Czego szukasz?

IndyCar

Greg Moore: Tragiczna historia ulubieńca Ferrari | Legendy motorsportu

Miał zaledwie 24 lata, kiedy zginął w jednym z najgorzej wyglądających wypadków w historii motorsportu. Mimo to do dziś uważany jest za jednego z najbardziej utalentowanych kierowców, jakich kiedykolwiek było dane nam oglądać. Oto tragiczna historia Grega Moore’a, którego zdążyli pokochać Jackie Stewart, Jean Todt czy Frank Williams.

Greg Moore CART

Greg Moore i jego początki

Kanadyjczyk urodził się 22 kwietnia 1975 roku w New Westminster i od dziecka marzył o tym, aby zostać kierowcą wyścigowym. Pasją do motorsportu zaraził go jego ojciec, który miał okazję kilkukrotnie rywalizować samochodami serii Can-Am. W wieku 6 lat Rick Moore podarował swojemu synowi pierwszego gokarta. Wkrótce potem Kanadyjczyk oprócz jazdy w kartingu, rozpoczął swoją przygodę z hokejem na lodzie. W obu dyscyplinach sportu uznawany był za wielki talent. Mając 14 lat, Greg Moore musiał wybrać pomiędzy hokejem a motorsportem. Postawił na to drugie, gdzie od początku kariery startował z numerem 99.

Rekord Indy Lights

W 1993 roku 17-latek zadebiutował w serii Indy Lights. Nie obyło się jednak bez kontrowersji. W bezpośrednim przedsionku serii CART można było rywalizować bowiem od 18. roku życia. Tym samym, aby móc wystartować w kilku pierwszych wyścigach sezonu, musiał uzyskać specjalną zgodę od władz serii. Dzięki znakomitym wynikom w kartingu i Formule Ford uzyskał ją.  W debiutanckim dla siebie sezonie Moore w klasyfikacji kierowców zajął 9. miejsce z dorobkiem 64 punktów. W następnym roku poszło mu jeszcze lepiej, gdyż 3-krotnie zdołał zwyciężyć wyścig i na koniec sezonu 1994 zajął 3 miejsce w tabeli.

Prawdziwa eksplozja formy kierowcy z Kraju Klonowego Liścia nastąpiła w 1995 roku. W 12 wyścigach Greg Moore triumfował aż 10-krotnie, a dodatkowo raz zajął drugie miejsce na ulicznym torze w Detroit. Tym samym pobił rekord zwycięstw w jednym sezonie Indy Lights, który do tamtej pory należał do Paula Tracy’ego. Rodak Moore’a w sezonie 1990 wygrał 9 wyścigów na 14 rozegranych. Tracy po wielu latach wyznał, iż wyczyn kierowcy z New Westminster zszokował go.

Rekord Moore’a w sezonie 2021 wyrównał Amerykanin Kyle Kirkwood. Wyczyn protegowanego Andretti Autosport jest biorąc pod uwagę okoliczności nieco mniej imponujący. 23-latek podczas niedawno zakończonej kampanii Indy Lights rywalizował bowiem w aż 20 wyścigach. Kanadyjczyk jest za to do tej pory samotnym liderem klasyfikacji wszechczasów bezpośredniego przedsionka IndyCar. Greg Moore podczas rywalizacji na tym poziomie wygrał 13 wyścigów. Z 10. wygranymi drugie miejsce w tym zestawieniu zajmują ex aequo Tommy Byrne, Alex Lloyd, Kyle Kirkwood oraz Paul Tracy.

Greg Moore i debiut w serii CART

Zespół Player’s/Forsythe Racing słusznie zauważył, iż w swoich szeregach posiadają niesamowitego kierowcę. Tym samym na sezon 1996 Kanadyjczyk awansował do serii CART. Debiutancki rok był całkiem udany dla niego. Moore bowiem z dorobkiem 84 punktów zajął 9. miejsce i dzięki temu był drugim najlepszym debiutantem roku. Moore 3-krotnie stawał na podium. Pierwszy raz ukończył wyścig w czołowej trójce na australijskim torze Surfers Paradise. Na tym legendarnym już obiekcie kierowca z Kanady wpadł na metę tylko za Jimmym Vasserem.

