Najlepszy kierowca: Stoffel Vandoorne
Belga po prostu trzeba wyróżnić, nie tylko dlatego, że stanął na najwyższym stopniu podium. Vandoorne czekał na triumf w Księstwie bardzo długo (ostatni raz wygrywał tu w GP2), a zwycięstwo w samochodzie Formuły E należało mu się w zupełności. Był szybki i bezbłędny, spisał się o niebo lepiej niż de Vries i pokonał rywali taktyką. Świetne użycie Trybów Ataku oraz kilka precyzyjnych manewrów wywindowały go na czoło stawki i tam już pozostał, nieniepokojony przez Evansa. Vandoorne wychodzi na czoło w klasyfikacji kierowców; jeśli w kolejnych rundach będzie prezentował się równie fantastycznie, trudno będzie komukolwiek odebrać mu fotel lidera.
Innym, choć lekko tragicznym, bohaterem tegorocznego sezonu staje się Robin Frijns. Holender wybitnie odnajduje się w środki walki o najwyższe lokaty i również w Monako dał tego świadectwo. Odbijał pozycję za pozycją, m.in. od de Vriesa, Lotterera i Vergne’a. Ostatecznie spadł za Francuza, ale nie poddał się i do samego końca siedział mu na ogonie. Czwarte miejsce to dobra zaliczka pod kątem walki o mistrzostwo, niemniej Frijns znowu skradł show i zapewne liczył na nieco więcej. Jego tempo jest wybitne i tylko niewytłumaczalnemu połączeniu nieszczególnie imponujących okrążeń kwalifikacyjnych oraz błędów taktycznych może przypisać fakt, że zajmuje dopiero czwarte miejsce w klasyfikacji kierowców.
What a moooove! (x2) 🔥@RFrijns makes his way up the grid after these brilliant overtakes 🙌
LIVE timing 👉 https://t.co/UA9ig2D3Mc
🇲🇨 2022 #MonacoEPrix | @Envision_Racing pic.twitter.com/1cdWmCAdjy
— ABB FIA Formula E World Championship (@FIAFormulaE) April 30, 2022
Frijns był jednak czwarty, a przed nim uplasował się jeszcze Mitch Evans. Nowozelandczyk zdobył pole position w stylu tak świetnym, że aż brakuje epitetów. Jaguar w jego rękach płynął po ulicach w Monako (w przeciwieństwie do Frijnsa, który notorycznie musiał kontrować swoim Envision), i nawet Pascal Wehrlein, wielki pechowiec, nie postawił mu wyzwania. W wyścigu nie był już tak szybki, ale trudno winić tu kierowcę, który doskonale bronił się w pierwszej fazie zawodów. Tymczasem Wehrlein miał triumf w zasięgu ręki, ale awaria jednego z tylnych hamulców zabrała mu prowadzenie. Dla Niemca to nie pierwszy taki przypadek w karierze – tu jednak tym bardziej bolesny, że wyścig miał niemal pod kontrolą.
Najlepszy zespół: Nissan e.dams
Pod względem punktacji jedyna ekipa startująca pod francuską licencją nie wyjeżdża z Monako zadowolona, ale wynik nie oddaje jazdy. Maximilian Günther spisywał się kapitalnie, choć, co raczej znamienne dla jego stylu jazdy, nie popisywał się elektryzującymi manewrami. Spokój i wyważenie przyniosło mu jednak siódme miejsce po okresie samochodu bezpieczeństwa. Bezlitosne wykorzystywanie błędów rywali pochłonęło go jednak nieco zbyt mocno. Usiłując powstrzymać Nicka Cassidy’ego oraz Sebastiana Buemiego zużywał za dużo energii. Marsz po pewne sześć oczek zakończył się na ostatnim okrążeniu, kiedy zapasy mocy uległy wyczerpaniu i Niemiec stoczył się jak kamień z górki na 17 miejsce.
Jego straty powetował Sebastien Buemi. Szwajcar startował ostatni, a mimo tego zdołał zająć ósme miejsce. Jeśli już to nie wystarcza na nagrodę, z pewnością zasługuje na nią styl, w jakim Buemi przebijał się do przodu. Relatywnie szybko uwolnił się od Sette Camary, a potem niczym duch piął się ku punktowanym pozycjom. Zmuszony uczynić ze swego Nissana jeżdżący mur dla Dennisa oraz Nycka de Vriesa, uczynił to z zabójczą precyzją. W porównaniu z poprzednimi weekendami, postęp stajni jest tak olbrzymi, że zasługuje na wyróżnienie. Zwłaszcza, iż surowe tempo wciąż nie pozwala im walczyć z Mercedesami, Jaguarami czy samochodami DS Techeetah.
