Connect with us

Czego szukasz?

Formuła 1

„Od Baku do Baku”. Vettel w najgorszym okresie kariery | Podsumowanie

GP Azerbejdżanu w 2021 zachwyciło fanów Sebastiana Vettela. Ich ulubieniec w końcu przełamał swoją tragiczną pasję, która nawiedzała go przez trzy długie lata. Co ciekawe, najgorszy okres jego kariery zaczął się… właśnie w Azerbejdżanie.

Sebastian - Ferrari 2018
Fot. Twitter / W 2018 rozpoczął się upadek jednego z największych mistrzów Formuły 1

Sebastian Vettel – jeden z najlepszych

Najgorszy okres, przez który przeszedł Sebastian Vettel, był dość długi. Nie mniej jednak zacznijmy od samego początku. Cofnijmy się w czasie stosunkowo niedługo, ponieważ do 2018 roku. Stawka Formuły 1 była jednak znacznie inna niż aktualnie. Obecność takich kierowców jak Marcus Ericsson, Brendon Hartley i Siergiej Sirotkin w najsłynniejszej serii motorsportu, wydaje się czymś odległym i zapomnianym, nawet dla zagorzałych fanów. Tak samo jak to, że przed tym sezonem wszystkie oczy były zwrócone na faworyzowane Ferrari prowadzone przez Maurizio Arrivabene.

ZOBACZ TAKŻE
Czy współcześni "płatni kierowcy" Formuły 1 są niesłusznie oceniani?

Nowy bolid włoskiej stajni, nazwany SF71H, zachwycił na testach przedsezonowych. Oprócz wyglądu, który nawet teraz jest wychwalany przez kibiców, osiągi zachwyciły jeszcze bardziej. Kierowcy zespołu wykręcali świetne czasy, bijąc na głowę resztę stawki. Już wtedy pojawiły się głosy o tym, że Niemiec, Sebastian Vettel, który od 2015 roku był liderem Ferrari, w końcu zdobędzie upragniony tytuł z zespołem z Maranello.

ZOBACZ TAKŻE
Eddie Irvine: Sebastian Vettel nie zasługuje na 4 tytuły

Wszyscy wierzyli, że jest to kwestia czasu, ponieważ Vettel nie jest przypadkowym kierowcą. To właśnie 33-latek zdominował Formułę 1 w okresie 2010-2013. Wygrał wtedy cztery mistrzostwa kierowców z rzędu i trafił do grona największych legend sportu. Zdobycie tytułu w sezonie 2018 byłoby tylko ukoronowaniem  jego świetnej kariery. Nawet gdyby mu się to nie udało, nic nie byłoby w stanie nadszarpnąć jego pozycji w świecie F1. Ambitny Niemiec postanowił jednak wykorzystać swoje narzędzia i zabrał się do pracy już w pierwszym wyścigu.

Vettel rozdawał karty

Pierwsze kwalifikacje sezonu pohamowały zapał Ferrari. Lewis Hamilton pokonał obu kierowców „czerwonych”, notując czas lepszy o 0,7 sekundy. Niestety został on pozbawiony swojego wsparcia taktycznego w postaci Valtteriego Bottasa. Fin roztrzaskał swój bolid w Q3, przez co startował z dziesiątej pozycji. Dzięki temu na dystansie wyścigu Vettel był go w stanie wyprzedzić. Niemiec znalazł się na prowadzeniu, którego już nie oddał po rundzie pit-stopów. Niemcowi sprzyjał też fakt pojawienia się wirtualnej neutralizacji. Po pierwszym wyścigu Sebastian Vettel i Ferrari znaleźli się na prowadzeniu w obu klasyfikacjach.

ZOBACZ TAKŻE
Russell w Mercedesie w 2022? Wszystko ma okazać się na Silverstone

Dwa tygodnie później na torze w Bahrajnie 30-letni wtedy kierowca podtrzymał swoją passę. Niemiec pokazał się ze swojej najlepszej strony, najpierw zdobywając pole position, a później wygrywając w niesamowitym stylu. Vettel nie trafił ze strategią i w drugiej części wyścigu znalazł się pod sporym naciskiem Bottasa, jadąc na mocno zużytych oponach z białym „paseczkiem”, które wtedy oznaczały mieszankę pośrednią. 2018 był bowiem ostatnim rokiem słynnej „tęczy Pirelli”.

