Format, który nie dowozi
Sezon 2021 oprócz niesamowitej walki o tytuły mistrzowskie rozgrywającej się pomiędzy kierowcami Mercedesa i Red Bulla upłynął na dyskusji o tym, czy seria podejmuje dobrą decyzję, ingerując w zmiany formatu weekendowego. Mianowicie trzy rundy kończącego się już sezonu miały „przyjemność” stać się organizatorem pierwszych w historii wyścigów sprinterskich. Jak pamiętamy, arenami zmagań zostały szybkie tory, które w teorii pozwalają na wiele manewrów. Innowacyjna idea sprintów pojawiła się w harmonogramie weekendów na Silverstone, Monzy i Interlagos. Ich idea była prosta i być może zbyt prosta.
Kwalifikacje wyjątkowo odbywały się w piątek po zaledwie jednej sesji treningowej. Drugi trening w sobotę rano poprzedzał danie główne, czyli wyścigi sprinterskie, które odbywały się na dystansie 1/3 głównego wyścigu, nieprzekraczającym sto kilometrów. Dodatkowy wyścig nie wymagał odbycia wizyty w alei serwisowej, a jego jedynym zadaniem było ustawienie stawki do niedzielnych zawodów. Pominięto wszelkie udziwnienia takie jak odwracanie stawki lub osobna klasyfikacja punktowa. Zwłaszcza dlatego, że zdecydowano się nagradzać tylko najlepszą trójkę.

Fot. Mercedes-AMG F1 / Valtteri Bottas został nieoficjalnym mistrzem sprintów. Fin wygrał dwa krótkie wyścigi
Wyścigi sprinterskie wiązały się więc z dużym ryzykiem i małą nagrodą. Przekonali się o tym Sergio Perez i Pierre Gasly, którzy zakwalifikowali się wysoko w piątek, ale stracili wszystko przez incydenty w sprincie i tym samym ruszali do niedzielnego wyścigu z końca stawki. Meksykanin doświadczył tego w Wielkiej Brytanii, a Francuz na Monzy. Właśnie dlatego kierowcy mocno oszczędzali się w sobotnich zawodach i raczej trzymali swoją pozycję, zamiast wyprzedzać na siłę. Sprawiło to, że sprinty nie przyniosły żadnych emocji.
Kłamstwo goni kłamstwo
Szanowany w padoku Formuły 1 Ross Brawn stwierdził jednak coś zupełnie innego. Dyrektor zarządzający F1 uważa, że sobotnie wyścigi były ogromnym sukcesem i podobały się niemal wszystkim. Jest to oczywiście fałszywe stwierdzenie, bowiem wystarczy poszukać komentarzy pod oficjalnymi postami serii, by zobaczyć, że sytuacja jest zgoła inna. Warto również wziąć pod uwagę zdanie kierowców, które mimo wszystko powinno być najważniejsze. Oni też wielokrotnie wypowiadali się w negatywny sposób na temat tej niepotrzebnej zmiany formatu.
Brawn wypowiedział jednak jedno bardzo ważne zdanie, które pokazuje, co jest najważniejsze. Każdy promotor wyścigu chce zorganizować sprint. Jak można się więc było domyśleć od samego początku, w całym przedsięwzięciu chodzi o pieniądze. Dlatego seria, zamiast porzucić ten pomysł brnie w niego dalej. Wiele dobrych źródeł, w tym przede wszystkim „Autosport”, donoszą o tym, że zespoły poznały plan sprintów na sezon 2022. Prezentuje się on następująco.
| Wyścig | Tor | Planowana data |
|---|---|---|
| GP Bahrajnu | Sakhir International | 19 marca 2022 |
| GP Emilii Romanii | Imola | 23 kwietnia 2022 |
| GP Kanady | Montreal | 18 czerwca 2022 |
| GP Austrii | Red Bull Ring | 9 lipca 2022 |
| GP Holandii | Zandvoort | 3 września 2022 |
| GP Brazylii | Interlagos | 12 listopada 2022 |
Złe wybory
Jak widzimy, liczba sprintów podwoiła się do sześciu specyficznych weekendów w sezonie. Jest to więc już mniej więcej 1/4 i tak niezwykle napakowanego wyścigami kalendarza. Wybory również nie napawają optymizmem.
O ile Austria i Brazylia wyglądają rozsądnie ze względu na swój prosty układ pozwalający na szybką jazdę i wyprzedzanie, to do każdego z pozostałych torów można się przyczepić. Tor Sakhir w Bahrajnie to bardzo strategiczny obiekt, który już wielokrotnie pokazywał, że dobry dobór opon może pomóc pokonać szybszego rywala. Dlatego właśnie organizowanie tam wyścigu bez pit-stopu mija się z celem. Warto zaznaczyć też, że runda ta otwiera sezon, a Brawn zapowiadał, że sprintu nie ujrzymy w pierwszym wyścigu 2022.
Sprint w Kanadzie również budzi wiele znaków zapytania. Formuła 1 nie ścigała się tam od 2019 roku, więc dla wielu kierowców będzie to pierwsze obcowanie z torem w Montrealu. Ponadto wystarczy przypomnieć walkę Lewisa Hamiltona z Sebastianem Vettelem w ostatnim rozegranym tam wyścigu, by uświadomić sobie, że wcale nie jest to łatwy tor do wyprzedzania. Brytyjczyk znajdował się przez pół wyścigu w DRS’ie swojego rywala z Ferrari, a i tak nie był w stanie go wyprzedzić. Wygrał tylko dlatego, że Vettel otrzymał pamiętną karę czasową.
Najbardziej absurdalny jest jednak widok Imoli oraz toru Zandvoort. Te dwa niezwykle wąskie tory są wrogami manewrów wyprzedzania i jeśli wyścigi nie będą z jakiegoś powodu chaotyczne, to należy się spodziewać tak zwanej procesji. W tej sytuacji prawdopodobnie nie są nawet w stanie pomóc zmiany aerodynamiczne, które ujrzymy wraz z wejściem sezonu 2022.
Gdzie powinny się odbyć sprinty i jak uratować ich dobre imię?
Bardzo dziwnym jest brak wyścigu sprinterskiego, podczas którejkolwiek z rund rozgrywanych w Stanach Zjednoczonych. Debiutujące w przyszłym roku Miami jest oczywiście absolutną zagadką, ale tor w Austin jest znany na wylot i nie raz w przeszłości pozwolił na emocjonujące ściganie. Sprint nie odbędzie się również w Arabii Saudyjskiej na mocno eksploatowanym najszybszym torze ulicznym w historii. Ponadto patrząc na Europę, Silverstone oraz Spa wydają się być rozsądniejszymi wyborami, niż wspomniane wcześniej Zandvoort oraz Imola.
Jedyną nadzieją dla sprintów jest to, że zostaną w nich wprowadzone spore zmiany, które sprawią, że będzie o co walczyć. Punktacja dla pierwszej dziesiątki, osobna klasyfikacja czy ściganie z odwróceniem stawki to tylko niektóre przykłady tego, co może być zrobione, by jakkolwiek uratować ten pomysł, który na ten moment jest jednym z najgorszych tworów w historii Formuły 1.