Czego szukasz?

Załóż konto w Betfan!

Formuła E

Dlaczego Antonio Giovinazzi nie poradził sobie w Formule E?

Antonio Giovinazzi zakończył debiutancki sezon na 23. pozycji wśród kierowców. Choć przyniósł Formule E sporą dozę uwagi ze strony kibiców innych serii, zmuszony radzić sobie z nawarstwiającymi się kłopotami w Dragon/Penske ostatecznie został jedynym pełnoetatowym zawodnikiem bez punktu na koncie. Dokonawszy głębszej analizy, przekonamy się jednak, że Włoch był wręcz skazany na zmarnowany rok.

Giovinazzi Dragon Penske2
Fot. Alexandre Khaldi / Twitter

Gorzkie pożegnanie, niepewne przywitanie

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Giovinazzi żywił uraz do Alfy Romeo, iż szwajcarska stajnia nie zdecydowała się przedłużyć z nim współpracy na sezon 2022. Oficjalne ogłoszenie rozstania skomentował słowami: rządy pieniędzy potrafią być bezlitosne, odwołując się tym samym do wspieranego milionami dolarów Guanyu Zhou. Włoch zapominał jednak o kwestii prawdopodobnie najważniejszej – w żaden sposób nie udowodnił, że powinien w F1 pozostać.

Wielokrotnie wyraźnie szybszy niż Kimi Raikkonen, wciąż dawał się pokonywać spieszącemu ku emeryturze Finowi na dystansie wyścigowym. Potencjał, którym co jakiś czas błyszczał w ciągu trzech lat przyniósł zaledwie 21 punktów. Nawet jeśli liczyć błędy zespołu i chybione strategie, Giovinazzi ginął w środku stawki i nie imponował – ani wyprzedzaniem, ani zarządzaniem oponami, ani pewnością siebie i bezkolizyjnością.

O rozbracie z Alfą wiedział wcześniej, niż zostało to ogłoszone i wówczas jego menedżer Enrico Zanarini zaczął rozglądać się za innymi opcjami. Formuła E jawiła się jako ciekawy wariant, odpowiadający marzeniom o rychłym powrocie do królowej motorsportu. Włoch przyznawał, że zawsze śledził te kategorię, miał też niewielki bagaż doświadczeń z testów organizowanych w 2018 roku. Liczył na produktywny sezon.

Enrico Zanarini

Enrico Zanarini (po lewej) pracował w przeszłości m.in. z Eddiem Irvine’em oraz Giancarlo Fisichellą | Fot. Tuttomotoriweb / Twitter

Wybór Penske przekreślił tę nadzieję niejako z definicji. Giovinazzi mógł rozejrzeć się za innymi ofertami, również w FE, mógł też ostatecznie zdecydować się nawet na rok przerwy od rywalizacji. Wciąż należy przecież do puli kierowców Ferrari i jest ich testerem – na brak zadań zapewne by nie narzekał.

Tymczasem przez angaż w amerykańskiej stajni znalazł się w pozycji bez wyjścia. Długoterminowe plany – jeśli takowe były rozważane, spaliły na panewce. Do aliansu DS Penske wytypowano bowiem Jeana-Erica Vergne’a i Stoffela Vandoorne’a, a możliwość dołączenia do Maserati upadła niedługo później. I to pomimo tego, że Giovinazzi wyrażał zainteresowanie jazdą bolidem trzeciej generacji.

Giovinazzi bez przyszłości

– Samochód Gen3 jest całkiem fajny, dobrze widzieć, że jest znacznie szybszy. Byłoby miło go poprowadzić – mówił, zaznaczając w Monako (kiedy bolid ujawniono), iż jest jeszcze za wcześnie, by zastanawiać się nad rokiem 2023. Tymczasem Lucas di Grassi, Sébastien Buemi czy  Vandoorne mieli już właściwie nowe kontrakty potwierdzone, tyle że jeszcze nie ogłoszone.

Giovinazzi został na lodzie. Jego jedyną szansą pozostawało zaimponowanie całemu światu rezultatami w bolidach elektrycznych, co nigdy nie wyglądało na prawdopodobny scenariusz. Podwaliny pod kłopoty położyły m.in. zasady homologacji. Penske nie mogło przez nie dokonać właściwie żadnych zmian w swym bolidzie EV-5. Jednostka napędowa, inwertor, skrzynia biegów – ich rozwój został zamrożony.

