Czego szukasz?

FRECA

Szwedzka nadzieja? Dino Beganovic coraz bliżej marzeń

Szwedzcy kierowcy potrafią odnaleźć się w każdych warunkach, ale w Formule 1 od dekad brakuje ich w czołówce. Dino Beganovic planuje to zmienić. Choć 18-latek jeździ póki co w przedsionku F3 – serii FRECA – jego progres i umiejętności rokują bardzo pozytywnie.

Beganovic Prema
Fot. Prema / Twitter

Szwedzki motorsport to w dzisiejszych czasach nie lada zagadka. Kraj bogaty, o wielkich możliwościach, nastawiony na wspieranie największych talentów rodzimej sceny. Entuzjastów ścigania też znajdzie się wielu – czy to w intensywnej rywalizacji rajdowej, czy pośród piknikowej atmosfery zawodów żużlowych, czy w klasycznej formie czterokołowej – wyścigach kartingowych, preludium do świata wielkiego sportu.

Tym dziwniejszy jest fakt, że Szwecja porażającymi osiągami w samochodach o otwartym nadwoziu raczej nie stoi i nie zmieni tego niespodziewany triumf Marcusa Ericssona w Indy 500. Ten sam Szwed nie zawojował świata tam, gdzie najbardziej na niego liczono – w Formule 1, na którą Szwedzi spoglądają tęsknym okiem, wspominając brawurowy, precyzyjny, wyczynowy styl Ronniego Petersona, ich największej nadziei, której potencjał zabrała tragedia na Monzy.

Nadzieja na sukcesy nie umiera jednak nigdy, a całkiem możliwe, że za kilka lat, w piątej dekadzie bez asa z Örebro, do wysokich progów F1 dostanie się kolejny z wymarzonych następców. Byłby to wyczyn godny opisywania i stanowiący dobitny przykład tego, że w sporcie odnaleźć się może każdy. A gdy już złapie bakcyla, oderwanie się nierzadko nie wchodzi w grę. Dino Beganovic mógłby za to poświadczyć.

Tradycja? Wystarczy pasja

Historia największego obecnie talentu Kraju Trzech Koron już od kołyski biegnie nietypowo. Rodzice młodego kierowcy, dwójka bośniackich emigrantów, przeprowadziła się do Skandynawii z początkiem tego stulecia. Przedtem ich domem była Zenica, miasto leżące 70 kilometrów na północ od Sarajewa. Zawirowanie migracyjne nie zachwiało poczuciem przynależności i młody Dino, urodzony w 2004 roku w Ekholmen, dzielnicy Linköping, od zawsze żył w otoczeniu dwóch języków.

Od zawsze też kochał samochody i tak trafił za kierownicę – po raz pierwszy w 2012 roku. – Stało się to za sprawą mojego ojca, mechanika samochodowego, pasjonata sportów motorowych. Zawsze śledził F1, a ja razem z nim. Też chciałem to robić, więc powiedziałem mu o tym przy oglądaniu telewizji. Wyglądało to na świetną zabawę.

ZOBACZ TAKŻE
Ericsson wytrzymał i wygrał niezwykłe Indy 500 | Analiza

Na zweryfikowanie wyobrażeń Beganovic nie czekał długo. – Raz po szkole ojciec powiedział mi, że wybieramy się na gokarty, na nasz lokalny tor. W Szwecji mamy tzw. Karting on Tour, który zajeżdża do praktycznie każdego miasta z jakimiś 10 gokartami. Tam się zaczęło, a potem kupiliśmy używany gokart i zaczęliśmy sporo jeździć. Ćwiczyliśmy pół roku, potem przyszedł czas na [poważne] ściganie.

Praca prędko przyniosła rezultaty. Już od sezonu 2015 potomek Bośniaków dominował krajowe czempionaty, stopniowo pnąc się coraz wyżej. Rozpędu nabierał w rozsądnym tempie, nie wpadając bez potrzeby w stagnację, ale i nie przeskakując istotnych stopni na drodze do rozwoju. Pierwszy triumf w mistrzostwach kraju przyszedł w roku 2018, ale Beganovic już wcześniej znajdował się pod opieką jednego z dwóch rodaków, którzy ukształtowali (i kształtują do dziś) jego karierę.