Sebastian Vettel win - 2018

Fot. Twitter / Na początku 2018 roku Sebastian Vettel był obiektem zachwytu niemal każdego obserwatora F1

GP Chin miały być kolejnym majstersztykiem rozpędzonego Vettela. Drugie z rzędu pole position potwierdziło, że nie może być inaczej. W niedzielę Vettel wystrzelił spod świateł i nie zamierzał się oglądać za siebie. Wszystko wskazywało na to, że Niemiec będzie miał po trzech wyścigach aż 75 punktów i stanie się ogromnym faworytem do zdobycia tytułu. Niestety zamieszanie na torze, neutralizacje złym momencie sprzyjały Red Bullowi. Nawet Bottas skorzystał na lepszej strategii. Niestety na drodze Sebastiana Vettela pojawił się też Max Verstappen, który próbował go wyprzedzić. Holender uderzył w swojego rywala i obrócił ich obu. Ta sytuacja sprawiła, że lider Ferrari dojechał na odległej ósmej pozycji. Pojedynczy wyścig nie powinien jednak podciąć skrzydeł dobremu kierowcy.

Pierwszy symptom

Po przyjeździe na czwartą rundę sezonu do Baku nikt nie myślał o tym, że Vettel może się podłamać wydarzeniami ostatniego wyścigu. Nic na to nie wskazywało, ponieważ 30-latek po raz trzeci z rzędu wygrał kwalifikacje i wyglądał najlepiej na początku wyścigu. Uważni obserwatorzy Formuły 1 pamiętają, że GP Azerbejdżanu 2018 było bardzo chaotyczne. Liczne wypadki i neutralizacje wymieszały stawkę w ten sposób, że pod koniec wyścigu Bottas znalazł się przed Niemcem. Vettel postanowił odzyskać prowadzenie po restarcie w momencie zjazdu samochodu bezpieczeństwa. Niestety kierowca Ferrari popełnił błąd, prestrzelając hamowanie.

 

Sebastian Vettel całkowicie zniszczył opony, desperacko próbując uniknąć zderzenia ze ścianą, co udało mu się cudem. Co najgorsze, stracił jednak aż dwie pozycje na rzecz Hamiltona i Raikkonena. Chwilę później wyprzedził go jeszcze Sergio Perez. Vettel nie był w stanie już nic odrobić ze względu na stan swojego ogumienia. Dojechał na czwartym miejscu, tracąc kolejny raz „duże punkty”. Kierowca Ferrari pierwszy raz popełnił niewymuszony błąd w 2018 r. Niestety był to dopiero początek.

Kolejny wyścig w Hiszpanii obył się jednak bez fajerwerków i dominacji niemieckiego lidera Ferrari. Wyścig i kwalifikacje wygrał Lewis Hamilton, a Sebastian Vettel trzeci raz z rządu znalazł się poza podium, ponownie na czwartej pozycji. Tydzień później w Monako dostał on jednak szansę na odkupienie. Jego jedynym rywalem był bowiem startujący z pierwszej pozycji Daniel Ricciardo. Australijczyk już na początkowych okrążeniach stracił moc, więc stał się łatwym celem dla piekielnie szybkiego Ferrari. Vettel pokazał jednak niemoc i do końca wyścigu nie wyprzedził kierowcy Red Bulla. Co prawda tor w Monako nie sprzyja takim manewrom, ale nie są one niemożliwe.

Raz dobrze, raz źle

Vettel zdobył więc podium, zajmując drugie miejsce. Ale wciąż mógł osiągnąć więcej. Dlatego właśnie potrzebował dobrego wyniku w Kanadzie. I jak na złość tym, którzy już po cichu zaczęli go skreślać, wygrał w cuglach na torze w Montrealu. Dawało to duże nadzieje na kolejną rundę, na którą przypadało pierwsze od lat GP Francji. Sebastian Vettel mógł tam zyskać wiele, lecz niestety kolejny raz przegrał z presją, uderzając w bolid Valtteriego Bottasa już w pierwszym zakręcie.

ZOBACZ TAKŻE
GP Francji 2018: Wspominamy powrót F1 na Paul Ricard po 30 latach

Niemiec po raz kolejny stracił ogromną liczbę punktów na rzecz Lewisa Hamiltona, który wygrał na torze Paul Ricard. Dwie kolejne rundy były jednak dla niego naprawdę dobre. Najpierw dojechał jako trzeci w Austrii, a później pokonał wszystkich na Silverstone w Wielkiej Brytanii. Dzięki temu przed nadchodzącą rundą o GP Niemiec to on prowadził w klasyfikacji kierowców z przewagą ośmiu punktów.

Vettel crash Germany 2018

Fot. Twitter / Vettel przegrał swój domowy wyścig w 2018 roku na własne życie

Na rodzinnej ziemi początkowo wszystko układało się po myśli kierowcy Ferrari. Wygrał on w pięknym stylu sobotnie kwalifikacje. W tym samym czasie Lewis Hamilton przez awarię był zmuszony do startu z nienaturalnej dla niego, czternastej pozycji. Wyścig został ustawiony przez zmienne warunki pogodowe, które zadziałały na niekorzyść Seba. Czterokrotny mistrz świata przewodził stawce, by niespodziewanie popełnić kolejny niewymuszony błąd. Nie udało mu się wyhamować do nawrotu w jednym z ostatnich zakrętów, przez co zakopał się w żwirowej pułapce. Był to kluczowy błąd, który podłamał niemieckiego zawodnika. 

