Za nami intrygujący sezon koronnej serii juniorskiej na Półwyspie Apenińskim. Choć walka o tytuł toczyła się właściwie jedynie między trzema kierowcami, na dystansie 7 rund i 21 wyścigów działo się wystarczająco wiele, by zaskakującymi wynikami obdzielić jeszcze kilka innych rozgrywek. Andrea Kimi Antonelli na finiszu roku nie miał sobie równych, lecz z początku gwiazda Włocha wcale nie świeciła jasno – potrzebował on czasu, by dojrzeć i dopasować się do swej Premy. Przypomnijmy sobie ten wyjątkowy rok.
Początek dla US Racing
Dziewiąty sezon rywalizacji rozpoczął się na Imoli i to właśnie na technicznej arenie otrzymaliśmy niemal perfekcyjną miniaturę nadchodzącej kampanii. Wśród ponad 30 zawodników ustawiających się na polach startowych faworytami wydawali się jeźdźcy Premy oraz US Racing. Eksperci dopuszczali jednakże niespodzianki.
Inauguracja była nimi wręcz usłana. Andrea Kimi Antonelli z Premy deklasował konkurencję w treningach oraz I sesji kwalifikacyjnej, ale w debiutanckim wyścigu padł ofiarą awarii. Pałeczkę przejąć musiał jego kolega ze stajni, Rafael Camara, który pomknął po triumf. Imola idealnie odpowiadała Brazylijczykowi. Drugie zawody skończył ósmy po znakomitej pogoni, a trzecie finiszował tuż za plecami Sztuki. W toku wybitnej batalii Polak i zawodnik z kraju Kawy jechali w swojej lidze.
Camara walczył nie tylko o własne wyniki; bronił również honoru Premy, bowiem to US Racing dzięki triumfom Alexa Dunne’a i Kacpra Sztuki objęli prowadzenie w klasyfikacji generalnej. W drugim wyścigu Niemcy prawie osiągnęli triplet – czwarty był Marcus Amand. W tyle stawki imponowali z kolei Bedrin, Spina (odrobił w pierwszym wyścigu 17 pozycji), Maya Weug czy Ivan Domingues.

Alex Dunne potwierdził startami w F4 swój status wielkiego talentu | Fot. F1 Feeder Series / Twitter
Mimo większych zasobów, Prema dała się zaskoczyć – z legendarnego obiektu Włosi wyjeżdżali z 19-punktową stratą do US wśród zespołów. Kierowca stajni Gerharda Ungara i Ralfa Schumachera przewodził również w tabeli kierowców– Alex Dunne miał 58 oczek. Za nim lokowali się Camara i Sztuka. Brazylijczyk umocnił swą pozycję w pierwszej rundzie na Misano, ale z marazmu zdążył już ocknąć się Antonelli.
Kierowca z Italii dwukrotnie toczył z Camarą pasjonujące boje, korzystając z kłopotów i błędów Sztuki i Dunne’a. Ich chaotyczna dyspozycja stanowiła też wodę na młyn dla choćby Emersona Fittipaldiego Jr. czy wspomnianego Amanda.
Antonelli kontratakuje
W trakcie ostatniej rundy zawodnik R-ace GP popełnił błąd i spadł z piątego na czternaste miejsce, ale zdołał odrobić całą stratę i wbił się na najniższy stopień podium. Kapitalny pokaz siły nie obrócił się jednakże w trwałą zwyżkę formy – Amand już na Spa-Francorchamps (po raz pierwszy wprowadzonej do serii) powrócił do swej labilnej i nieprzewidywalnej postawy. Prema tymczasem już na dobre przejęła kontrolę nad mistrzostwami.

Fot. PREMA / Twitter
Utytułowanej stajni nie był w stanie zagrozić nawet Dunne – Włosi w drugim wyścigu zajęli cztery pierwsze miejsca, a ich porażające tempo na całej długości belgijskiej triady potwierdził później Camara. W niedzielę Brazylijczyk spadł na sam koniec stawki (choć ruszał z pole position), lecz w toku zawodów przebił się o ponad 30 pozycji i finiszował trzeci.