Nie tylko Beganovic

Człowiekiem tym był Joakim Ward, były mistrz formuły nordyckiej z roku 1986. W barwach jego ekipy Beganovic przemierzał kraj i areny międzynarodowe. Ostatni rok jazdy w kartingu przyniósł największe sukcesy. Wciąż ledwie 15-letni, Szwed zwyciężył narodowe i włoskie mistrzostwa w klasie OK (KF2). Zajął też drugie miejsce w WSK Euro Series, gdzie triumfy odnosili niegdyś Charles Leclerc, Alex Palou czy Max Verstappen.

Wybitne osiągi w mekce ścigania zwróciły uwagę innych postaci ze środowiska. Choć Beganovic przyznaje, że otrzymaliśmy szansę na międzynarodową karierę od Joakima, to on popchnął moją karierę do przodu, stał za wszystkim – to swą dzisiejszą pozycję zawdzięcza w równej mierze bacznym obserwatorom z Premy, którzy nie wahali się długo. Szwed został przyłączony do programu jazd we Włoskiej Formule 4 na sezon 2020.

Beganovic Karting

Niebagatelne znaczenie w przenosinach Szweda do bolidów odegrał triumf w klasie OK na włoskim torze w Sarno | Fot. FormulaRapida.net / Twitter

Z początku nie mógł porównać ze sobą tych doświadczeń. – Karting i wyścigi w bolidach to prawie dwa inne światy, bo w kartingu nie masz tyle ochrony wokół siebie. W F4 czujesz się kompletne zabezpieczony, przez ciasno zapięte pasy prawie nie możesz się ruszyć […]. Kiedy wyjechałem na swoje okrążenie przygotowawcze, myślałem: <<nigdy się nie nauczę, jak to prowadzić>>.

Początkowy strach ustąpił i Beganovic z werwą wkroczył w nowy etap podróży. Dzięki renomie i sile Premy od początku mógł uczyć się od równych sobie talentów, bowiem partnerów w pierwszym roku startów można mu było jedynie pozazdrościć. Gabriele Mini, włoski as; perspektywiczny Brazylijczyk Gabriel Bortoleto; syn legendy F1 i NASCAR, Sebastian Montoya.

Ferrari i inne legendy

Wokół Beganovicia zbudowano wierną grupę doświadczonych współpracowników. Poza Joakimem Wardem, do sztabu kierowcy dołączył też Rickard Rydell, były mistrz British Touring Car Championship. ­– Rickarda spotkaliśmy przed ostatnim sezonem kartingu, na zgrupowaniu ekipy narodowej. Pojawił się tam właśnie dla mnie, ale dowiedziałem się o tym dopiero trzy miesiące później […]. Pracuje bardzo ciężko, robi dla mnie wszystko. W Szwecji wielu ludzi go zna, ma szeroki kontakty, świetnie mieć go przy sobie.

Rydell, który zna się z Wardem, pełni rolę menedżera kierowcy i pośredniczy w kontaktach z inną stajnią. Beganovic został też bowiem włączony do Akademii Kierowców Ferrari, zrzeszającej obecnie m.in. Arthura Leclerca, z którym to Szwed został zakwaterowany w jednym domu w Italii. Do kompletu współlokatorów miał jeszcze Gianlucę Petecofa.

Beganovic Akademia Ferrari

Beganovic, jeszcze zanim wszedł do F4, upatrywał potencjalnych problemów w pół-automatycznej skrzyni biegów. Jak jednak później przyznawał, dość łatwo było się przyzwyczaić. Większym problemem okazało się zawieszenie i wyczucie balansu | Fot. Ferrari Driver Academy / Twitter

Świeże środowisko i doświadczenia zaowocowały popisami na torze. W F4 już na Imoli (drugiej rundzie mistrzostw) Szwed wywalczył pole position, ale na pierwsze zwycięstwo musiał poczekać. Drugie w kolejce osiągnięć stało się najszybsze okrążenie, a dzięki regularnemu dokładaniu podiów Beganovic utrzymywał się w czołówce. Triumf przyszedł, notabene, też na Imoli, ale już pod koniec sezonu. Reprezentant Trzech Koron zdominował drugi wyścig weekendu, a na mecie całego roku okazał się słabszy tylko od dwóch rodzimych kierowców – Miniego i Francesco Pizziego.