Ostatnie dobre momenty

Na Węgrzech Vettel nie był już tym samym człowiekiem. Ewidentnie starał się po prostu dojechać do mety. I to mu się udało, zajmując szanujące się drugie miejsce. Niestety drugie z rzędu zwycięstwo Lewisa Hamiltona oznaczało, że Brytyjczyk wysunął się na prowadzenie w klasyfikacji ze znaczną przewagą nad rywalem ze Scuderii. Pierwsza runda po wakacjach przypadająca na GP Belgii była więc kluczowa dla ich rywalizacji.

Seb Vettel Belgium P1 2018

Fot. Twitter / Formula 1

Na słynnym torze Spa, Hamilton był górą w sobotniej sesji czasowej. Następnego dnia Sebastian Vettel postanowił zaprezentować swój geniusz, wyprzedając Brytyjczyka na końcu prostej Kemmel. Zrobił to już na pierwszym okrążeniu i nie oddał prowadzenia aż do końca wyścigu. Lider zespołu Ferrari wrócił, ale jak się okaże tylko na chwilę. Nikt jeszcze nie wiedział, że na kolejne zwycięstwo Hamiltona będziemy czekać dwa tygodnie, a Vettela… trzynaście miesięcy.

Początek końca

Sobota, pierwszy dzień września 2018 roku. Zaczynają się najważniejsze kwalifikacje każdego sezonu dla ekipy Ferrari. Te rozgrywane przed domowym wyścigiem o GP Włoch. Sebastian Vettel był oczywiście faworytem, lecz nie on a jego partner z zespołu, Kimi Raikkonen, zdobył pole position przed domową publicznością. W wyścigu Vettel musiał jak najszybciej odrobić to, co stracił. Dokonał tego w najgorszy sposób. Kierowca uderzył w bok Lewisa Hamiltona, co obróciło jego Ferrari o 360 stopni. Dzięki temu nagle znalazł się na ostatniej pozycji. Ze sporymi problemami udało mu się zminimalizować straty, kończąc wyścig na czwartej pozycji.

ZOBACZ TAKŻE
Masowy powrót kibiców na GP Włoch. Nietypowy pomysł organizatora

Kolejne dwa wyścigi odbyły się bez żadnej historii. Vettel dojechał jako trzeci zarówno w GP Singapuru, jak i GP Rosji. Tak dobrze nie było jednak po przyjeździe do Japonii na siedemnastą rundę sezonu. Ferrari pojawiło się tam z nowym sponsorem głównym – Mission Winnow, który może być ich złym omenem. Od tej pory bowiem w Maranello wszystko zaczęło się powoli sypać. Na Suzuce Vettel wystartował z… ósmej pozycji, a w wyścigu uderzył w Maxa Verstappena, co kolejny raz obróciło jego bolid.

Już w następnym wyścigu na jednym z ulubionych torów kierowców Formuły 1, którym jest obiekt COTA w Texasie, Sebastian Vettel… obrócił się po raz kolejny, tym razem po kontakcie z Danielem Ricciardo. Niespodziewanie z pozycji lidera w klasyfikacji kierowców, Niemiec osunął się już tak bardzo w dół, że Lewis Hamilton mógł zostać mistrzem świata już w kolejnym wyścigu. I tak się też stało. Na torze w Meksyku Sebastian Vettel oficjalnie przegrał tytuł, który w pierwszej połowie sezonu był dla niego realnym celem.

Czy Vettel podoła nowemu wyzwaniu?

Dwa ostatnie wyścigi sezonu nie miały już żadnego znaczenia, więc Vettel odpuścił i zajął spokojne szóste miejsce w Brazylii i trzecie w Abu Zabi. Uwaga wszystkich szybko przeniosła się na nowy rok, a także ogromne zmiany, które zaszły w zespole Ferrari. Na sezon 2019 zmieniono szefa zespołu. Maurizio Arrivabbene odszedł, a jego zastępcą został nim Mattia Binotto. Zespół opuścił również Kimi Raikkonen. Miejsce weterana zajęła młoda gwiazda w postaci Charlesa Leclerca.

ZOBACZ TAKŻE
Vettel szczerze o Arrivabene. Niecodzienne wyznanie Niemca

Monakijczyk bardzo szybko stał się niezwykle głośnym tematem sezonu 2018. Gdy Vettel tracił szansę piąty tytuł mistrzowski, Leclerc budował swoją pozycję w padoku, wyciągając maksimum ze swojego bolidu Alfa Romeo Sauber. Wiadomo więc było, że jest stworzony do znacznie większych celów. Dlatego błyskawicznie Ferrari posadziło go w swoim zespole, gdzie spotkał się z nikim innym jak właśnie z utytułowanym Niemcem.