Ów heroizm okazał się jednak niestały. Camara na równi ze swymi niebywałymi wrodzonymi zdolnościami pokazywał zbytnią narowistość, która sugerowała, iż może zagubić się w walce o tytuł. Na razie jeszcze prowadził, ale jego przewaga nad niedoścignionym Antonellim stopniała do 4 punktów – w stosunku 147:143. Dunne tracił już prawie 40 „oczek”, a Sztuka na dobre wypadł z gry, zmagając się m.in z brakiem budżetu.
Antonelli prędko wyprowadził kolejne uderzenie – po pierwszych zawodach 4. rundy na Vallelundze był samodzielnym liderem. Camara wpadł w dołek, Sztuka zdobywał małe punkty, a Dunne przeplatał świetne pościgi z kolizjami. Na pierwszy plan wysunął się wtedy m.in. Taylor Barnard – w drugim wyścigu Brytyjczyk znalazł się na drugim stopniu podium.
Sztuka znów w czołówce
Barnard nie liczył się jednakowoż w walce o wysokie miejsca w klasyfikacji generalnej, toteż nie mógł przeszkodzić Antonellemu. Partner zespołowy Camary udawał się na wakacyjną przerwę w dobrym humorze i z przewagą 36 oczek. Na Red Bull Ringu zyskał kolejne powody do radości. Niespodziewana otoczka – do rozgrywek zgłosiło się ponad 40 kierowców, organizatorzy zdecydowali się na organizację 4 rund – nie powstrzymała Włocha, mimo małych kłopotów.

Fot. Krzysztof A. Woźniak / Twitter
Swój rytm odnalazł również Sztuka, znów piekielnie szybki w kwalifikacjach. Dla Polaka nadchodził moment chwały – w epizodzie trzecim na obiekcie w Styrii wykorzystał zderzenie Barnarda z Antonellim, minął Conrada Laursena i wygrał po raz drugi w sezonie. Na piedestale zameldował się też kapitalny nowicjusz Ugo Ugochukwu, który wyglądał jak weteran na tle zdekoncentrowanego Camary.
Brazylijczyk był daleki od optymalnej dyspozycji. Najpierw zniszczył jeden z wyścigów zarówno sobie, jak i Barnardowi, a drugie miejsce w kolejnym wyścigu na nic się zdało – wygrał znowu Antonelli. Finał rozgrywek na Red Bull Ringu padł z kolei łupem Dunne’a – Irlandczyk wreszcie uwolnił się od błędów. Camara miał już tylko jedną szansę na szaleńczą pogoń – Monzę.
Weekend od triumfu rozpoczął jednak Charlie Wurz, który po wybitnej batalii pokonał Amanda, Sztukę i Dunne’a. Multum kolizji i powszechny chaos dobrze wykorzystał też Valentin Kluss, na którego konto wpadły pierwsze punkty. Antonelli po chwilowym zastoju (zajął 11. miejsce) powrócił w glorii i chwale podczas drugiego wyścigu. Wtedy to Dunne dodatkowo skomplikował Camarze życie.
Wicemistrzostwo dla dwóch?
Irlandczyk zagapił się i w walce z młodym Brazylijczykiem dał się podbić na tarce. Camara, desperacko chcąc uniknąć kontaktu, wyleciał z toru i znów musiał odrabiać, ale punktów to nie przyniosło. Te zgarnęli choćby Martinius Stenshorne, Barnard i Dunne. Irlandczyk z US Racing wyjeżdżał ze świątyni prędkości z 221 punktami na koncie. Antonelli miał ich 287, Camara – 213.
Trzeciemu w klasyfikacji generalnej kierowcy nie pomogło też skrócenie weekendu na Monzy. Ulewne opady spowodowały odwołanie trzeciego wyścigu, skazując Camarę na wielką bitwę z Irlandczykiem na Mugello, podczas konkluzji sezonu. Antonelli był poza zasięgiem – na krętym obiekcie goszczącym GP Toskanii 2020 przypieczętował swój tytuł pokazem siły w pierwszym wyścigu.

Fot. Italian F4 Championship / Facebook
Walka toczyła się już tylko o wicemistrzostwo i czołową szóstkę. Dunne vs Camara oraz Sztuka vs James Wharton i Wurz – tak wyglądała stawka. Polak niestety napotkał problemy. Najpierw połamał zawieszenie, potem był czwarty, a w ostatniej rundzie padł ofiarą nadmiernych ambicji Dunne’a, atakującego Camarę. Brazylijczyk po kolizji stracił kontrolę nad bolidem, wpychając cieszynianina w żwir.
