Kto jest Dawidem, a kto Goliatem?
W zależności od tego jak spojrzeć na testy to można było powiedzieć, że albo Mercedes zaliczył kiepskie przygotowania, albo Red Bullowi poszły one bardzo dobrze. Trudno było uwierzyć w to, że Max Verstappen był bardzo blisko Mercedesa w treningach nie mówiąc o szoku, jakie wywołało jego komfortowe pole position w Bahrajnie. Jednakże Hamilton i Mercedes przechytrzyli swojego rywala strategicznie. To był ważny moment na drodze do zwycięstwa Brytyjczyka na inaugurację sezonu. Verstappenowi nie pomogło świetne tempo w końcówce, w której zaatakował swojego rywala po zewnętrznej czwartego zakrętu. Pech oraz specyficzne wytyczne odnośnie limitów toru przyczyniły się do tego, że na pustyni triumfował siedmiokrotny mistrz świata.
Jednakże trzy tygodnie później role w wyścigu się odwróciły. Tym razem to kierowca Red Bulla lepiej wystartował i jako pierwszy wpisał się do pierwszej szykany delikatnie uderzając Hamiltona. W dalszej części wyścigu obaj zawodnicy popełnili błędy, ale to ten w wykonaniu Hamiltona omal nie zakończył się brakiem punktów. Max Verstappen doprowadził swój samochód do mety na pierwszym miejscu i zrównał się punktami z Hamiltonem. Ten z kolei dowiózł drugie miejsce i zrozumiał, że ten sezon to nie będzie spacerkiem po parku.
Takowym jednak było GP Portugalii, w którym obaj zawodnicy ponownie się spotkali, ale tym razem to Verstappen musiał odpuścić. Tę bitwę wygrał Hamilton, ale nadal nikt nie wiedział kto z tej dwójki jest Goliatem, a kto Dawidem.
Mercedes i Hamilton zaskakują odwagą i… błędami
Często stawia się Red Bulla i Ferrari na dwóch krańcach jeśli chodzi o wyścigową sztukę strategii. Natomiast gdzie można na takiej skali osadzić ekipę z Brackley? To jest bardzo dobre pytanie, na które cztery kolejne wyścigi nie dały nam odpowiedzi.
Z jednej strony Mercedes nie bał się ściągnąć Hamiltona na drugi postój w drodze po świetne zwycięstwo w Barcelonie. Z drugiej powolne postoje, w dwóch kolejnych wyścigach przyczyniły się do utraty pozycji na torze w Monako oraz Baku. W tych dwóch wyścigach to Verstappen zdecydowanie był górą jeśli chodzi o osiągi. Oczywiście należy pamiętać, że w Azerbejdżanie Holender nie ukończył wyścigu po awarii ogumienia. Jednakże tego samego dnia Hamilton też nie zdobył punktów po tym jak startując z drugiego pola do restartu zapomniał anulować ustawienia „brake magic”.
Ważnym kamieniem milowym było podwójne strategiczne ogranie Mercedesa we Francji. Tamtego dnia to strategia dwóch postojów dala Red Bullowi zwycięstwo Verstappena oraz trzecie miejsce Pereza. Hamilton oraz Bottas, którzy wiernie trzymali się jednego postoju byli bezradni, gdy w końcówce mijały ich czerwone byki. Do dziś wszyscy zachodzą w głowę dlaczego Mercedes bał się poświęcić choćby Bottasa, aby ten pokrył Verstappena. Czy wówczas Fin uratowałby podium? Tego nie wiemy, ale on sam jest o tego w miarę pewien. Nawiązując do pierwszego rozdziału można było uznać, że Goliatem jest teraz Red Bull
Max Verstappen w siódmym niebie
Kolejne dwie rundy to wyścigi na Red Bull Ringu, które były najlepszym, co mogło się przytrafić Verstappenowi. Nie dość, że Holender z tych dwóch wyścigów wywiózł praktycznie pełną pulę punktów. To jeszcze jego najgroźniejszy rywal zdobył ich blisko o połowę mniej. To sprawiło, że w klasyfikacji generalnej Max Verstappen odskoczył swojemu rywalowi na 32 punkty. W tym momencie można było sobie przypomnieć sezony 2017 oraz 2018 i Sebastiana Vettela. Wówczas Niemiec w pewnym momencie był w podobnej sytuacji. Czy Red Bull oraz jego kierowca zdołają utrzymać taką dyspozycję do końca sezonu? A może się okaże, że Mercedes dokręci śrubę w kolejnych wyścigach jak robili to w przeszłości?