Charles Leclerc Abu Dhabi 2018 - Felipe Massa

Fot. Scuderia Ferrari / Pojawienie się Charlesa Leclerca w zespole Ferrari niosło za sobą wiele niewiadomych

Testy przedsezonowe wskazały na to, że Leclerc i Vettel będą prezentować bardzo zbliżone tempo. W pierwszy dzień testów Niemiec zajął pierwsze miejsce z czasem 1:18.161. Następnej doby, Charles Leclerc dokonał tego samego, wykręcając niemal identyczny czas 1:18.247. Oznaczało to, że czterokrotny mistrz świata może być na straconej pozycji, ponieważ już na starcie debiutant zrównał się z nim swoimi wynikami.

Uczeń bije mistrza

Vettel chciał pokazać miejsce nowicjuszowi od samego początku sezonu. Zaczął dobrze, ponieważ zajął trzecie miejsce w kwalifikacjach i czwarte w wyścigu na torze Albert Park w Australii. Niestety szybko stracił panowanie nad Leclerkiem, który zresztą już w Melbourne dojechał zaraz za Niemcem na piątym miejscu. Tydzień później w Bahrajnie 21-letni Monakijczyk zaskoczył świat i zdobył pierwsze pole position w swojej karierze.

ZOBACZ TAKŻE
Leclerc nie wierzy w podtrzymanie formy. "Wracamy do rzeczywistości"

W wyścigu wszystko mogło jednak zagrać na korzyść Seba, ponieważ wyprzedził on swojego nowego rywala na pierwszych metrach wyścigu. Leclerc, w porównaniu do wyczynów Vettela w wielu wyścigach poprzedniego sezonu, zachował zimną krew i odzyskał prowadzenie. 31-letni już Niemiec tymczasem spadł za Lewisa Hamiltona, ale postanowił wykorzystać przewagę swojego bolidu, by jak najszybciej go wyprzedzić. Niestety po raz enty Vettel obrócił się przy próbie ataku. Tym razem nie potrzebował nawet kontaktu z rywalem.

Fot. Scuderia Ferrari / Leclerc mógł stać się liderem zespołu już w drugim wyścigu

Tego dnia Leclerc wprost mógł ośmieszyć swojego nowego partnera z zespołu, wygrywając wyścig w momencie, w którym on po raz kolejny marnował potencjał zespołu. Niestety nie było mu to dane. Jednostka napędowa Ferrari odmówiła posłuszeństwa i Leclerc doczłapał do mety na trzeciej pozycji tylko dzięki neutralizacji, którzy mogli świętować podwójne zwycięstwo. Nie mniej jednak kierowca z Monako pokazał, że dni Vettela w Ferrari mogą zbliżać się ku końcowi.

Vettel kontra Leclerc, Hamilton i presja

Kolejne kilka wyścigów nie przyniosło wielu emocji. Mogły jednak ucieszyć fanów Sebastiana Vettela. Ich ulubieniec bez większych przygód był kolejno trzeci w Chinach i Baku, czwarty w Hiszpanii oraz drugi na ulicach księstwa Monako. Utalentowany kierowca przekuł więc swoją niemoc w kilka naprawdę dobrych rezultatów, dzięki czemu znalazł się na trzecim miejscu w klasyfikacji kierowców, ze sporą przewagą nad Charlesem Leclerkiem. Vettel znów znalazł się w pozycji, z której mógł zaatakować tytuł mistrza świata. W tym celu potrzebował dobrego wyniku w Montrealu. 

ZOBACZ TAKŻE
Sebastian Vettel: Lewis Hamilton zasłużył na wszystkie tytuły mistrza świata

W sobotę przed wyścigiem zaskoczył wszystkich w tym i chyba siebie. Kierowca Ferrari zdobył pierwsze pole position od GP Niemiec 2018. Weekendu wyścigowego, który jak pamiętamy, skończył się dla niego najgorzej jak mógł. Vettel jak zwykle dobrze wystartował z pierwszego pola startowego i bardzo szybko zostawił stawkę za sobą. Jednakże ta historia kolejny raz nie ma szczęśliwego zakończenia. Lewis Hamilton podkręcił tempo i w drugiej części wyścigu znalazł się na skrzyni biegów rywala z Niemiec.

 

Hamilton nie był w stanie wyprzedzić bolidu Ferrari, które było zdecydowanie szybsze na prostych. Prawdopodobnie nie byłby w stanie wygrać wyścigu gdyby Vettel nie popełnił kolejnego fatalnego w skutkach błędu. Popularny Seb wyjechał na trawę w szykanie tworzoną przez trzeci i czwarty zakręt toru w Montrealu. Kierowca spróbował naprawić swój błąd, desperacko broniąc pozycji przed Hamiltonem. W tym celu wrócił na tor w niebezpieczny sposób, niemalże wpychając Brytyjczyka na ścianę. Ledwo, ale udało mu się utrzymać prowadzenie. Pojawił się jednak problem w postaci kary czasowej. Vettel dostał pięć sekund za swój wybryk i pomimo tego, że dojechał na metę pierwszy, zajął drugie miejsce. To właśnie wtedy doszło do legendarnego już przestawienia znaczników.