Wurz i Wharton konsekwentnie zdobywali tymczasem punkty (Australijczyk przeszedł z 14. miejsca na 5.), i wyprzedzili Polaka. Pechowiec Sztuka mógł jedynie pocieszyć się myślą, że walnie przyczynił się do zajęcia przez US Racing drugiego miejsca w klasyfikacji ekip. Zwyciężyła naturalnie Prema, której blasku dodał potrójną wiktorią Antonelli. Za Włochami i Niemcami zadekowali się ich ludzie z PHM Racing. Czołowy kwintet ekip uzupełniły stajnie Van Amersfoort Racing oraz Iron Dames.
Solidny rok Kacpra Sztuki
Czy debiutancki sezon Polaka mógł ułożyć się nieco inaczej? Czy można było osiągnąć więcej? Na te pytania odpowiedzi można mnożyć, rozważać i analizować. Zachowując dozę obiektywizmu koniecznego przy analizowaniu startów naszego reprezentanta, można jednakże z zadowoleniem spoglądać na ten sezon międzynarodowych rozgrywek Polaka.
Cieszynianin po raz drugi startował bowiem w bolidach jednomiejscowych, szybko złapał porozumienie z maszyną marki Tatuus. Już po Imoli, kiedy za kierownicą czuł się bardzo dobrze, obiecywał sobie więcej, zwłaszcza że czysty talent wyścigowy pozwalał mu odnaleźć się zarówno na suchym torze jak i mokrym. Polak dobrze radził sobie też z oponami, przeprowadzał wartościowe testy wraz z ekipą i szybko znalazł wspólny język z inżynierami.

Polak nie jest na razie wspierany przez Orlen, ale rozmowy wciąż się toczą | Fot. Kacper Sztuka / FB
A przecież kłód pod nogi rzucano mu wiele, stąd oczekiwania Polaka a propos większej liczby podiów i triumfów nie ziściły się w pełni ani w rundzie 2., ani na późniejszych etapie sezonu. Mimo wsparcia szefów – Gerharda Ungara i Ralfa Schumachera – Sztuka i tak musiał dbać o regularne płatności na konto pryncypałów, by nie pożegnać się z fotelem w połowie roku. Dzięki wsparciu partnerów, ostatecznie zdobył koniecznie fundusze, ale sprawa wisiała na włosku.
Wątpliwości nie ulega, że odbiło się to niekorzystnie na przygotowaniach Polaka. Niepewność nałożyła się na błędy, awarie i okazjonalne braki tempa – znakomitych ustawień z Imoli nie udało się bowiem zreplikować choćby na Vallelundze czy Mugello. Dojrzałość za kierownicą (Sztuka niezwykle rzadko popełniał błędy sam z siebie) nie zawsze wystarczała do nadrobienia strat.
Statystyki nie oddają rzeczywistości w 100%, ale mówią wyraźnie – sezon był dobry (być może nawet bardzo dobry), ale nie rewelacyjny. 2 zwycięstwa, 2 inne podia, 9 kolejnych zdobyczy punktowych, ale też 6 nieukończonych wyścigów. Tę ostatnią właściwość można w warunkach F4 wybaczyć – Sztuce w istocie zabrakło tylko jednego – wspomnianej wystarczającej liczby podiów.
Pozytywne niespodzianki i rozczarowania
Zaowocowało to 162 punktami w klasyfikacji generalnej. I nie powinniśmy się oszukiwać – każdy z zawodników, którzy ostatecznie Sztukę wyprzedzili, na to zasługiwał. James Wharton czy Charlie Wurz rzadko prezentowali fajerwerki, ale byli skuteczni. Inaczej Camara, Dunne czy Antonelli. Włochowi poświęcę najmniej miejsca – gdy tylko rozwinął skrzydła, odleciał w swej wirtuozerii ku wyższym partiom wyścigowego nieba, niedościgniony przez rywali.