Słowo od autora. Przed rozdziałem czwartym
Jeśli do walki stają dwa lwy to pewne jest to, że żaden z nich nie odpuści i oboje wykorzystają swoje możliwości. Analogicznie jeśli w tym sporcie o tytuł walczą dwaj absolutnie topowi kierowcy to należy się spodziewać, że obaj wykorzystają wszystkie sztuczki jakie znają, aby z tej walki wyjść zwycięsko. Dodatkowo oboje na wzajem są świadomi tego, że ten drugi jest zdolny do wszystkiego.
Lwy rzucają się sobie do gardeł
Na Silverstone Mercedes zrozumiał, że żarty się skończyły i, że nie można pozwolić sobie na stratę kolejnych punktów. Obaj rywale dysponowali zbliżonym tempem, które wynikało z różnych konfiguracji ich samochodów. Jeżeli samochodem trudno zrobić różnicę to oznacza, że ta leży w rękach kierowców. Verstappen pokazał już na Imoli i w Barcelonie, że nie cofnie się przed niczym. To samo miało miejsce na Silverstone na starcie do sprintu oraz niedzielnego wyścigu.
Niestety w dniu walki o 26 punktów Holender zapomniał, że Hamilton jest ulepiony z tej samej gliny co on. Kontakt w zakręcie Copse na pierwszym okrążeniu posłał Verstappena na barierę z opon, co w ostatecznym rozrachunku bardzo pomogło Hamiltonowi. Kiedyś musiało do tego dojść! Wielokrotnie obaj panowie walczyli na torze o pozycję. Wtedy za każdym razem pojawiało się pytanie o to, kto jak postąpi, gdy ceną będzie mistrzostwo świata. Brytyjczyk wygrał pomimo kary przekazując Verstappenowi komunikat o tym, że on też nie odpuści.
Co w takiej sytuacji zrobił kierowca Red Bulla? Prawdopodobnie najlepsze co mógł, czyli nie dał się zastraszyć, a przynajmniej nie dał tego po sobie poznać. Nie dał też się zbić z tropu na Węgrzech, gdy na starcie Valtteri Bottas prawie zakończył jego wyścig w pierwszym zakręcie. To właśnie takie trudne wyścigi, gdy trzeba dowieźć pojedyncze punkty pokazują klasę kierowcy. Lewis Hamilton też nie miał łatwego popołudnia, gdy okazało się, że jego strategia na przesychającym torze w pewnym momencie zepchnęła go na koniec stawki. Mimo to te dwa wyścigi zdecydowanie zakończyły się na korzyść Lewisa Hamiltona. Brytyjczyk nie tylko zredukował przewagę Verstappena, ale i przejął prowadzenie w mistrzostwach świata.
Verstappen przejmuje inicjatywę
W tym momencie to Holender stał się myśliwym i to bardzo skutecznym, ponieważ najbliższe półtora wyścigu padło jego łupem. Dlaczego półtora? GP Belgii trudno uznać za pełnoprawny wyścig. Natomiast w Holandii zobaczyliśmy totalną dominację faworyta publiczności.
Podobnie miało być na Monzy, na której Holender może nie miał dominującej formy. Jednakże umiał on skorzystać na prezencie od losu w postaci słabego startu Hamiltona do sprintu oraz kary dla Valtteriego Bottasa przed niedzielnym wyścigiem. Jednakże tym razem to Holender napotkał na problemy przy zmianie opon. Na jego szczęście kiepski postój zaliczył także Hamilton, z którym spotkał się w pierwszej szykanie, gdy Brytyjczyk wrócił na tor. Czy tym razem któryś z nich odpuścił? Absolutnie nie! Tym razem obydwaj zawodnicy zakończyli ściganie w żwirze, ale to Verstappen dostał karę. Jednakże plan minimum w postaci utrzymania prowadzenia w mistrzostwach świata kierowców został wypełniony.
Natomiast plan maksimum udało się Holendrowi zrealizować w Soczi. Tam wywalczył drugie miejsce w wyścigu po starcie z końca stawki po wymianie silnika. Mimo że Lewis Hamilton odniósł fantastyczne zwycięstwo, to jednak Red Bull wysłał ważny komunikat: tej siły tak łatwo nie powstrzymacie.
Analogiczny komunikat padł ze strony Mercedesa, gdy w Turcji role się odwróciły i to Hamilton ruszał z dalszej części stawki po karze za dodatkowe elementy jednostki napędowej. Dodatkowo mocny występ zaliczył wtedy Valtteri Bottas, który w tamten weekend był idealnym skrzydłowym, który odebrał zwycięstwo Verstappenowi. Dobrą pracę wykonał także Sergio Perez. Meksykanin dowiózł podium za swoim partnerem zespołowym z Red Bulla, czym też odebrał punkty Hamiltonowi. Jednakże szachy przy użyciu drugich kierowców mają dopiero nadejść.