Sebastian Vettel przestawia pachołki - Kanada 2019

Fot. Formula 1 

Okazjonalne dobre momenty

Mało pozytywnego można powiedzieć o wyścigach we Francji i Austrii sezonu 2019. Wizyta na Red Bull Ringu mogła być dobra dla Vettela, ale nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić, dlatego, że awaria uniemożliwiła mu start w Q3. Z tego powodu musiał ruszyć z odległej dziesiątej pozycji. A szkoda, ponieważ nastawione na mocny silnik Ferrari, pozwalało mu na wiele na tym obiekcie.

Podobnie na torze Silverstone, na którym jednak Vettel znowu zrobił coś głupiego i wjechał w tył Maxa Verstappena na dojeździe do ostatniej szykany. Był to niezrozumiały manewr, który niestety zostanie jeszcze powtórzony przez Niemca. Następne dwa wyścigi były na szczęście dużo lepsze. Vettel startując z ostatniej pozycji, dojechał na drugim miejscu w jednym z najbardziej szalonych i nieprzewidywalnych wyścigów w historii Formuły 1 – GP Niemiec. Tydzień później na Hungaroringu dopełnił podium, zajmując trzecią lokatę.

Najlepsze wyścigi Ferrari

Kolejny wyścig to pierwsze w tym sezonie zwycięstwo Ferrari. Jednakże przypadło ono Charlesowi Leclercowi, który powstrzymał napierające go Mercedesy. Vettel nie zachwycił, ponieważ startował z pierwszego rzędu, a dojechał jako czwarty. Następna runda była zdecydowanie ważniejsza, a nawet najważniejsza w sezonie dla stajni z Maranello. Formuła 1 przyjechała bowiem do Włoch, gdzie spełniło się największe marzenie kibiców Tifosi.

ZOBACZ TAKŻE
Masowy powrót kibiców na GP Włoch. Nietypowy pomysł organizatora

Ich nowy ulubieniec, Charles Leclerc zdobył kolejne pole position, które zamienił w piękne zwycięstwo. Niestety Vettel w tym samym czasie ośmieszył się na jego tle. Nie jest to wyolbrzymione stwierdzenie, ponieważ Niemiec obrócił się w zakręcie Ascari i chwilę później wracając na tor, wyjechał pod koła Lance’owi Strollowi. Obrót i uszkodzenia sprawiły, że Vettel pogrzebał swoje szanse w tym wyścigu. Ukończył go na absurdalnym trzynastym miejscu, na którym nie powinien się znaleźć w tym bolidzie. Nie wiedział jeszcze wtedy, że ta pozycja niedługo stanie się dla niego regularna.

Vettel wygrywa po raz ostatni

GP Singapuru, być może najtrudniejsze wyzwanie dla kierowców F1 w kalendarzu Formuły 1. Długi, krety tor zbudowany w niezwykle gorącym klimacie równikowym wymaga pełnego skupienia. Vettel wygrał tu już cztery razy, a teraz dołożył piąte zwycięstwo. Niewiele na to wskazywało na początku weekendu, ponieważ Leclerc trzeci raz z rzędu nie miał sobie równych w kwalifikacjach. Jego partner z zespołu zaprezentował jednak zaskakująco dobre tempo w wyścigu i ponadto świetnie rozegrał całą sytuację strategicznie. Jak się okazało, było to jego ostatnie zwycięstwo w Ferrari.

Fot. Scuderia Ferrari / Sebastian Vettel zmierza po ostatnie zwycięstwo w barwach Ferrari

Następujące niedługo później GP Rosji nie poszło po myśli Vettela, lecz tym razem nie z jego winy. Przeszkodziła usterka silnika, która wyeliminowała go w połowie wyścigu. W Japonii było już lepiej, ponieważ Seb po raz ostatni w barwach Ferrari wystartował do wyścigu z pole position. Niestety, błyskawicznie pozwolił się wyprzedzić Valtteriemu Bottasowi. Na torze Autodromo Hermanos Rodriguez Ferrari po raz ostatni aż do 2021 roku Ferrari wystartowało do wyścigu z pierwszej pozycji. Scuderia pokpiła jednak całą sprawę strategicznie. Dzięki temu Lewis Hamilton wygrał po raz kolejny i był o krok od od szóstego tytułu. Jeśli ktoś miałby mu go odebrać, to nie Sebastian Vettel, który w 2019 roku popełnił zbyt wiele głupich błędów.