ZOBACZ TAKŻE
Debiut bez fajerwerków - Giovinazzi, Ticktum i ich wielkie wyzwania

Do zmiany pozostało tylko oprogramowanie i zasoby ludzkie, których brakowało. Giovinazzi miał wokół siebie troje zgranych inżynierów, ale pozostali pracownicy mieli ręce pełne roboty jako mechanicy i zarządzający. Jak zauważyliśmy w artykule o Sergio Sette Camarze, obecność zaledwie kilku specjalistów w tak wymagającym środowisku jest dla kierowcy – a tym bardziej debiutanta – częstokroć nie do przeskoczenia.

Nawet dobra atmosfera, sympatyczny kolega zespołowy i mniejsze napięcie nie ułatwiły nauki, jeśli uczyć się nie było z czego. Nie sposób rywalizować na wysokim poziomie sportów motorowych, jeśli skład osobowy twego zespołu to 25% składu tych, którzy biją się o triumfy. Z tej perspektywy debiut Włocha – jeśli odliczyć obowiązkowy pierwszy wyścig na przetarcie – i tak był obiecujący.

Już w drugim starcie przez dużą część wyścigu trzymał przecież za sobą Settę Camarę i kilku rywali. O progres było jednak bardzo trudno, zwłaszcza, iż Włoch nigdy nie dostosował się na dobre do reguł wykorzystywania energii. W Penske było to absolutną podstawą.

„To inny świat”

Giovinazzi potrafił być szybki. Potrafił bronić się efektywnie. Samo prowadzenie bolidu nie sprawiało mu większych kłopotów, kraks też nie zaliczył wiele, przynajmniej w porównaniu z F1. Nadużywanie energii połączone z ogromnymi kłopotami po stronie jednostki napędowej i jej zużywania mocy z baterii zawsze oznaczały jednak, iż punktom mógł powiedzieć tylko jedno. Arrivederci.

Boleśnie odczuł to w Londynie, jedynym obiekcie sprzyjającym stajni. Trzecim polem startowym zaskoczył wszystkich, a na kolejnych kółkach spisywał się równie dobrze, broniąc się przed Antonio Felixem da Costą. Zawiodła go nadgorliwość i nieprzygotowanie – starają się pozostać w grze, bronił się zbyt mocno i otrzymał karę za kolizję z Portugalczykiem. Potem przekroczył barierę maksymalnego zużycia energii – 220 kilowatów – i na tym spełzły marzenia o przełomie.

Co wysoce ironiczne, właśnie w tym wyścigu po raz pierwszy i ostatni w sezonie „oczka” zdobył Sette Camara. Włoch na tle Brazylijczyka nie istniał – wszystkie wyścigi poza jednym ukończył za jego plecami, przegrał też czasówki w stosunku 10-5. Ściślej mówiąc, przegrał 11-4, gdyż „zwycięstwo” w Meksyku polegało na tym, iż Giovinazzi zajął wyższą pozycję w swej grupie. Wedle reguł kwalifikacji, nawet wobec słabszego czasu owocowało to wyższą lokatą startową.

ZOBACZ TAKŻE
Kierowcy rezerwowi w F1. Na kogo mogą liczyć zespoły w 2022 roku?

Sette Camara miał przewagę i wiedział, jak ją wykorzystać. Zawsze zmotywowany, gotowy do walki, skupiony na celu stanowił przeciwwagę dla Włocha, który nie spodziewał się wyzwania, jakie stawiało przed nim Penske. Nie mylił się mówiąc, iż Formuła E jest czymś innym niż F1, w której wiesz, że w każdym wyścigu wygra Mercedes albo Red Bull. Mylił się jednak, jeśli sądził, iż samo to predestynuje go do regularnego dowożenia punktów.

Giovinazzi po prostu nie miał doświadczenia i możliwości jego nabycia. – Niestety to kompletnie inny samochód i format. Wszystko jest inne, nic z tego, czego nauczyłem się w przeszłości w innych kategoriach i F1, tutaj nie działa! – mówił w lipcu. – To, jak hamujesz, ta mentalność by nie naciskać, konieczność oszczędzania energii, ładowania baterii – to wszystko jest inne. 

