Connect with us

Czego szukasz?

Samochody

Geneza Lambo bez dachu – od Silhouette do Aventadora SVJ Roadster

Nazwę marki spod znaku rozwścieczonego byka zna dziś każdy. Historia tej włoskiej firmy jest doprawdy intrygująca i pełna tajemniczych momentów.

2 z 2Następna

Równolegle z Espadą, firma Automobili Lamborghini produkowała też model Islero. Niestety, mimo wielu starań, auto sprzedawało się jeszcze gorzej od Espady S2, co skłoniło Ferruccio do przekazania władzy nad działem samochodowym (rzecz jasna za stosowną opłatą) prywatnemu inwestorowi. Tak po raz pierwszy, w roku 1972, Lamborghini zmieniło właściciela. W tym samym okresie zadebiutował model Countach, który na samym początku swojej historii nie należał do najbardziej rozchwytywanych. Zanim jednak doszło do sprzedaży aktywów, Lamborghini podejmowało próby utrzymania konkurencyjności na rynku. Nie dziwi więc fakt, że włoskie przedsiębiorstwo na początku lat 70-tych zdecydowało o produkcji taniego samochodu sportowego, mającego stanowić zagrożenie dla takich aut, jak Porsche 911 i Ferrari Dino 246. Świat powitał model Urraco P250.

Silhouette – dziwny wytwór

Urraco było dość dziwnym wytworem. Nie mam tu na myśli jego stylistyki, za którą ponownie odpowiadali arcymistrzowie fachu z Bertone, lecz w ogóle to, dlaczego powstało. Nie odniosło ono bowiem ani spektakularnego sukcesu rynkowego (przez 7 lat produkcji sprzedało się 777 sztuk, co daje w sumie 111 sztuk rocznie), ani też nie było jakoś wybitne. Na tle konkurencji wypadało blado, nie tylko przez słabsze osiągi, ale też kiepskie wykonanie. Jedyną niepodważalną zaletą Urraco było to, iż dysponowało 4 miejscami (układ 2+2). Co prawda wersja P300 z ’75 roku miała zauważalnie większą moc od P250, ale owa większa moc sprawiła, że konieczne stało się usztywnienie konstrukcji, przez co auto przytyło 200 kg. To rzecz jasna nie przełożyło się korzystnie na osiągi i Lamborghini znów zostało nieco w tyle. Mało optymistyczną perspektywę rozwoju marki ratował jedynie, wspomniany już Countach, dzięki któremu włoska marka przetrwała trudne czasy.

Lamborghini Silhouette

Fot. netcarshow.com / Lamborghini Silhouette

Rok po premierze Urraco P300, Automobili Lamborghini zaprezentowało wyjątkowy model. Był to pierwszy w historii tej marki roadster (czyli wariant bez dachu), choć w ścisłym tego słowa znaczeniu nie możemy tak powiedzieć, albowiem była to targa. Przeciekająca w deszczowe dni, z potwornie nagrzewającą się w lato kabiną, ale jednak w części pozbawiona dachu. Silhouette zapoczątkowało nowy rozdział w dziejach Lamborghini, łącząc w sobie najbardziej rozpoznawalne cechy, świeżego wówczas Countach’a oraz przyszłego modelu Diablo. Po części Silhuoette przywodziło również na myśl nieudolną podróbkę Porsche 914 T (chodzi o kształt słupka B). Mimo, że auto cechowały bardzo dobre jak na tamte czasy osiągi (6,5 s do setki i prędkość maksymalna na poziomie 260 km/h), nie trafiło ono w gusta klientów, którzy i tak wybierali większego i szybszego Countach’a. Nie możemy jednak udawać, iż w ogóle nie istniało. Pomimo tego, że przez 3 lata produkcji, nabywców znalazło zaledwie 54 egzemplarzy – samochód ten zapoczątkował piękną erę Lambo bez dachu, która trwa po dziś dzień. Dzięki temu nasze oczy cieszą „otwarte na świat” wersje aut z bykiem na masce, począwszy od Diablo, Murciélago, Gallardo, przez Huracàna, Aventadora, na unikalnych modelach, tj. Revénton, Veneno, czy Centernario, kończąc. Wszystko zawdzięczamy temu, iż kiedyś (konkretnie w 1976 r.), pojawiło się pierwsze Lambo bez dachu, nazwane Silhouette.

Silhouette – przywiązanie do tradycji

Mała dygresja: na trwających właśnie targach w Genewie marka Automobili Lamborghini prezentuje światu aż dwa nowe modele ze składanym dachem. Jednym z nich jest Huracàn Evo Spyder, będący odświeżeniem świetnie już znanego i lubianego, Huracàna LP610-4 Spyder.  Evo dysponuje o 30 KM większą mocą, a system składania dachu działa w nim krócej, niż w poprzedniku. Nawet motoryzacyjni laicy z pewnością dostrzegą nowy, agresywniejszy pakiet aero. Samo auto ma się ponoć jeszcze lepiej prowadzić, lecz póki co, nie weryfikowałem tej informacji.

Fot. netcarshow.com / Lamborghini Huracan Evo Spyder

Drugim, znacznie ciekawszym wozem, prezentowanym podczas Genewskich targów, jest 770-konny Aventador SVJ. Musicie wiedzieć, że literka J, wcale nie wzięła się tu od nazwy jednej z ras byków, którą z reguły Lamborghini tytułuje nowe pojazdy, a oznacza po prostu słowo „Jota”. To z kolei w języku włoskim znaczy ni mniej ni więcej, a dokładnie „wyścigowy”. Patrząc na bardzo mocno rozbudowany pakiet aerodynamiczny w najnowszym Aventadorze, skojarzenia są jak najbardziej słuszne. Swoją drogą, SVJ to najszybszy masowo produkowany model Lamborghini z silnikiem V12, jaki kiedykolwiek został dopuszczony do ruchu. Jeśli chcielibyście nabyć taki samochód, to musicie, oprócz posiadania zasobnego portfela (fura kosztuje grubo ponad 2 miliony), mocno się spieszyć – albowiem zarówno wersja Coupé, jak i prezentowany Roadster, są bardzo limitowane. W dodatku, co zapewne Was zasmuci, jest to najprawdopodobniej OSTATNIE LAMBO Z WOLNOSSĄCYM V12, więc tym bardziej warto je mieć, gdyż na wartości na pewno nie straci.

2 z 2Następna

Oceń nasz artykuł!
+ posts

Jedyny w swoim rodzaju dziennikarz motoryzacyjny. Felietonista o niebanalnym stylu, znawca historii motoryzacji oraz futurolog branżowych trendów. Prywatnie, wielki fan większości włoskich i niemieckich marek. W swoich tekstach stara się nie unikać trudnych, a niekiedy i kontrowersyjnych, tematów, zadając przy tym nieszablonowe pytania.

\
Reklama