Z powyższą dwójką spotkał się też na kolejnym etapie przygody – serii FRECA, do której momentalnie awansował. – To świetne uczucie ukończyć mistrzostwa na trzecim miejscu – mówił przed startem rywalizacji. – Nauczyłem się w zeszłym roku tak wielu rzeczy, że nawet nie mogę tego dobrze opisać. Możemy przywołać Imolę jako przykład. W obu weekendach zdobyłem pole position, ale w drugim poszło znacznie lepiej, gdyż wyciągnąłem wnioski ze wszystkich elementów pierwszej rundy – startów, restartów, walki […]. Postępy są widoczne.

Beganovic przyjmuje wyzwanie

FRECA stanowiła cięższy orzech do zgryzienia. Beganovic przed sezonem wzmacniał siłę ramion i nieco zmienił swoją rutynę, korzystał też z wszelkich dobrodziejstw Premy. – Wiedzą, jak pracować z debiutantami […]. Relacje też są znakomite, to główny powód, dla którego jestem tak szczęśliwy z powodu pracy tutaj – opowiadał przed sezonem 2021. W kwestii nastawienia, skupiał się na samorozwoju – Akademia nie nałożyła mu specjalnych wymagań. – Oczywiście jest kilku kierowców, rywali, na których <<mam oko>>, ale tak naprawdę chcę tylko robić najlepszą robotę, uczyć się, popełniać jak najmniej błędów.

ZOBACZ TAKŻE
FRECA: Wszystko, co musisz wiedzieć o serii z Polakami i sezonie 2022

Tych nie udało się do końca uniknąć podczas trudnej inicjacji. Szwed z trójki kierowców Premy (partnerowali mu David Vidales i Paul Aron) był najsłabszy i w pierwszych weekendach zajmował pozycje pod koniec pierwszej dziesiątki. ­– Różnica między F4 i F3 [FRECĄ, gdzie bolidy mają bardzo podobną specyfikację – przyp. red.] jest bardzo interesująca. W F3 samochody mają znacznie więcej docisku, mają aerodynamikę, którą odczuwasz […]. Nie wierzyłem, że [wiatr] może robić taką różnicę. W F3 możesz też zmienić wiele aspektów w samochodzie.

Jednym z większych kłopotów był brak zwinności samochodu. – Bolid F4 jest bardzo lekki, a w F3 czuć, że trzeba nieco czasu, by wejść w zakręt. Widząc skalę wyzwania, Beganovic postanowił czynić systematyczne postępy, intensyfikując wysiłki. – Jestem bardzo zaangażowany w to, by uczynić samochód szybszym. Robię notatki i zachowuję je na później.

 

Problemy stopniowo udawało się zwalczać i w końcówce sezonu wychowanek Ferrari zagrażał już czołówce. Debiutancką wiktorię na Mugello zabrał mu wspomniany już Paul Aron. Estończyk, junior Mercedesa, dosłownie latał na obiekcie w Toskanii, a u kresu rywalizacji uplasował się na trzeciej pozycji w klasyfikacji generalnej. Beganovic był ogółem 13., lecz trzeci wśród nowicjuszy. Prema miała już zatem gotowy duet na kolejny rok, do którego dołączył znany już Sebastian Montoya i wyścigowa pionierka z Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Hamda al Qubaisi.

Beganovic na zwycięskiej ścieżce

Jako przetarcie przed startem sezonu Prema wybrała azjatycką siostrę, czyli FRAC, ale skład podzielono. Aron pozostał w firmowanej przez włoską stajnię ekipie Abu Dhabi Racing, a Beganovic zasilił zespół Mumbai Falcons India Racing. Sokoły z Mumbaju mimo braku wielkiego stażu – powstali w 2019 roku – od zawsze snuli dalekosiężne plany. Beganovic stał się częścią misji stworzenia ekipy rywalizującej z powodzeniem zarówno w wyścigach formuł, jak i w kartingu.