Greg Moore Australia 1996

Fot. History on IndyCar / Moore jedzie po pierwsze podium

Z kolei na torach w Nazarethie i Cleveland zajmował trzecie miejsce. Debiutancki sezon nie był jednak perfekcyjny. Zawodnik bowiem aż 7-krotnie nie dojechał do mety. 3-krotnie wynikało to z jego błędów, a 4-krotnie z powodu problemów mechanicznych.

Na torze w Rio de Janeiro Kanadyjczyk w efektownym stylu wypadł z trasy po tym jak nacierał na niego Andre Ribeiro, który w ostatecznym rozrachunku wygrał tamte zmagania, w Mid-Ohio na ostatnim okrążeniu Moore zderzył się ze zwycięzcą z Rio. Kierowca ekipy Player’s/Forsythe Racing chciał szalonym manewrem wyprzedzić Latynosa, lecz przeliczył się i obaj wylądowali w żwirze. Na torze Road America obaj panowie po raz kolejny starli się ze sobą. W najszybszej partii toru kierowca z New Westminster próbował minąć Ribeiro. Zrobił to jednak na tyle niefortunnie, iż zawadził o trawę. Następnie uderzył w barierę i sunął przez kilkaset metrów dopóki nie zatrzymał się na bandzie ułożonej z opon. Wtedy doszło do jednej z najbardziej kultowej sceny w historii CART. Moore bowiem zdjął kask i stanął na krawędzi toru wyrażając swoje niezadowolenie. 

 

Podczas wyścigu w Michigan mając szansę nawet na wygraną, z wyścigu wyeliminowała go efektowna awaria silnika. Mimo tych kilku błędów i nieszczęść niemal każdy był pod wrażeniem wielkich umiejętności zawodnika.

 

Obawy przed sezonem 1997

Na ten rok ekipa Forsythe Racing planowała dokonać zmian. Zespół przed rozpoczęciem kampanii chciał zmienić dostawcę nadwozia z Reynarda na Lolę. Okazało się, iż taki ruch był nieopłacalny, ponieważ w czasie testów nowa maszyna sprawiała wiele problemów. Tym samym postanowiono zostać przy aktualnym dostawcy i była to bardzo dobra decyzja. Podczas inauguracji sezonu w Miami, Moore zajął bowiem 4. miejsce popisując się w czasie rywalizacji kilkoma szalonymi manewrami wyprzedzania. W następnym wyścigu rozgrywanym w Australii, Kanadyjczyk zajął 2. miejsce. Rywalizacja na torze Surfers Paradise została jednak naznaczona poważnym wypadkiem Christiana Fittipaldiego, który w jej trakcie połamał obie nogi.

ZOBACZ TAKŻE
Mario Andretti - urodzony po to, aby się ścigać | Legendy motorsportu

Po dwóch mniej udanych wyścigach w Long Beach i Nazareth kierowca z Kraju Klonowego Liścia wrócił na podium w Rio de Janeiro, gdzie zajął 2. miejsce. A najlepsze miało dopiero nadejść.

Dwie wygrane z rzędu

Tor Milwaukee Mile to specyficzny owal. Jest on bowiem stosunkowo krótki, lecz da się na nim wyprzedzać bez najmniejszych problemów. W 1997 roku udowodnił to Greg Moore. Kanadyjczyk do rywalizacji przystępował z 5. pozycji. Na 32. okrążeniu popisał się odważnym manewrem wyprzedzania. Na wejściu w 3. zakręt zawodnik z Kraju Klonowego Liścia po zewnętrznej minął 3 rywali i awansował na 3. miejsce. Chwilę później w podobny sposób dorwał Mauricio Gugelmina. Tym samym przed Moore’m znajdował się tylko Paul Tracy. Na 39. okrążeniu młodszy z Kanadyjczyków wyprzedził starszego i objął prowadzenie. Po pit-stopie wykonanym w czasie neutralizacji zawodnik ekipy Penske odzyskał prowadzenie, lecz stracił je jednak na początku 87. kółku kiedy to 22-latek wyprzedził go na prostej start/meta. 