Oznaki problemów 

Runda o GP Stanów Zjednoczonych 2019 roku, okaże się kluczowa w kontekście przyszłości Ferrari. Bolidy SF90 z niezrozumiałych powodów drastycznie zwolniły i traciły naprawdę sporo do rywali z Mercedesa oraz Red Bulla. Jak się okaże, Ferrari grało nieczysto ze swoim silnikiem, lecz to nie jest temat na ten artykuł. Nie mniej jednak „czerwoni” diametralnie zwolnili, szczególnie na prostych. Już na torze COTA Charles Leclerc dojechał na czwartym miejscu ze stratą 52 sekund do zwycięzcy. Vettel natomiast w ogóle nie ukończył niedzielnych zawodów.

Po świetnych kwalifikacjach bardzo szybko okazało się, że jego bolid nie ma żadnego tempa wyścigowego. Kilka okrążeń po rozpoczęciu wyścigu wydarzyło się coś bardzo dziwnego. Zawieszenie tylnej osi niespodziewanie pękło, co oczywiście uniemożliwiło jego dalszą jazdę. Hamilton po raz szósty został mistrzem, a Vettel kończył drugi mizerny rok pełen błędów. Przez nie, jego niegdyś silna pozycja w zespole została znacznie osłabiona.

Koniec sezonu 2019. Vettel na wylocie

W następnym wyścigu sytuacja pogorszyła się zdecydowanie bardziej. 32-letni już kierowca sam wydrukował sobie wilczy bilet na odejście z Ferrari. Dokonał tego wydarzeniami z przedostatniej rundy sezonu. Na legendarnym obiekcie Interlagos w Sao Paulo rozegrał się jeden z bardziej emocjonujących wyścigów w tamtym sezonie. Chaos wywołany między innymi przez awarię Valtteriego Bottasa sprawił, że stajnia z Maranello mogła liczyć na naprawdę dobry rezultat.

ZOBACZ TAKŻE
Sebastian Vettel odkrył karty. Wiemy, kiedy może odejść z F1

Vettel miał jednak inne plany, ponieważ na prostej za sekcją „Senna Esses”, postanowił zmienić linię i staranować Charlesa Leclerca, eliminując ich obu z wyścigu. Niemiec zrzucił winę na rywala, ale nie da się oszukać, że ta sytuacja była niemal identyczna do tej z 2010 roku, kiedy to uderzył w Marka Webbera w Turcji. W tym momencie widać już było, że dni Vettela są w Ferrari policzone. We wszystkich wyścigach, na które jeszcze by został, musiałby się liczyć z tym, że Leclerc przejmie funkcję lidera, a on będzie musiał pogodzić się z byciem „dwójką”.

 

Z kończącego jak zwykle sezon Formuły 1 GP Abu Zabi, nie można wyciągnąć za wiele informacji na temat Vettela. Seb obrócił się, dogrzewając opony w kwalifikacjach, które skończył na piątej pozycji. W niedzielę uwikłał się w bardzo ładną walkę z Alexandrem Albonem i dzięki temu, że wyszedł z niej zwycięsko, zakończył rok z kolejnymi dziesięcioma punktami. Zła wiadomość? Jego partner zespołu zdobył w tym wyścigu podium, przez co skończył w klasyfikacji kierowców o jedną pozycję wyżej.

Świat (Vettela) obraca się do góry nogami

Porażka w bezpośrednim starciu z debiutantem była ogromnym ciosem dla Vettela. Temat jego odejścia z Ferrari niespodziewanie ucichł. Kierowcy przyjechali w lutym do Hiszpanii na testy przedsezonowe i zajęli się swoimi sprawami. Nie dało się nie zauważyć tego, jak diametralnie gorzej prezentowała się faworyzowana ekipa Mattii Binnotto. Na jaw wyszły fakty związane z ich nielegalnym silnikiem, używanym w sezonie 2019. Ferrari w nowym sezonie grało uczciwie, ale straciło na tym więcej, niż kiedykolwiek.

Sebastian Vettel SF1000 Ferrari druga tura testów

Fot. Scuderia Ferrari / Sebastian Vettel podczas testów przedsezonowych prezentował się mizernie

Przyjazd na otwarcie sezonu do Australii został przyćmiony przez nagłe pogorszenie się sytuacji związanej z pandemią koronawirusa. Z tego powodu ani Vettel, ani nikt inny nie pojechał w parku Alberta. Wszyscy jak najszybciej ewakuowali się do izolacji, z której wyszli dopiero w lipcu na GP Austrii. Wcześniej jednak, w maju, w Formule 1 doszło do szokujących transferów. Dwunastego dnia tego miesiąca, świat Formuły 1 obiegła informacja, mówiąca o tym, że Sebastian Vettel kończy swoją przygodę z Ferrari po zakończeniu 2020 roku. 

Ferrari ewidentnie było na to gotowe od dłuższego czasu, ponieważ błyskawicznie ogłosili, że ich nowym kierowcą zostanie Carlos Sainz. Niemiec miał spory problem, ponieważ przynajmniej na pewien czas znalazł się na bruku. Aby to zmienić, musiał zaprezentować się z jak najlepszej strony w nadchodzących siedemnastu wyścigach, ale jak się okaże, będzie to niezwykle trudne. Wszystko przez osiągi bolidu.

