MP Motorsport – druga po Van Amersfoort Racing holenderska stajnia dominująca krajowy rynek młodych talentów – wspięła się w sezonie 2022 na wyższy poziom. Statystyki to tylko wierzchołek góry lodowej, a podobieństw z sezonem rodzimej ekipy jest znacznie więcej. MP zabrakło olśniewających rezultatów, systematyczność też nie była mocną ich stroną, ale pełna mobilizacja znalazła ujście w przygotowaniu naprawdę szybkiej maszyny.
Szybkiej na tyle, że lider ekipy potrafił zwyciężać i postraszyć nawet tych walczących o tytuł mistrza świata. Debiutant mógł natomiast okazjonalnie rozwinąć skrzydła i dołożyć nieco punktów. MP jest w dużej mierze wolne od rozterek pt. co poszło nie tak i może spoglądać z nadzieją w kierunku przyszłego roku. Jako zespół środka stawki spisali się nieźle, ale do czołówki jeszcze trochę brakuje.
Tranzyt bez większych turbulencji
MP powoli nabiera profesjonalizmu potrzebnego do działania na obu szczeblach bezpośredniej ścieżki do F1. W Formule 2 wyraz temu przez swą wybitną postawę dał temu wyraz Felipe Drugovich. W F3 kłopotów było więcej, lecz nie przysłoniły one wyraźnych postępów. I to postępów większych niż przemalowanie jednego z samochodów na jaskrawą czerwień.
Zalicza się do nich przede wszystkim najnowszy program, Accelerating Talent, z którym zespół wystartował w okresie zimowym. W jego ramach stajnia wychodzi naprzeciw potrzebom kierowców i poprzez współpracę z firmami spoza wyścigowego świata, zwalnia ich z odpowiedzialności wnoszenia do budżetu określonej kwoty w dolarach.

Niebieski kolor malowania MP wynikał tym razem ze wsparcia Alpine. Zachowano jednak tradycyjne akcenty | Fot.
Z punktu widzenia pryncypium jest to scenariusz wybitny, choć na jego efekty zapewne będzie trzeba poczekać co najmniej kilka lat. Lat, w trakcie których każdy z trójki tegorocznych jeźdźców MP nabędzie doświadczenia negującego status juniora w ścisłym tego słowa znaczeniu. Do pozostającego na drugi rok Caio Colleta dołączyli wszakże 22-letni Hindus Kush Maini oraz startujący pod neutralną flagą Alexander Smolyar. Zamienił się on miejscami w stajni ART z Victorem Martinsem.
Tym sposobem MP zerwało z kilkuletnią tradycją zatrudniania „narodowego” kierowcy. Wcześniej w barwach ekipy prezentowali się (w większości z pozytywnym skutkiem) Richard Verschoor, Bent Viscaal czy Tijmen van der Helm. Katastrofalny rok tego ostatniego mógł jednak spowodować, że MP sięgnęło po bardziej międzynarodowy kolektyw, dość skuteczny w stawaniu na podium.
W ręce stajni wpadło 9 pucharów za czołową trójkę, co stanowi ich najlepszy rezultat w historii. Poza tym, punktowali kolejne 17 razy, a największa w tym zasługa Brazylijczyka Colleta, tyleż szybkiego, co nieprzewidywalnego.
Widowiskowy i (zbyt) agresywny
Sezon Brazylijczyka – co typowe dla jego kariery – był słodko-gorzki. Błędy przeplatały się z wyśmienitymi występami, świetne okrążenia z brakiem tempa, a chłodna kalkulacja z wiodącą na manowce nadgorliwością i nieuwagą. Dzięki pierwszemu zestawowi cech triumfował bez problemu na Węgrzech i w Holandii. Przez ten drugi stracił niemal pewne drugie miejsce na Imoli, gdy zderzył się na ostatnim okrążeniu z Isackiem Hadjarem.
Labilność Colleta stanowi bodaj największą jego wadę. Drugą była niezdolność do połączenia świetnej formy ze sprintów z formą z wyścigów głównych. Junior Alpine ewidentnie upodobał sobie krótsze formy. Zdobył podczas nich wszystkie sześć podiów, często wydając się wręcz nieosiągalnym, a swoje dwa triumfy okrasił najszybszymi okrążeniami. Tymczasem w wyścigach głównych jedynymi wartymi odnotowania osiągnięciami są pole position na Spa-Francorchamps i czwarte miejsce z Silverstone.