ZOBACZ TAKŻE
Scott Dixon - sześciokrotny mistrz IndyCar | Legendy motorsportu

Na 108. okrążeniu Moore po raz ostatni pojawił się w alei serwisowej. I tu objawiła się jego niezwykła zdolność do zarządzania paliwem. Kierowca ekipy Forsythe Racing zdołał bowiem przejechać ostatnie 92 pętle toru i odpierając w samej końcówce ataki Michaela Andrettiego, zdołał wygrać wyścig. W tamtym momencie stał się tym samym najmłodszym zwycięzcą wyścigu serii CART. Kierowca z Kraju Klonowego liścia dokonał tego mając 22 lata, miesiąc i 10 dni. Jego rekord przetrwał do 2001 roku kiedy to Scott Dixon wygrał wyścig w Nazareth.

Umiejętne zarządzenie paliwem przydało mu się także podczas następnego w Detroit. Na ostatnim okrążeniu kierowca Forsythe Racing jechał na 3. pozycji. Na przeciwległej prostej lider wyścigu Mauricio Gugelmin niespodziewanie zatrzymał się w jej połowie, gdyż zabrakło mu paliwa. Przy dohamowaniu do ostatniego zakrętu Greg Moore pokusił się o szalony atak i dzięki temu wyprzedził Marka Blundella, który kilka sekund później podzielił los Brazylijczyka. Drugie zwycięstwo z rzędu w tak dramatycznych okolicznościach zszokowało wszystkich, bowiem dawno nie było takiego finiszu jak ten.

 

Dalsza część sezonu w wykonaniu Kanadyjczyka nie była już tak udana i w klasyfikacji kierowców zajął 7. miejsce z dorobkiem 111 punktów.

Greg Moore miał propozycję od Williamsa

Greg Moore szybko stał się międzynarodową gwiazdą, a wiele osób ze środowiska F1 zainteresowało się nim. Na początku 1997 roku Frank Williams szukał kolejnej gwiazdy CART, którą mógłby zwerbować do swojego zespołu w postaci testera z możliwością stania się zawodnikiem na pełny etat w ciągu kilku sezonów. Taką drogę odbył rodak Moore’a – Jacques Villeneuve. Syn legendarnego Gillesa po sukcesach w USA w już debiutanckim sezonie w F1 został wicemistrzem świata.

Widząc podobny talent w kierowcy z New Westminster, Williams postanowił zawalczyć o zawodnika. Doszło nawet do rozmów, lecz powiedziano mu, że Moore ma ważny kontrakt z Forsythe Racing i nigdzie się nie rusza. W tym samym sezonie Kanadyjczyk został poproszony przez Canadian Broadcasting Corporation o bycie ekspertem wraz z Jackie’m Stewartem podczas transmisji Grand Prix Kanady w 1997 roku. Jednak władze Formuły 1 do tego nie dopuściły, gdyż jak dobrze wiemy kierowca z kraju Klonowego Liścia był zawodnikiem CART. W latach 90. XX wieku trwała wielka rywalizacja pomiędzy obiema seriami. W związku z tym gościnny występ Moore’a byłby niedopuszczalny z marketingowego punktu widzenia. Wielu fanów było zawiedzionych całą tą sytuacją, lecz nikt nie mógł nic z tym zrobić.

ZOBACZ TAKŻE
Historia IndyCar - Akt III - CART: Seria, która dorównała i przebiła F1

Greg Moore i jego sezon życia

Rok 1998 słusznie uznaje się za najlepszy w karierze Kanadyjczyka. Zawodnik z New Westminster 6-krotnie bowiem stawał na podium, z czego wygrał 2 wyścigi rozgrywane na torach w Rio de Janeiro, gdzie stoczył wspaniałą walkę z Alexem Zanardim, i Michigan. W efekcie w klasyfikacji kierowców zajął dobre 5. miejsce z dorobkiem 141 punktów. Po kilku pierwszych wyścigach sezonu, wydawało się iż 23-latek włączy się do walki o mistrzostwo. Jednak tradycyjne w jego przypadku problemy w drugiej części kampanii, spowodowały że Kanadyjczyk po raz kolejny zakończył mistrzostwa poza czołową trójką. 

 

Chociażby w Mid-Ohio w alei serwisowej kierowca z Kraju Klonowego Liścia uderzył w tył bolidu Alexa Ribeiro, gdyż nie miał żadnej możliwości ucieczki. Moore po tym wydarzeniu był wściekły. 

