Świat, także ten motoryzacyjny, ulega nieustannym przemianom. Dzisiejsze samochody znacznie różnią się od tych, do których przyzwyczailiśmy się przez dziesięciolecia. Są bardziej oszczędne, dynamiczne i bezpieczniejsze, lecz czy przypadkiem nie straciły one ducha prawdziwej motoryzacji?
„Kiedyś to było”
Jeszcze parę lat temu wszystko wyglądało inaczej. Producenci samochodów z wielką chęcią i pasją tworzyli nowe modele. W tamtych, wydaje się odległych już czasach, samochody były różne, na swój sposób oryginalne, każdy starał się czymś wzbudzić w nas sympatię do siebie. Dziś niemal każde auto w ofercie danej marki przywodzi na myśl nieznacznie różniącą się wersję jednego i tego samego egzemplarza. Dodatkowo, co smuci mnie niezmiernie, zanikają jednostki wolnossące. Dosłownie, bowiem już teraz na palcach można policzyć fury, które napędzane są przez całkowicie „czyste”silniki. Czy czeka nas zatem prawdziwa motoryzacyjna apokalipsa?
Mało mam, więc się delektuję!
Niestety, to co napisałem we wstępie, to prawda. To, że auta są teraz znacznie bardziej ujednolicone nie jest jeszcze złem ostatecznym, albowiem wielokrotnie już w historii motoryzacji przychodził taki okres, gdy samochody stawały się do siebie co raz bardziej podobne. Później następowała „odwilż” i znów modele zaczynały się różnić. My dziś jednak nie rozmawiamy o stylistyce, lecz o tym, iż na tą chwilę została już garstka samochodów z silnikami wolnossącymi, czyli takimi, które nie są w żaden sposób wspomagane. Nawet poczciwy „dziki koń”, czyli Mustang (sam model ma już ponad 50 lat), który tak długo opierał się wszelkiego rodzaju trendom downsizing’owym, może wkrótce przegrać ową bitwę. Dosłownie dwie doby temu w sieci pojawiły się zdjęcia, jakoby Ford testował już hybrydową wersję kultowego modelu. Co prawda, z informacji jakie posiadam, nadal amerykański rumak ma mieć pod maską jednostkę V8, ale czymże ona będzie, jeśli ktoś dołoży jej „suszarkę do włosów” (tego typu dźwięk wydają silniki elektryczne). Przepraszam Was, za ten denny żart, ale jestem w rozsypce. Tak, jak mocno kocham samochody, nie chcę aby modele, które uwielbiam, spotkał smutny los pozbawienia ich wolnossących silników.

Fot. Ford / Ford Mustang V8 Bullitt
Jednakże producenci coraz częściej nawet tak duzi jak Ford, ulegają diabelskim pokusom, krzywdząc swoje legendy. Nie przeczę, iż nie należy iść z duchem czasu, budować aut bardziej oszczędnych i przyjaznych kierowcy, ale do jasnej choinki, zostawcie wozy sportowe! Dobra, Mustang nie jest samochodem sportowym, lecz ma prośba (prawdę powiedziawszy, przez nikogo nie usłyszana) dotyczy też fur typu muscle, czy nawet gran turismo. Chodzi o to, że pewnego rodzaju samochody, zostały stworzone nie w oparciu o filozofię „zróbmy budę, silnik jakiś się wstawi”, tylko coś zupełnie odwrotnego. I nagle przychodzą „mądrale”, którzy mają jakieś cyferki wpisane w Exelu, po czym mówią: „Mustang zły. Mustang mieć mniejsza moc i mniejsza silnika”. Więc co w tej sytuacji ma zrobić Ford? Na początku zacznie szukać oszczędności w emisji spalin gdzie indziej, skupiając się na podstawowych modelach z oferty. Jeśli jednak modernizacja tamtych egzemplarzy nie przyniesie skutku, lub tak, jak ma to miejsce teraz – zaostrzą się normy emisji, pozostanie mu tylko zmiana koncepcji, co do produkcji najbardziej paliwożernej wersji.
Niemniej, można to zrobić inaczej. Obrazuje nam to doskonale Porsche, które co prawda „uturbiło” większość odmian 911’stki, ale zachowało przy tym ich charakter i entuzjazm, jaki wywołują. Mało tego, najbardziej ekscytujące odmiany ikony ze Stuttgartu, tj. 911 GT3 i GT3 RS oraz Cayman GT4, wciąż będą miały wolnossące silniki. Niektóre nawet zachowają, tak archaiczną już w autach sportowych, skrzynię manualną. Czyli się da, wystarczy tylko dobra strategia. W tej kwestii mam do Was prośbę: zacznijcie kochać i przede wszystkim kupować „wolnossaki”, bo tak jak wyjaśniam w kolejnym akapicie, może i jest nadzieja, że kiedyś trendy, które dziś zabiją najpiękniejsze oblicze motoryzacji ulegną porzuceniu, aczkolwiek możemy nie doczekać tych czasów.