Potencjał na to miał też Camara. Brazylijczyk (niespokrewniony z Sergio Sette Camarą) lśnił niczym nieoszlifowany diament. Skory do wyprzedzania w każdym możliwym miejscu, zadziorny, panujący nad maszynerią, dodał mnóstwo kolorytu tegorocznym mistrzostwom. Jego pogonie (vide Spa-Francorchamps) zapiszą się w historii, ale juniora Ferrari zgubił brak systematyczności.

Arvid Lindblad był pierwszym kierowcą Akademii Red Bulla od 2020 roku, którego zdecydowano się wysłać w podwoje Włoskiej F4 | Fot. Van Amersfoort Racing / Twitter
Jakże charakterystyczna to cecha dla południowoamerykańskich młodych asów! Camara bywał błyskotliwy i diabelnie szybki niczym Felipe Massa, ale też tracił panowanie nad nerwami jeszcze szybciej niż robił to jego rodak. Wiele pracy czeka go, by dobić do klasy Rubensa Barrichello – doświadczonego acz szybkiego – ale predyspozycje ma znakomite.
Nieco mniejsze posiadają zapewne Martinius Stenshorne, Marcus Amand czy Nikita Bedrin, lecz potencjał drzemie w każdym z nich. Stenshorne niebywale rozwinął się w drugiej części roku (dwa trzecie i dwa czwarte miejsce w siedmiu wyścigach); Amand potrafił błysnąć, a Bedrin z godną podziwu konsekwencją nadrabiał kwalifikacyjne straty.
W tak potężnej stawce (przez padok przewinęło się ponad 50 kierowców) nietrudno znaleźć też przykłady rozczarowujące. Nikhil Bohra wydawał się pewniejszym punktem US Racing i zawodnikiem, którego stać na więcej niż 13. miejsce na koniec roku. Brando Badoer nie istniał w pierwszej części sezonu, a kierowcy pokroju Jonasa Rieda czy Julesa Castro byli kompletnie bezradni. Nie brylował również Emerson Fittipaldi Jr., choć w wypadku rodaka Camary częściowo winę ponosić może wiek. Syn legendy F1 ma ledwie 15 lat.
Krok naprzód
Jak przystało na jeden z istotniejszych juniorskich czempionatów, warto również ocenić pracę promotorów, organizatorów i sędziów. Ludzie z ACI Sport i WSK Promotions, zawiadujący serią na co dzień, zdali egzamin. Wymagający pod wieloma względami sezon poprowadzono prawie bezbłędnie – prawie, albowiem cierniem w boku pozostaje odwołana 3. runda na Monzy.
Deszcz zmył pierwotne plany rozegrania zawodów, znacząco opóźniając zawody. Mankament ten, podobnie jak okazjonalne kilkunastominutowe poślizgi, wynikał częściowo z przedłużających się startów serii towarzyszących, m.in. FRECA, Italian GT Championship, Euroformula Open czy TCR Europe Touring Car Series.
Na zdecydowany plus wypadła z kolei jakość przekazu telewizyjnego (w social mediach nieco gorzej). Przy ograniczonej liczbie kamer zawody oglądało się przyjemnie, a realizatorzy zazwyczaj umiejętnie skupiali uwagę na najciekawszych kadrach. Aktualizowane na bieżąco czasy okrążeń czy klasyfikacja (nie tylko na stronie, lecz i w samej transmisji) tylko dodają zalet.
W świecie mediów elektronicznych to teoretycznie obowiązek, ale przecież kategoria F4 należy do marginesu popularnego motorsportu. Wystarczy policzyć, jak wiele artykułów o niej pojawiło się w polskich mediach, mimo pozytywnie nastrajających przecież występów Kacpra Sztuki. Uprzedzam pytania – niewiele.
Występów, które być może przeniosą się niebawem do F3. – Jeszcze nie wiem, co będę robił za rok, FIA F3 byłoby idealne, ale przy moim budżecie w tej chwili nie da się wystartować nawet we FRECE – wyjaśniał cieszynianin. Włoska F4 stanowiła dla niego dobre przetarcie, tak jak dla mnóstwa innych zawodników, potwierdzając swój status serii wyjątkowej. Za rok stanowić będzie poletko dla kolejnych wschodzących gwiazd, które mają już za sobą pierwsze testy.