 

Wygrana U.S 500

Wyścig rozgrywany na owalu w Michigan był perłą w kalendarzu CART. Organizatorzy zmagań bowiem wypłacali potężną nagrodę finansową dla jego zwycięzcy. Do edycji rozgrywanej w 1998 roku, Greg Moore przystępował z 7-mego rzędu. W czasie rywalizacji systematycznie piął się do przodu. Na 155. okrążeniu doszło jednak do sytuacji, która mogła go kosztować walkę choćby o punkty. Kanadyjczyk w pit-stopie wrzucił nie ten bieg co trzeba i w efekcie zgasł mu silnik. Mechanicy dzięki szybkiej reakcji sprawili, iż nie został on zdublowany i wrócił do rywalizacji. Dzięki szczęściu przy neutralizacjach Moore zdołał odrobić stracone sekundy.

Na 5 okrążeń przed końcem wyścigu z toru zjechał pace car i zawodnicy rozpoczęli sprint do mety. W ciągu kilku sekund zawodnik ekipy Forsythe Racing wyprzedził Scotta Pruetta i Alexa Zanardiego. Włoch zdołał na moment potem odzyskać pozycje, lecz Kanadyjczyk ponownie minął go i rzucił się w pogoń za Jimmy’m Vasserem. Dopadł go na 3 okrążenia przed końcem, lecz wkrótce potem Amerykanin odbił pozycję. Jak się okazało nie na długo. 

Moore bowiem na ostatnim kółku szalonym manewrem po wewnętrznej odzyskał prowadzenie, którego nie oddał już do mety. W czasie zawodów pozycja lidera zmieniała się aż 62 razy, co byłem rekordem CART do 2001 roku. Zawodnik nie cieszył się jednak w pełni ze zwycięstwa. Na 175. okrążeniu Adrián Fernández uderzył w ścianę, a koło, które odpadło z jego bolidu, przeleciało nad ogrodzeniem i wpadło w kibiców. W wypadku zginęły trzy osoby, a sześć zostało rannych.

Początek sezonu 1999 był obiecujący

To miał byś ostatni rok Grega Moore’a w ekipie Player’s/Forsythe Racing. Z tej okazji zarówno sam zainteresowany jak i zespół, postanowili zrobić co tylko się da, aby zdobyć upragnione mistrzostwo. Kampania zaczęła się od zwycięstwa w Homestead. Jak historia pokazała była to ostatnia wygrana w CART zarówno dla niego jak i dla Mercedesa. Niemiecka marka w latach 90. XX wieku była zaangażowana w serię CART i dostarczała silniki m.in zespołowi Player’s/Forsythe Racing. Wiktoria podczas Marlboro Grand Prix of Miami zapoczątkowała serię siedmiu wyścigów z rzędu ukończonych w punktach. Na torze Twin Ring Motegi Moore zajął 4. miejsce. W Long Beach do mety dojechał jako ósmy, lecz utrzymał prowadzenie w klasyfikacji kierowców. 

Taki stan rzeczy nie utrzymał się jednak długo. Juan Pablo Montoya bowiem od wyścigu w Long Beach zaliczył bowiem serię trzech zwycięstw z rzędu i tym samym po rundzie w Nazareth zajął Kolumbijczyk objął prowadzenie w „generalce”. Podczas siódmej rywalizacji w tamtym sezonie Moore wpadł na metę jako drugi. Miało to miejsce na szczęśliwym dla niego torze Milwaukee Mile. Po tych zmaganiach Moore w mistrzostwach plasował się ex aequo z Dario Franchittim na drugiej lokacie. Do prowadzącego Montoyi tracili 9 punktów. 

Tradycyjne problemy

Po wyścigu na Milwaukee Mile coś się zacięło. Tradycyjnie już w drugiej połowie sezonu, zawodnik rzadko kiedy dojeżdżał do mety w skutek awarii. Dodatkowo jakby tego było mało od siódmego wyścigu tamtego roku, Moore zdołał tylko 2 razy ukończyć wyścig w czołowej 10. Miało to miejsce na torze Road America, gdzie uplasował się na 4. miejscu i w Detroit. W mieście znanym z organizowania wyścigów F1 w latach 1982-1988, Kanadyjczyk zdołał wpaść na metę jako trzeci, co było jego ostatnim podium w wyścigu CART. Do bardzo ciekawej sytuacji doszło w czasie zawodów Michigan. Pomiędzy nim a Montoyą doszło do sporego nieporozumienia, które omal nie zaowocowało poważnym wypadkiem. W efekcie Moore pokazał Kolumbijczykowi środkowy palec. 