Tytuł Holendra wydaje się być kwestią czasu, ale…
W USA i Meksyku Max Verstappen nawiązał do swoich występów z Austrii odnosząc dwa zwycięstwa. Jednakże nie obyło się bez błędów, które zmusiły ich do dodatkowego wysiłku. Na torze COTA Lewis Hamilton doskonale skorzystał z drugiej pozycji startowej, która pozwoliła mu przejąć prowadzenie na pierwszym stincie. Na jego nieszczęście Red Bull był w tym momencie zbyt szybki zarówno na torze jak i w alei serwisowej.
Natomiast dwa tygodnie później w Mexico City Srebrne Strzały pokazały pazur w kwalifikacjach kwalifikując obydwa samochody przed Red Bullami. To wprawiło w osłupienie prawie wszystkich, ponieważ Czerwone Byki były faworytami czasówki. Jednakże okazało się, że temperatura toru wzrosła co pomogło Mercedesom w zdobyciu pierwszego rzędu. Mimo zaskakującej porażki, Red Bull nie dał się wybić z tropu i w niedzielę popołudniu to ich reprezentant zameldował się w pierwszej szykanie na prowadzeniu. Na nic zdała się „ściana” jaką utworzyli Hamilton i Bottas ze swoich samochodów. Verstappen po prostu wszedł w lukę i ją wykorzystał. Jakby tego było mało to Fin nie dowiózł punktów po kolizji na starcie. Natomiast Hamilton musiał nadwyrężać swoją jednostkę napędową podczas obrony drugiej pozycji przed Perezem. W tym momencie to zaczyna wyglądać na scenariusz, w którym Red Bull ma już pełną kontrolę nad sytuacją i odebranie mistrzostwa świata Hamiltonowi jest tylko kwestią czasu, ale…
Hamilton wyprowadza dwa ciężkie ciosy
W tym momencie siedmiokrotny mistrz świata pokazał, że siedem tytułów nie wzięło się znikąd. W Sao Paulo zobaczyliśmy Lewisa Hamiltona w formie sportowej i psychicznej porównywalnej z końcówką sezonu 2016. Nie powstrzymała go ani dyskwalifikacja za nieregulaminowe tylne skrzydło, ani kara po sprincie za założenie dodatkowej jednostki spalinowej. W tamten weekend nawet defensywa Maxa Verstappena nie wystarczyła, aby pokonać Hamiltona w drodze do zwycięstwa, choć Holender bronił się w sposób, który wzbudzał i nadal wzbudza kontrowersje. Tydzień później w Losail Hamilton również nie miał sobie równych.
W Arabii Saudyjskiej wydawało się, że Hamilton znowu będzie w swojej lidze. Jednakże Max Verstappen wyczuł, że traci grunt pod nogami i musi wspiąć się na kolejny poziom, aby nie wypuścić tytułu z rąk.
Walka pomiędzy stadami
W sytuacji, w której na dwa wyścigi przed końcem sezonu dwóch kierowców walczących o mistrzostwo świata dzieli osiem punktów nie wystarczy wznieść się na szczyt możliwości jako kierowca. W takiej sytuacji potrzeba jeszcze zespołu, który stanie murem za kierownicą na torze oraz u sędziów.
Takie wsparcie dostali obaj kierowcy, gdy praktycznie rzucili się sobie do gardeł w walce o zwycięstwo w dwóch ostatnich rundach mistrzostw świata. W większości ich spotkań na torze potrzebna była interwencja sędziów, ponieważ obaj walczyli o każdy centymetr toru. W takiej sytuacji można być pewnym tego, że któraś ze stron będzie niezadowolona z pracy sędziów i spróbuje szukać sprzymierzeńca w przepisach. Jeśli pierwsze dwadzieścia wyścigów to była walka dwóch lwów przy wsparciu ich „stad” to ostatnie dwa wyścigi to była walka pomiędzy tymi stadami. W takiej sytuacji gra się już wszystkim czym się da i tak też zrobił Red Bull. Austriacki zespół maksymalnie wykorzystał położenie strategiczne Sergio Pereza, który spowalniał Hamiltona, aby ten wpadł w sidła Verstappena, który nie był w stanie sam wygrać wyścigu na torze.
W walce pomiędzy dwoma stadami liczy się nie tylko czysta siła i umiejętności, ale i okoliczności oraz odrobina szczęścia. Do takowych można zaliczyć neutralizację, która była darem od losu dla Red Bull Racing, które chwyciło się niego niczym ostatniej deski ratunku. Wyjazd samochodu bezpieczeństwa dał Verstappenowi możliwość zjazdu na zmianę opon, które Holender mógł wykorzystać w decydującym pojedynku. To one pomogły zadać mu decydujący cios, który ostatecznie powalił Lewisa Hamiltona i zadecydował o zwycięstwie. Kierowca Mercedesa nie mógł już nic zrobić tylko patrzeć jak młoda krew strąca go z tronu i ostatecznie triumfuje na przestrzeni sezonu 2021.