A propos DS, również dla nich Monako okazało się łaskawe. Jean-Eric Vergne uratował trzecią lokatę przed zakusami Frijnsa, a Antonio Felix da Costa dodaje 10 oczek za piąte miejsce. Portugalczyk znów żywiołowo walczył m.in. z Oliverem Rowlandem, ale wciąż brakuje mu trudnego do uchwycenia pierwiastka swobody. Mistrz świata ma dobre tempo, ale chcąc je uwolnić jest zmuszony do tytanicznego wysiłku i wykręcania z samochodu 110 procent mocy. Francuz wydaje się nie mieć tego problemu i po raz kolejny ląduje w samej czołówce. Porównując występ wyścigowy DS z ich pozycjami z sesji kwalifikacyjnej, ekipa może czuć się zadowolona.
Największe zaskoczenie: Lucas di Grassi
Trudno o kierowcę, który pojechał w Monako równie bezkolizyjne, nieciekawe, by nie powiedzieć nudne, zawody. Trudno tu wychwalać jego osiągnięcie pod niebiosa – był to zwykły, solidny wyścig ze strony niebywale doświadczonego byłego mistrza. Brazylijczyk startował ze świetnej piątej pozycji, a dojechał do mety szósty. Podejścia do Vandoorne’a, Frijnsa czy Vergne’a nie miał przez cały dzień; z drugiej strony, nie musiał specjalnie żywiołowo się bronić. Zespół Venturi, dla którego był to domowy wyścig, ma nad czym się zastanawiać, bo tylko precyzji di Grassiego zawdzięczają osiem oczek.
Zaskakujący rezultat osiągnął też Antonio Giovinazzi, który do wyścigu ruszał z dziewiętnastego pola. Włoch, dotychczas zupełnie bezbarwny, w Monako wykorzystywał całe swe doświadczenie z czasów Formuły 1. Zaliczył udany start. Nie tracił czasu odpierając ataki swojego zespołowego partnera i wysforował się do przodu. Utrzymywał koszmarny bolid Penske w miarę blisko Dana Ticktuma oraz pnących się w górę Nicka Cassidy’ego oraz Sebastiena Buemiego (który spędził za nim trochę czasu). Linię mety przekroczył na 15 pozycji, czemu winna jest tylko konieczność oszczędzania energii i nieco zbyt agresywna strategia z Trybami Ataku. Niemniej, Giovinazzi spisał się w Księstwie najlepiej spośród wszystkich swych występów w Formule E.
Największe rozczarowanie: Nyck de Vries
Na tle kapitalnego triumfu Vandoorne’a postawa urzędującego mistrza świata rzuca się w oczy. Holender z weekendu na weekend zdaje się tracić tempo – jeszcze dwa podobne wyścigi i obrona korony stanie się marzeniem ściętej głowy. Znakomite tempo i spokój z pierwszej rundy sezonu uleciały wraz z szampanem jego kolegi z ekipy. Kwalifikacje jeszcze wyglądały obiecująco – de Vries zajął ósme miejsce – lecz w zawodach, kiedy tylko przyszło uruchomić pierwszy Tryb Ataku, błyskawicznie stracił kilka lokat. W połowie wyścigu był dopiero na 12 pozycji, a potem zyskiwał je tylko i wyłącznie przez błędy rywali. Efektywne oszczędzanie mocy zdało się tylko na wyprzedzenie Maximiliana Günthera.
De Vries ostatecznie zdobył punkty, czego powiedzieć o sobie nie może Edoardo Mortara. Szwajcar zajął 16. miejsce w czasówce (podczas gdy di Grassi był szósty) i nie odrobił wielu pozycji po starcie. Umiejętne użycie Trybu Ataku oraz powszechne błędy przeciwników wypromowały go chwilową do czołowej dziesiątki. Pod względem tempa zwycięzca z Ad-Dirijji po raz kolejny nie miał jednak czym się pochwalić. Wyścigu i tak nie ukończył przez awarię mechaniczną.
Rowland dał się ponieść emocjom
Słabe tempo obu blednie przy manewrach Olivera Rowlanda. Gdyby wyścig zakończył się po połowie dystansu, z pewnością byłby bohaterem. Dobry występ w czasówce nakreślił mu ścieżkę do pięcia się w górę i Rowland doskonale wykorzystywał wyższe niż zazwyczaj możliwości Mahindry. Fenomenalnie przedarł się przed da Costę oraz Dennisa po wewnętrznej Beau Rivage (jechali we trzech obok siebie), ale mając przed sobą Andre Lotterera, zjadła go ambicja.
Były kierowca GP2 walczył z Niemcem niezwykle brawurowo. Gdy nad torem zawisła „pełna żółta flaga”, prawie wbił się w dyfuzor kierowcy Porsche. Potem próbował przedrzeć się przez niego tuż po wywieszeniu zielonych flag i przeprowadził doskonały manewr po wewnętrznej do Sainte-Devote. W połowie zakrętu złapał jednak nadsterowność, zarzucił samochodem, wbijając Lotterera w bandę, a siebie w mur tuż obok. Połamane zawieszenie położyło kres dalszym próbom. Brytyjczyk wyrzucił tym samym potencjale szóste miejsce (być może nawet wyższe) w błoto.