Greg Moore pokazuje środkowy palec (1)

Fot. Andrew / Greg Moore pokazał środkowy palec Montoyi, gdyż ten zajechał mu drogę

Z kolei w Vancouver został wypuszczony na slickach w mokrych warunkach pogodowych co zakończyło się wypadkiem. 

Tragedia na California Speedway

To miało być święto CART. Na torze w Fontanie miały się bowiem rozstrzygnąć losy tytułu mistrza serii, o który walczyli Juan Pablo Montoya i Dario Franchitti.  Fenomenalny Kolumbijczyk tracił do swojego rywala 9 punktów. Greg Moore przed ostatnim wyścigiem sezonu zajmował 9. miejsce w klasyfikacji kierowców z dorobkiem 97 punktów. Jego udział w rywalizacji w Kalifornii stał jednak pod wielkim znakiem zapytania, bowiem kilka dni wcześniej jadąc skuterem został potrącony przez samochód i złamał rękę. Po szczegółowych badaniach lekarze dopuścili go do startu.

Na początku trzeciego okrążenia doszło do wypadku Richiego Hearna. Amerykanin na wyjściu z drugiego zakrętu wpadł w poślizg, a następnie uderzył w wewnętrzną ścianę. Amerykaninowi nic się nie stało. Tego szczęście nie miał Greg Moore. Kanadyjczyk na 9. okrążeniu uwikłał się w walkę z Cristiano da Mattą, Markiem Blundellem i Robby’m Gordonem. Na wyjściu z drugiego zakrętu zawodnik startujący z numerem 99 wpadł w poślizg, niemal w tym samym miejscu co Hearn. Jednak jego bolid zamiast ślizgać się po trawie jak w przypadku Amerykanina został podbity. Następnie przechylony na prawy bok uderzył w bandę i dosłownie rozsypał się na kawałki przy tym koziołkując. Jak pokazały powtórki z wypadku, nieprzytomny Kanadyjczyk, który niemal wypadł z wraku został niemalże przez niego przygnieciony. Wszystko działo się przy prędkości rzędu 350 km/h.  

Przy zawodniku natychmiast pojawiły się służby medyczne. Dyrektor medyczny serii CART Steve Oxley natychmiast wezwał na tor helikopter, który zabrał kierowcę do szpitala, gdzie trwała jego reanimacja. Wysiłek lekarzy nie przyniósł jednak skutków, gdyż Moore doznał zbyt rozległych obrażeń zarówno głowy jak i narządów wewnętrznych. Zmarł 31 października 1999 roku o godzinie 13:20 czasu pacyficznego. W chwili śmierci miał zaledwie 24 lata. Po ogłoszeniu jego śmierci postanowiono nie przerywać wyścigu. Zamiast tego opuszczono flagi do połowy masztu. Seria CART na przestrzeni kilku tygodni straciła dwóch utalentowanych kierowców. Kilka tygodni wcześniej Urugwajczyk Gonzalo Rodriguez zginął w wyniku wypadku na torze Laguna Seca. 

ZOBACZ TAKŻE
Gonzalo Rodriguez: Bohater narodowy Urugwaju | Legendy motorsportu

Nabożeństwo po wyścigu

Po zakończeniu wyścigu który padł łupem Adriana Fernandeza, kierowcy zostali poinstruowani aby natychmiast zjechać do pit-lane. Tam im ogłoszono, iż Greg Moore nie żyje. Cały padok zalał się łzami. Zwycięzca rywalizacji przez dłuższy czas nie był w stanie udzielić żadnego wywiadu. Wszyscy kierowcy i mechanicy zebrali się na środku alei serwisowej po czym jeden z kapelanów CART odprawił krótkie nabożeństwo w intencji Grega Moore’a. Wielu kibiców postanowiło zostać na nim, by oddać hołd swojemu ulubieńcowi. Z kronikarskiego obowiązku należy dodać, iż mistrzem CART został Juan Pablo Montoya, który z oczywistych względów nie cieszył się w pełni ze swojego ostatecznego triumfu.