Pantera mglista
Wspomniałem, że jest jednak nadzieja dla prawdziwych entuzjastów motoryzacji? Tak, to bardzo dobrze, w takim razie pozwolę sobie wysnuć odważną tezę, stanowiącą o tym, iż z samochodami może być tak, jak z zagrożonymi gatunkami zwierząt. Gdy dostrzeżemy, jak ważne są one dla nas i naszej planety, przestaniemy obwiniać je o całe zło, związane z ociepleniem klimatu, po czym najzwyczajniej w świecie zaczniemy wszelkimi dostępnymi metodami je chronić. Mała dygresja: de facto, 40% całego zanieczyszczenia powietrza generują (tu się zdziwicie)… hodowane na nasze potrzeby dla nas świnie i krowy, nie mówiąc już o samolotach pasażerskich, czy wielkich tankowcach, ale samochody najłatwiej obwinić. Dlaczego? Bo są właśnie, niczym te tytułowe „zagrożone gatunki”, które niby chronimy, a jednak pozwalamy, by ktoś na nie polował.
Nie widzę w tym żadnego sensu i prawdę powiedziawszy, zastanawiam się, co mają w głowach ci wszyscy urzędnicy, głównie z Komisji Europejskiej, którzy wymyślają co rusz to nowe, bardziej restrykcyjne normy emisji. Rozumiem, że ich myślą przewodnią może być ekologia, ale na Boga, niech zaczną myśleć realnie. Czy np. jeśli rząd naszego pięknego kraju dostanie zalecenie, aby od jutra wszystkie auta w Polsce były elektryczne, po czym wykona je (co swoją drogą jest niemożliwe nawet w parę lat), to czy Polska stanie się bardziej przyjazna środowisku? Czy to, że niektórzy z nas palą w swoich piecach czym tylko się da nie ma żadnego wpływu na stan atmosfery? Witaj, przyjacielu Smogu! A, byłbym zapomniał… są jeszcze te, „przypadkowe” pożary często nielegalnych wysypisk śmieci. Wierzcie mi na słowo, to nie ma ŻADNEGO wpływu na los naszej matki Ziemi. Wracając do wątku, bo trochę odbiegłem, tak to już jest. Zasłaniamy się „ekologią”, zachowujemy się „eko”, a tak naprawdę wciąż pozwalamy na to, by każdego dnia z naszej planety znikały kolejne zagrożone gatunki zwierząt.
Słyszeliście o takim stworzeniu, jak Pantera mglista? Polecam wygooglować, albowiem to zaiste piękny kociak. Jego historia, jak wspomniałem na samym początku tegoż akapitu, może być nadzieją dla nas – pasjonatów motoryzacji. Wyobraźcie sobie, że ten konkretny gatunek został 5 lat temu uznany za wymarły, gdyż po raz ostatni widziano go w 1983 r. Lecz to niedawno się zmieniło, ponieważ mieszkańcy dżungli w południowo-wschodniej Azji zobaczyli ponownie żyjącego przedstawiciela Neofelis nebulosa. I tutaj wkraczam ja, ze swoją szaloną, niczym sam Jeremy Clarkson, wyobraźnią. Co jeśli odnieść by „panterę” do świata motoryzacji, a dokładniej, do świata samochodów z wolnossącymi silnikami? Przecież one także są takim zagrożonym wyginięciem gatunkiem. Nawet jeśli znikną całkowicie z rynku, to przecież zawsze mogą na niego powrócić, niczym majestatyczny kot powraca do swego domu w lesie. Chyba, że przez te 30 lat producenci zapomną, jak się tworzy jednostki napędowe bez turbodoładowania…
Mamy moc!

Fot. netcarshow.com / Ferrari F8 Tributo (2020)
Zmierzając już ku końcowi, chciałbym uświadomić Wam, jak dużą mamy wspólnie siłę. Sam jeden nie zmuszę dużych koncernów do zmian, ale jeśli Wy – entuzjaści i najpewniej też przyszli klienci wielu marek, oferujących dziś jeszcze modele aut z silnikami wolnossącymi, zaczniecie sygnalizować swoje niezadowolenie z tego, że takie samochody znikają z rynku, to będzie to pewien rodzaj takiej „kropli”, która z czasem może przepołowić skałę. Jeśli nie podejmiemy chociaż próby, później będziemy sami przed sobą żałować tych wszystkich wspaniałych aut, takich jak choćby Ferrari 458 Speciale, czy Porsche 911 GT3 RS, które nigdy nie powstaną. W końcu najnowsze Ferrari F8 Tributo po raz drugi już (po 488) otrzymuje turbodoładowany silnik…
Jedyny w swoim rodzaju dziennikarz motoryzacyjny. Felietonista o niebanalnym stylu, znawca historii motoryzacji oraz futurolog branżowych trendów. Prywatnie, wielki fan większości włoskich i niemieckich marek. W swoich tekstach stara się nie unikać trudnych, a niekiedy i kontrowersyjnych, tematów, zadając przy tym nieszablonowe pytania.
- Tomasz Rossa
- Tomasz Rossa
- Tomasz Rossa