowców, w tym Raikkonen, Button, czy obracający się w powietrzu Nick Heidfeld. Nie czekając na decyzje a propos swojej coraz bardziej mętnej przyszłości, Montoya postawił własne warunki. 9 lipca na konferencji prasowej podał informację, iż od sezonu 2007 będzie ścigał się w USA.

Dwa dni później McLaren rozszerzył te wieści, stwierdzając, iż Juan Pablo opuści fotel wyścigowy jeszcze przed Grand Prix Francji. Tym samym jego kariera w F1 dobiegła końca. Tylko Montoya wie, co tak naprawdę przelało czarę goryczy. Jak sam wspominał, czuł się zmęczony polityką w królowej sportów motorowych, a niepewność co do przyszłości, samochód, który nie odpowiadał jego stylowi i dominacja (choć nie w klasyfikacji generalnej) Kimiego Raikkonena, dołożyły kolejne cegiełki do planu powrotu do Stanów.

Zdaniem Rona Dennisa, to od tajemniczej piłki tenisowej zaczęły się kłopoty. – Incydent, w którym uszkodził sobie ramię przyniósł efekt odwrotny od zamierzonego, wyłączył go z gry na cały rok. To wytworzyło pewne napięcie. Szef stajni zwracał też uwagę na kwestie rodzinne. Montoya miał wówczas dwójkę małych dzieci i chciał przenieść się do Miami, zwolniony z konieczności podróżowania po całym świecie. A czy odczuwał potem wyrzuty sumienia? Niekoniecznie – Kolumbijczyk zawsze chodził własnymi ścieżkami, szukając nowych wyzwań. – Nie rozmyślam nad rzeczami. Podejmuję decyzję i idę dalej – wspominał swoje motto. Zawsze pozostawał mu wierny.

5/5 (liczba głosów: 2)
\
Reklama