„To był wybuch bomby”

Kilka lat po zdarzeniu jedna z osób funkcyjnych podzieliła się  za pośrednictwem kilku forów internetowych swoją wersję wydarzeń z tego tragicznego wyścigu. Jej relacja jest przerażająca. – Byłem tam za ścianą, pracując w zespole bezpieczeństwa AMR. Nigdy nie zapomnę tego dźwięku. Z jakiegoś powodu nie wyobrażam sobie niczego, zanim samochód Grega uderzył w ścianę, ale pamiętam dźwięk wybuchu bomby i poczułem, jak energia wstrząsa ziemią. Było tak głośno, że nic nie słyszałem. Potem wydawało się, iż wszystko jest w zwolnionym tempie, a jego samochód po prostu unosił się w powietrzu przez kilka minut. jakby po prostu nie przestawał się obracać i spoczął.

Śledztwo w sprawie wypadku

Władze CART niemal natychmiast postanowiły przenalizować całe zdarzenie. Okazało się, iż chwilę przed wypadkiem zawodnik musiał znacząco zwolnić, aby uniknąć kontaktu z wolniej jadącym kierowcą. To sprawiło, że Kanadyjczyk stracił panowanie nad bolidem, a resztę historii już dobrze znamy. Doktor Steve Olvey zwrócił uwagę na to, pod jakim kątem zawodnik startujący z numerem 99 uderzył w bandę. Jego zdaniem, gdyby bolid Moore’a zachował się podobnie jak maszyna Hearna, z całą pewnością nie doszłoby do tragedii.

ZOBACZ TAKŻE
Tajemnice California Speedway. Dlaczego przestanie istnieć?

Dane z telemetrii pokazały, że w chwili uderzenia na zawodnika zadziałała siła 154 G. Aby w przyszłości ograniczyć możliwość analogicznie wyglądającego wypadku, na torze California wyasfaltowano pobocze na wyjściu z drugiego zakrętu. 

Greg Moore miał wziąć udział w Super Prix Hawajów, a także reprezentować legendarny zespół

W sezonie 1999 najlepsi zawodnicy serii CART mieli rywalizować na lotnisku nieopodal Honolulu w ramach Super Prix Hawajów. Impreza miała stać się drugim, po U.S. 500, flagowym wyścigiem CART. W skutek różnych perturbacji wyścig ten nigdy się nie odbył. W Super Prix Hawajów miało wziąć udział 16 zawodników. Oficjalna lista startowa nie została nigdy opublikowana. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami prawo startu otrzymałaby pierwsza dwunastka klasyfikacji generalnej sezonu. Greg Moore jak wyżej wspomniano pomimo śmierci i tym samym nieukończenia ostatniego wyścigu sezonu, w klasyfikacji kierowców zajął 10. miejsce. Tym samym gdyby nie doszło do tragicznego w skutkach wypadku, a także Super Prix Hawajów nie zostałoby odwołane, Kanadyjczyk wystartowałby w tym wyścigu.

ZOBACZ TAKŻE
Super Prix Hawajów - wyścig, który nigdy się nie odbył

W 2000 roku kierowca z Kraju Klonowego Liścia, w serii CART miał reprezentować legendarną ekipę Penske. Wybrano go bowiem na następcę odchodzącego na emeryturę Ala Unsera Jr.

Greg Moore miał poważanie w Ferrari

W 2019 roku Dario Franchitti w rozmowie dla Autosportu wyznał, iż wielkim fanem talentu Kanadyjczyka był sam Jean Todt, czyli w tamtym czasie szef Ferrari. Zresztą nie tylko on, bowiem niemal wszyscy pracownicy ekipy z Maranello podziwiali Moore’a.

Zdecydowanie było zainteresowanie nim, a chłopaki z Ferrari też kochali Grega. Jean Todt był jego wielkim fanem. – Dario Franchitti

Na ten aspekt uwagę zwrócił też Will Buxton, który w 2020 roku stworzył subiektywne zestawienie 20 najlepszych kierowców, którzy nie mieli okazji rywalizować w F1. Brytyjczyk sklasyfikował Moore’a na 8. pozycji, tak argumentując swój wybór.