Zaczynamy najdziwniejszy sezon Formuły 1 i najgorszy dla Ferrari

Po siedmiu miesiącach przerwy, Formuła 1 w końcu wróciła do stołu na sezon inny niż wszystkie. Pierwszym przystankiem była Austria i rozgrywane tam aż dwie rundy. Kierowcy i zespoły jeszcze nigdy tak bardzo nie cieszyły się na powrót po przerwie zimowej, lecz nie wszystkim było do śmiechu. Straty Ferrari do rywali, których dotychczas połykali, bądź przynajmniej rywalizowali z nimi na bardzo zbliżonym poziomie, okazały się być ogromne. Na dzień dobry Vettel nie wszedł do Q3. Coś, co wcześniej nie byłoby do pomyślenia w bolidzie Ferrari, wówczas stało się chlebem powszednim.

W wyścigu było jeszcze gorzej. Vettel co prawda zdobył jeden punkt za dziesiąte miejsce, ale głównie dlatego, że w wyścigu dojechało zaledwie dwunastu kierowców. Zanim jednak tego dokonał, obrócił się po raz kolejny. Ten „spin” był jednak wymowny, ponieważ dokonał się po kontakcie z Carlosem Sainzem, który wygryzł go z Ferrari. Tydzień później ponownie na Red Bull Ringu Niemiec ledwo, bo ledwo dostał się do ostatniej części kwalifikacji. Niestety jego udział w wyścigu trwał jedno okrążenie. Charles Leclerc postanowił zyskać jak najwięcej pozycji na pierwszym okrążeniu, ale zrobił to strasznie nieudolnie.

 

Przestrzelił hamowanie w trzecim zakręcie i uderzając z całej siły w bolid Vettela zapewnił to, że żaden z nich nie będzie w stanie ukończyć tego wyścigu. Ferrari wróciło na chwilę do formy przy okazji GP Węgier. Vettel startował piąty, a skończył szósty. Charakterystyka toru wsparła słaby bolid SF1000, który i tak został zdublowany przez liderów. Niedługo później, na Silverstone niestety znów było po prostu kiepsko. Najpierw w GP Wielkiej Brytanii start z dziesiątej i finisz na dziesiątej pozycji, który nie niesie za sobą większej historii. Siedem dni później obrót w pierwszej zakręcie, zagwarantował 32-letniemu kierowcy kolejne spadnięcie na koniec stawki. Sytuacja ta miała miejsce w wymownym momencie GP 70-lecia Formuły 1, której Niemiec jest jedną z ważniejszych postaci.

Najczarniejszy scenariusz 

W Hiszpanii, która gościła siódmą rundę sezonu, Vettel wziął sprawy w swoje ręce. Dzięki temu po mimo fatalnej strategii zespołu kierowca przejechał jeden z lepszych wyścigów w tym marnym sezonie, zdobywając sześć cennych punków. Tak dobrze nie było już w kolejnych zawodach w Belgii. Ferrari zamykało stawkę w treningach, co jest absurdalnym stwierdzeniem, lecz taka właśnie stała się nowa rzeczywistość. Trzynaste i czternaste miejsce to nie lokaty, które Ferrari powinno zająć zarówno w kwalifikacjach, jak i wyścigu.

Sebastian Vettel 2020 Monza podglądanie Mercedes

Fot. Mercedes-AMG F1 / W 2020 roku regularnie widać było, że Vettel chciałby być gdzieś indziej

W domowym wyścigu na Monzy nic nie zmieniło się na lepsze. Hamulce w bolidzie Niemca po prostu przestały funkcjonować, gdy kierowca chciał wyhamować do pierwszej szykany. Nie stracił jednak dużo, kończąc wyścig przedwcześnie. Dla Vettela był to najgorszy weekend od lat, ponieważ pierwszy raz od wieków dał się wyeliminować w Q1. Zdecydowanie najgorszy okres kariery tego genialnego kierowcy nie uniemożliwił mu jednak znalezienia nowego pracodawcy. 

Przy okazji tysięcznego wyścigu Ferrari na włoskim obiekcie Mugello zespół Racing Point pożegnał się z Sergio Perezem i poinformował o podpisaniu kontraktu z nikim innym, jak Sebastianem Vettelem. Niemiec nie uczcił zmiany dobrymi rezultatami. W kolejnych wyścigach we Włoszech, Rosji, Niemczech, Portugalii i ponownie na domowej ziemi Ferrari zdobył łącznie jedynie dwa punkty. Ferrari faktycznie było wręcz fatalne, ale niemoc Vettela była jeszcze większa. A to dlatego, że Leclerc był w stanie podołać trudnej sytuacji, przynajmniej przy kilku okazjach.