Brazylijczyk prezentował się nieźle, ale wielkiego kroku naprzód nie poczynił. Mimo zwycięstw, zdobył pięć punktów mniej niż w poprzednim roku | Fot. The Race / Twitter
Gdyby rund równie owocnych, co ta z Silverstone, przyszło więcej, Collet mógłby zapewne walczyć o tytuł. Punktowo jego sytuacja nie wygląda jednak szczególnie zachęcająco. Za kluczowy, niedzielny moment weekendu kierowca zgarnia punkty odpowiadające systemowi stosowanemu w F1. Za triumf w sprincie dostaje tymczasem li tylko 40% nagrody za rundę główną. Collet punktował w 5 z 9 takowych, zdobywając 36 oczek. Łatwo policzyć, iż na sprintach zyskał więcej, gdyż swój dorobek za cały sezon zamknął na 88 punktach.
Jego los podzielił Alexander Smolyar. Doświadczenie Rosjanina procentowało – dwukrotnie stawał na pole position, trzykrotnie na podium, raz zwyciężał we wspaniałym stylu. Sęk w tym, że uwzględniając znajomość serii, nie sposób sezonu Smolyara potraktować ulgowo – a potraktowany poważnie wypada miernie. W sześciu wyścigach nie liczył się kompletnie, kilkukrotnie kończył w odmętach dziesiątki. Czystym tempem był jedynie tłem dla zawodnika z Kraju Kawy.
Smolyar poniżej oczekiwań
Rosjanin na wyżyny wszedł ledwie raz – na Hungaroringu. MP do perfekcji opanowało techniczny obiekt, wyciągając wnioski po koszmarnym sezonie 2021. Wtedy w żadnym z trzech wyścigów żaden z trójki kierowców nie dowiózł choćby punktu. Tym razem Smolyar zdobył pierwsze pole startowe i wygrał, a podium dowieźli jego koledzy. Pod Budapesztem stajnia zdobyła 54 ze 195 punktów.
Rosjanin poradził sobie tam świetnie, ale na drugim z wymagających torów – Zandvoort – poszło mu znacznie gorzej. Na przestrzeni roku miał naturalnie wiele problemów, m.in niepewność co do przyszłych startów. Z pewnością brakowało mu też „małej rodziny”, czyli scalonej i doskonale się rozumiejącej grupki inżynierów, którą odnalazł w ART. Nie pomogła też przymusowa przerwa między rundami – musiał opuścić zawody na Silverstone, gdyż Brytyjczycy nie przyznali mu wizy. Zastąpił go Rumun Filip Ugran, ale i on sceny F3 nie zawojował.
Trudno jednak uzasadniać tym szarpane tempo i rezultaty wahające się od znakomitych do koszmarnych. Smolyar dobrze spisywał się pod Barceloną, kilka punktów zdobył na Red Bull Ringu, lecz nie istniał na Monzy i zbyt często zdarzały mu się kosztowne wpadki. Z tak dużym doświadczeniem zwyczajnie nie sposób złożyć klęsk jedynie na karb kłopotów licencyjnych. Tym bardziej, iż sam zawodnik przyznał, że do sezonu przygotował się normalnie.
– Wiedziałem, że wszystko może się zdarzyć, więc byłem na wszystko gotowy […] Nie wpłynęło to na moje przygotowania. Staram się nie myśleć o tym zbyt wiele, skupiam się na ściganiu. To trudne czasy, ale koncentruję się na pracy, to wszystko – odpowiadał, gdy zapytano go, czy sytuacja rosyjskich kierowców zakłóciła jego plan treningowy.
Zakłóceń nie miał jego kolega, Kush Maini. Hindus może pozwolić sobie na lekki uśmiech, oceniając swe tegoroczne starty. Nie był to jego pierwszy rok w kategorii F3 – startował dotąd w jej wersji brytyjskiej oraz azjatyckiej – ale przebył go gładko, finiszując aż 17 z 18 wyścigów. I tylko wyścigowej ogłady brakowało.
Lepszy debiutant niż wyjadacz?
Do serii wszedł z drzwiami, kwalifikując się na trzeciej pozycji do GP Bahrajnu i gdyby nie kara za ominięcie stanowiska kontroli wagi, być może stanąłby na podium już w debiucie. Gorąca krew dała też o sobie znać na Imoli. Wyglądał tam na jednego z faworytów wyścigu sprinterskiego, ale nie zmieścił się w granicach pól startowych. Sędziowie nie bawili się w półśrodki. Musiał odbyć karę przejazdu przez aleję serwisową.
W dalszej części roku Maini w czasówkach prezentował się bardzo dobrze, kilkukrotnie wpadając do pierwszej dziesiątki w niezwykle zbitej stawce. Na Silverstone stracił ledwie 0,333 sekundy do zdobywcy pierwszego pola, a zepchnęło go to na 10-te miejsce. Potem kilkukrotnie nagiął limity toru i po raz kolejny został ukarany.

Do stajni powrócić może Franco Colapinto. Argentyńczyk startował dla MP m.in. w serii FRECA, wziął też udział w posezonowych testach właśnie zakończonego sezonu | Fot. MP Motorsport / Twitter
10-te miejsce, ale w klasyfikacji generalnej, zajął Smolyar. Nie wiadomo, czy Rosjanin liczyć może na kontynuację współpracy z MP, zwłaszcza iż Maini, wyłączając błędy, kilkukrotnie pokazywał symptomy dobrego tempa. Hindus nie zanotował co prawda wyraźnej zwyżki formy (w przeciwieństwie do Colleta), lecz nie odstawał też zanadto od innych debiutantów.
Pewne jest tylko jedno – MP Motorsport potrzebuje solidnego lidera. Na rynku jest kilka wybitnych talentów, ale większość powiązanych jest z innym stajniami, z kolei wybór kogoś ze swojego poletka F4 wydaje się wciąż zbyt ryzykowny. Transferowe zagrywki dopiero się rozpoczęły i na ostateczny werdykt będzie trzeba poczekać. Holendrzy zdecydowanie mają na czym budować – pozostaje im szukać dobrych rzemieślników i ustabilizować dyspozycję.