Greg Moore jest tak szanowany w świecie wyścigów, iż nawet 20 lat po jego śmierci zawodnicy wciąż zakładają czerwone rękawice, aby oddać hołd Kanadyjczykowi. Moore wydawał się po prostu bawić z potwornymi bestiami Champ Car w sposób, w jaki nikt inny nie potrafił. Ale czy gdyby jego gwiazda wspięła się na szczyt w USA, mógł przejść do F1? Wydawało się to bardzo prawdopodobne na początku XXI wieku, kiedy wielcy kierowcy tacy jak Jacques Villeneuve, Juan Pablo Montoya i Sebastien Bourdais przeszli na drugą stronę, a Moore mógł z łatwością pójść w ich ślady. Sir Jackie Stewart był zainteresowany i podobno te słynne czerwone rękawice nie znalazłyby szczęśliwszego domu niż Maranello, gdzie Greg cieszył się niewiarygodnym szacunkiem. Niestety, tego nigdy się nie dowiemy, ponieważ zginął w wypadku na torze California Speedway w 1999 roku. 

Rękawice Grega Moore'aPodpisane rękawice Grega Moore'a

„On był taki sam jak Gilles Villeneuve”

W 2019 roku dziennikarz IndyCar Marshall Pruett zaprosił Dario Franchittiego, Paula Tracy’ego, Maxa Papisa, Mike’a Zizzo do podcastu, który miał na celu przywołanie anegdot z życia Moore’a. Każdy z nich zwrócił uwagę na coś innego. Papis wspomniał o sytuacji z 1996 roku, kiedy to Kanadyjczyk przy pierwszej okazji zaczął się z nim integrować podczas podróży do Australii, z kolei Tracy podzielił się pewną historią. Jego rodak znany był z niekonwencjonalnego treningu. Podczas gdy wszyscy trenowali na siłowni, albo analizowali dane, w tym samym czasie Moore jak to ujął mistrz Champ Car z 2003 roku: „Grał na tym j*****m Play Station, w jakąś p********ą grę rajdową, albo w Gran Turismo!„. 

ZOBACZ TAKŻE
Legendy IndyCar: Dario Franchitti, czyli niesamowity Szkot

Zupełnie w inną stronę poszedł Dario Franchitti. Legendarny Szkot tak wypowiedział się o karierze swojego przyjaciela. – Jego talent na torze był wyjątkowy, był cholernie dobry w myśleniu o wyścigach. Księgi metrykalne opowiadają tylko połowę historii, w sposób podobny do kogoś takiego jak Gilles Villeneuve. Patrzysz na to i mówisz: „On wygrał ile wyścigów?”. ale jest uważany za jednego z najbardziej utalentowanych kierowców wszech czasów. Myślę, że Greg jest w tej samej kategorii co on. 

Ponad 36-minutową rozmowę można obejrzeć poniżej.

 

Podsumowanie

Greg Moore dzięki swojej brawurze i wyjątkowemu stylowi jazdy, jeszcze za życia zyskał rzesze fanów. Przez tragiczny wypadek, który odebrał mu życie, nigdy nie osiągnął wróżonego mu sukcesu jakim było zdobycie mistrzostwa CART. Jednak pomimo tego uznawany jest za jednego z najbardziej utalentowanych kierowców wyścigowych, który stąpał po tej planecie. W czasie swojej kariery w tej serii rodak Villeneuve’a wygrał 5 wyścigów i do tego 12 razy stawał na podium.

 

Na podstawie historii zawodnika w 2000 roku wydano książkę Greg Moore: A Legacy of Spirit (po polsku – Greg Moore: Dziedzictwo ducha), autorstwa Gordona Kirby’ego i Jima Taylora. Co ciekawe w tworzeniu biografii brał udział także Jacques Villeneuve, bowiem mistrz świata Formuły 1 z 1997 roku napisał przedmowę. Po jego śmierci, założono fundację imienia Grega Moore’a – działa ona chociażby przeciwko jeździe pod wpływem alkoholu. Dodatkowo seria CART zastrzegła numer 99, a wielu kierowców z Kanady w ramach hołdu dla ich idola, używa czerwonych rękawiczek. Na koniec prezentujemy zdjęcia z wystawy poświęconej zawodnikowi, które można znaleźć na stronie fundacji. 

5/5 (liczba głosów: 8)
Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Reklama
Reklama