Giovinazzi sfrustrowany

Nic dziwnego, że entuzjazm z czasem opadał. – To była jedna z rzeczy, która spowodowała, że chciałem wejść do tej serii. Chciałem nauczyć się czegoś nowego, gdyż w swej karierze prowadziłem wiele samochodów i jedynym, który mi pozostał był [bolid] Formuły E. Giovinazzi sam przekonał się jednak, że seria ta nie wita debiutantów z otwartymi rękami.

– Dla debiutanta nie jest to najlepsza seria, nie masz wiele czasu w samochodzie. 30-minutowa sesja, nowy tor, czasem w jeden dzień. Trudno to poskładać. Berlin to dwa różne tory w ciągu dwóch dni. Nie są one trudne, ale trzeba się ich nauczyć, a my nie byliśmy tu szybcy. Bolid Penske sprawdzał się właściwie tylko w Londynie. – Szło dobrze. Myślę, że z tym tempem mogliśmy finiszować na szóstym miejscu – opowiadał po fiasku 14. rundy.

Dla Włocha byłoby to miłe odświeżenie, bo pozostałe wyścigi spędzał na walce z NIO 333, zyskiwaniu pojedynczych lokat przez błędy rywali lub zmaganiach z technicznymi chochlikami. Tak upłynęły rundy w Arabii Saudyjskiej oraz monakijsko-berlińskie trio. Finisze na odległych pozycjach przeplatały się też z karami. Na ulicach ojczystej stolicy otrzymał 5 sekund doliczonego czasu za naruszenie przepisów samochodu bezpieczeństwa. Krzywdy do zniewagi dodała kolejna kara – 30 sekund za przekroczenie prędkości pod pełną żółtą flagą i zyskania przez to przewagi.

Koniec sezonu – wyłączając wspomniany Londyn – układał się jeszcze gorzej. Kłopoty z energią i dostarczaniem mocy przez jednostkę napędową dołożyły się do miernego tempa. Giovinazzi wycofywał się z każdej rundy i pożegnał się z mistrzostwami w stylu, który dobitnie podsumował jego narastające rozczarowanie.

Po zderzeniu z Antonio Felixem da Costą, spotęgowanym jeszcze kolizją z Alexandrem Simsem, nabawił się urazu kciuka. Pomimo braku złamań czy pęknięć, Włoch otrzymał od delegata medycznego zgodę na opuszczenie zawodów. Napisał wówczas, iż zdecydował się nie brać udziału w wyścigu, by nie podejmować zbędnego ryzyka.         

Formuła E już skończona

Komentarz ten był teoretycznie całkowicie wypruty z ideologii, niemniej dość zaskakujący pasywno-agresywny sposób jego sformułowania może sugerować, iż Giovinazzi miał już zwyczajnie dość zmagania się z maszyną Dragon/Penske, której nie mógł opanować przez cały rok startów. Zastąpił go Sacha Fenestraz, 23-letni Francuz, od przyszłego sezonu zawodnik Nissana.

Giovinazzi Ferrari

Włoch utrzymuje mocne więzi z Ferrari. Znaczną część drugiej połowy obecnego roku spędził na pracy w symulatorze. Tu w rozmowie z Simone Restą, dyrektorem technicznym Haasa | Fot. Aerodinamik F1 / Twitter

Tym samym przygoda Włocha z elektryczną serią dobiegła końca. Nawet jeżeli Nyck de Vries trafi ostatecznie do Formuły 1, trudno wyobrazić sobie, by Maserati sięgnęło po Giovinazziego. Były kierowca Alfy Romeo nie znajduje się też na radarze reszty ekip i jego los pozostaje niepewny. W grze, choć to wątpliwe, pozostaje powrót do Hinwil, angaż w Haasie albo kontynuowanie współpracy z Ferrari. Niewykluczone, że Giovinazzi rozszerzy program współdziałania ze Scuderią na kategorię LMH w serii WEC.

Stąd „jednosezonowy” wyskok Włocha do FE można interpretować wielorako. Patrząc z zewnątrz, odpowiednie wydaje się określenie: beznadziejny, ale bliższe spojrzenie potwierdza to, czego można się było spodziewać od początku – rok ten był skazany na klęskę. Giovinazzi, choć dawał z siebie wszystko i nie tracił motywacji, był bardziej zainteresowany kontynuowaniem snu o F1. Dlatego też, mimo przebłysków i imponującego CV, w Formule E musiał żyć z koszmarami.

5/5 (liczba głosów: 2)
Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Reklama