Klasyfikacje po E-prix Monako: Vandoorne na czele
Katastrofa Pascala Wehrleina powoduje, iż Niemiec traci coraz więcej do samej czołówki. Zajmuje dopiero siódme miejsce, jedną niżej niż jego 40-letni kolega, Andre Lotterer. Kierowcy Porsche mają odpowiednio 43 i 42 oczka, tymczasem przewodzący stawce Stoffel Vandoorne – niemal dwa razy tyle. Belg zwyciężył w świetnym stylu i ma już 81 punktów, o sześć więcej niż Jean-Eric Vergne. Francuz stracił fotel lidera, ale stabilną formą utrzymuje pozycję umożliwiająca mu atak na szczyt; jako jedyny z czołówki zdobywał oczka w każdych zawodach. Za jego plecami grupę „uciekającą” dopełniają Mitch Evans oraz Robin Frijns – Nowozelandczyk ma 72 punkty, a Holender o jeden mniej.
Chcąc wyróżnić peleton, trzeba sięgnąć do wspomnianego już duetu Porsche, nad którymi trzyma się Edoardo Mortara – 49 oczek. Pod nimi z kolei mozolnie straty odrabia Nyck de Vries z 39 punktami, choć tempo jego pościgu nie wskazuje na przełom. Na jakikolwiek jego błąd czyhają już Lucas di Grassi i Antonio Felix da Costa – 37 i 30 punktów mają w klasyfikacji. Na nich też kończy się pierwsza dziesiątka. Warto zauważyć, że tylko jeden kierowca nie ma w niej swego partnera ze stajni – jest nim Mitch Evans. Sam Bird bowiem, dziś zmuszony wycofać się ze złamanym wahaczem, okupuje 12 lokatę, wciąż z 22 punktami na koncie.

Fot. FE Visualized / Twitter
Mercedes zdobył w ten weekend o punkt więcej, aniżeli DS, powiększa zatem swoją przewagę do 15 punktów. Urzędujący mistrzowie są na dobrej drodze, by swój ostatni sezon zakończyć z przytupem – 120 punktów po sześciu rundach widnieje pod ich nazwą. DS Techeetah stara się gonić, a za plecami czarno-złotych bolidów do skoku szykuje się Jaguar. Wciąż czyhający na dogodną okazję Mitch Evans praktycznie samodzielnie utrzymuje Brytyjczyków w czołówce, ale nie może być niczego pewny. 87, 86 i 85 punktów mają odpowiednio Envision, Venturi i Porsche. Czwarta pozycja zielonych samochodów to wielka zasługa Frijnsa, choć i Cassidy zdołał nareszcie dołożyć kilka oczek.
Następna runda: E-Prix Berlina
Sezon europejski zmierza do swego punktu kulminacyjnego – za dwa tygodnie kierowcy pojawią się w stolicy Niemiec. Berlińskie ikoniczne lotnisko Tempelhof przywita elektryczne samochody po raz szósty w ciągu ośmiu sezonów. O jego bogatej historii można by mówić godzinami. Oryginalną nitkę zaprojektował Rodrigo Nunes – był to jeden z niewielu obiektów, na którym poruszano się w stronę przeciwną do wskazówek zegara.
Tor przypadł do gustu i kierowcom i kibicom – umiejętnie łączył przyczepną nawierzchnię z szerokimi łukami pierwszego sektora i wąskimi zawijasami końcówki okrążenia. Przed sezonem 2017 tor przerobiono na znacznie szybszy, choć długość pozostała podobna – obiekt liczy niespełna 2,4 kilometra. Przerwa w sezonie 2015/2016 wynikała z przekształcenia portu na tymczasowe schronisko dla uchodźców.
Tempelhof: W cieniu wielkiej rywalizacji
Co nieco paradoksalne, Berlin stał się schroniskiem także pięć lat później, ale dla bolidów FE. Gdy pandemia uderzyła w Europę żelazną pięścią, władze serii, zmuszone odwoływać kolejne wyścigi w najróżniejszych lokacjach, postanowiły ratować czempionat organizując w Berlinie aż sześć rund w roku 2019/2020. Zastosowano trzy różne konfigurację toru – klasyczną, odwróconą (wedle wskazówek zegara) oraz wydłużoną. Tym sposobem w ciągu ośmiu dni zakończono sezon, który padł łupem Antonio Felixa da Costy.
Berlin przewrotnie sprzyja Brazylijczykom. W pierwszym sezonie kibiców rozgrzewała walka Nelsona Piqueta Jr. z Lucasem di Grassim. Młodszy zawodnik wygrał zawody, ale został następnie zdyskwalifikowany, umożliwiając Piquetowi powiększanie przewagi. Kilka lat później, po obiecujących testach, swoje pierwsze szanse otrzymał tu w bolidzie Dragon Penske Sergio Sette Camara. Czy będzie w stanie zdobyć w Berlinie swe pierwsze punkty w tym roku? Czas pokaże.
Wyniki E-Prix Monako

Fot. ABB FIA Formula E World Championship / Twitter