W pozostałych bolidach stajni zasiadały dwa inne wielkie nazwiska juniorki – Oliver Bearman oraz Arthur Leclerc. Monakijczykowi dorównać mógł jedynie Sebastian Montoya, ale starty Kolumbijczyka w serii zakończyły się w połowie roku. Beganovic tymczasem dzielnie walczył z rywalami z FRECI – Isackiem Hadjarem oraz Minim. Zdobył trzy podia w Dubaju, a rywalizację zakończył mocnym podwójnym uderzeniem na Yas Marina.

 

Tak przygotowany, rozpoczął ściganie we FRECE. Już na Monzy zarysowała się trójka zawodników gotowych do walki o tytuł. Poza Szwedem aspirują do niego Aron i Mini, jedyni zdolni pokonywać Beganovicia, choć jak na razie, niewystarczająco regularnie. Kierowca Premy masowo zdobywał podia – w pierwszych siedmiu rundach nieomylnie meldował się na dwóch czołowych stopniach. Jego niebywała passa przerwana została dopiero na Paul Ricard, gdzie zdyskwalifikowano go z drugiego wyścigu.

Na Zandvoort pierwsze skrzypce grał z kolei Aron, absolutnie niedościgniony na wijącym się pośród wydm holenderskim obiekcie. Beganovic dołożył kolejne istotne punkty, więc w momencie oddawania tego artykułu ma ich 174 do 138 Arona i 135 Miniego. Szanse na ostateczny triumf są zatem pokaźne.

Optymizm, ale bez przesady

Na ten moment nie wiadomo jeszcze, czy Beganovic otrzyma szansę w F3. Gdyby utrzymał równą formę i zdobył tytuł, jest to jednakże praktycznie pewne. Tego rodzaju gratyfikacja spotkała już bowiem wielu znakomicie prezentujących się we FRECE kierowców – choćby Leclerca, Zane’a Maloneya czy Gregoire’a Saucy’ego. Wielkie możliwości Premy w obu kategoriach są doskonale znane, więc drzwi stoją przed Beganoviciem otworem.

Szwed nie ma wobec siebie olbrzymich oczekiwań, bardziej ciesząc się jazdą i poznawaniem innego życia. – Przez ostatnie dwa-trzy lata [kartingu] bardzo często ścigałem się we Włoszech […]. Pracowałem z zespołem, zatrzymywałem się z nim, moi rodzice przyjeżdżali na wyścigi, ale pomiędzy nimi zostawałem z teamem, więc już wtedy trochę żyłem na własny rachunek.

ZOBACZ TAKŻE
Kas Haverkort o wyścigach w Zandvoort. "Chcę tam wygrać" | WYWIAD

– Kiedy się przeprowadziłem, poczułem, że to będzie świetna przygoda – żyć samodzielnie, zobaczyć świat z innej perspektywy. Jak na razie, takie podejście wydaje się opłacać. Beganovic odnosi zwycięstwa i sukcesywnie zbliża się do zrealizowania swoich pasji. Wielkim wzorcem pozostaje dla niego Charles Leclerc; do tego stopnia, iż Szwed żartuje, że kiedy wejdzie do F1, powie Monakijczykowi, by ten zmienił swój numer startowy, by Beganovic sam mógł paradować z dumną 16.

Sukcesami nie daje się jednak omamić. – Już teraz mamy za sobą długą drogę, ale jeszcze dużo przede mną, by osiągnąć moje wielkie marzenie. Joakim Ward, Rickard Rydell, Prema i Ferrari z pewnością będą go w tym wspierać, więc tylko od umiejętności młodego Szweda zależy, czy pójdzie w ślady Petersona, Nilssona, Johanssona czy Ericssona i znajdzie się na stałe w padoku F1. A kiedyś, kto wie, być może przeskoczy ich pod względem osiągnięć.

5/5 (liczba głosów: 1)
Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Reklama