Koniec męczarni

Istanbul Park zobaczył w 2020 roku ostatni wielki występ Sebastiana Vettela w Ferrari. Doświadczony kierowca, który w lipcu skończył 33-lata był jednym z najlepszych w arcytrudnym wyścigu na śliskim, tureckim torze. Warunki pogodowe jeszcze bardziej utrudniły ściganie, ponieważ zarówno w sobotę, jak i niedzielę deszcz rozdawał karty. Niemiec zaskoczył swoich krytyków, dojeżdżając jako drugi. Dało to nadzieję na to, że Vettel będzie w stanie odbudować w nowym zespole.

ZOBACZ TAKŻE
Sebastian Vettel i jego dziwne przypadki w GP Turcji

Najpierw jednak trzeba było dokończyć nieszczęsny sezon 2020, którego ostatnim aktem był arabski „triple header”. Dwie rundy w Bahrajnie zostały przyćmione przez makabryczny wypadek Romain’a Grosjeana. Kiedy jednak wiadome już było, że z francuskim kierowcą jest wszystko w porządku, można było już wrócić do ścigania. Dla Vettela oznaczało to więcej męczarni. 33-latek nie zdobył punktów ani na torze Sakhir, ani w trakcie kończącej sezon wizyty na Yas Marina. Jedynym plusem było dotrwanie do zmiany barw.

Ostatni akt. Vettel wychodzi na prostą

Vettel założył w 2021 roku kombinezon zespołu Racing Point, który przerodził się w Astona Martina i zaczął funkcjonować pod tą nazwą. Jego kibice ślepo uwierzyli, że jest on w stanie z miejsca powalczyć o najwyższe pozycje. Tak się oczywiście nie stało, ale jak się okaże tylko dlatego, że Vettel potrzebował czasu, żeby się zaaklimatyzować. Na początku jednak wróciły koszmary poprzedniego sezonu. W Bahrajnie nowy kierowca Astona zakwalifikował się dość mocno poniżej oczekiwań. Bowiem jak inaczej można nazwać 19. pozycję.

 

W wyścigu powtórzył incydent z Silverstone z 2019 i uderzył w tył bolidu, tym razem Estebana Ocona. Idiotyczny manewr i obarczanie winą Francuza były najgorszym możliwym powitaniem z nowym zespołem. Słabe wyniki na Imoli, w Portugalii oraz Hiszpanii dały poważne powody do obaw. Na szczęście Vettel w końcu odnalazł swoją formę. Pokazał to dwoma świetnymi wyścigami na torach ulicznych.

Vettel podium Baku 2021

Fot. Aston Martin Cognizant F1 Team / Sebastian Vettel odnalazł rytm na ulicznych torach w Monaku oraz Baku

Najpierw nie popełnił nawet najmniejszego błędu w najtrudniejszym weekendzie każdego sezonu Formuły 1, który oczywiście przypada na GP Monako. Prawdziwy kunszt pokazał jednak dopiero w wyścigu na torze w Baku. Vettel pojechał tak jak za czasów Red Bulla i gdyby coś stało się zwycięzcy, Sergio Perezowi, to właśnie Niemiec tryumfowałby na ulicach stolicy Azerbejdżanu. Nowy kierowca Astona Martina przypieczętował swój powrót do formy wyścigiem na Paul Ricard, gdzie trzeci raz z rzędu spełnił pokładane w nim oczekiwania.

Nadzieja na lepsze jutro

Trzy lata pełne rozczarowań, błędów i zawodów. Ponad pięćdziesiąt wyścigów, w których albo coś szło nie tak, albo trzymały one w niepewności względem tego, czy czterokrotny mistrz świata nie zrobi czegoś głupiego. Jak można było zauważyć „najgorszy okres kariery Sebastiana Vettela” to nie tylko pasmo porażek, ponieważ wyraźnie widać też przebijające się dobre występy i solidne zdobycze punktowe.

ZOBACZ TAKŻE
Chaos i ogromne emocje. Historia dotychczasowych wyścigów F1 w Baku

Jedyne co można zrobić teraz to liczyć na to, że Niemiec faktycznie wrócił do formy. Dzięki temu ponownie moglibyśmy oglądać jednego z najlepszych kierowców naszej generacji w swojej najlepszej krasie. Wygląda na to, że Vettel zatoczył wielkie koło i swoim świetnym występem w GP Azerbejdżanu 2021 wrócił do poziomu, który prezentował w każdym wyścigu przed GP Azerbejdżanu 2018.

5/5 (liczba głosów: 2)
+ posts

Student II roku International Business na Uniwersytecie Gdańskim. Fanatyk Formuły 1 od najmłodszych lat. Od 2019 roku uważnie śledzi serie juniorskie F2 i F3, a także rozwijającą się wciąż Formułę E. Redaktor portalu Clamor.pl ds. MMA oraz boksu.

\
Reklama