F1: Drive to Survive - jest nieźle, ale to nie jest to, na co czekałem cały rok [RECENZJA]
Nasze social media

Motorsport

F1: Drive to Survive – jest nieźle, ale to nie jest to, na co czekałem cały rok [RECENZJA]

Kiedy tylko na jaw wyszła informacja, że Netflix zrobi serial dokumentalny we współpracy z F1, byłem przekonany że będzie to prawdziwe arcydzieło. Regularnie sprawdzałem, czy pojawiają się nowe informacje o tym projekcie, a 8 marca – dzień premiery serialu – miał być prawdziwym świętem. Po obejrzeniu całego sezonu jestem nieco rozczarowany, choć z całą pewnością nie żałuje ani sekundy spędzonej na oglądaniu.

Opublikowano

w dniu

Klatka z serialu "Formula 1: Drive to survive"

Aby w ogóle stworzyć ten serial, Netflix otrzymał unikalny dostęp do ośmiu z dziesięciu zespołów F1. Scuderia Ferrari i Mercedes odmówiły udziału w tym projekcie, o czym szersza publika dowiedziała się dopiero w dniu premiery. Umówmy się – serial bez dwóch najważniejszych ekip, które przez długą część sezonu ostro ze sobą rywalizowały, traci na wartości. Bardzo. To przecież właśnie w tych stajniach były największe emocje, bo i stawka była największa, a myśl o możliwości zobaczenia czegokolwiek z jednej czy drugiej stajni od kulis rozgrzewała chyba nie tylko mnie. Netflix nie dość, że nam tego nie dał, to jeszcze nie poinformował wcześniej o tych brakach. Trzeba to ocenić jako porażkę platformy i samej F1. Ross Brawn już zapowiedział, że chce aby wszystkie 10 zespołów pojawiło się w drugim sezonie, jednak z całą pewnością chciał tego także rok temu, a jednak się nie udało.

Każdy odcinek ma jeden albo kilka tematów przewodnich – to dobry trop. Możemy poznać więcej szczegółów na temat konfliktu między Renault a Red Bullem, negocjacji kontraktowych Daniela Ricciardo czy problemy Force India związane z Vijayem Mallyą. Netflix zapewnia nam narrację wydarzeń, komentarze ich głównych bohaterów oraz wyjaśnienia sytuacji dla mniej zaangażowanych w F1 widzów, które przedstawiają dziennikarze F1, Will Buxton oraz Chris Medland. Trzeba przyznać, że szczególnie rola Buxtona w całej serii jest nie do przecenienia – doskonale odnajduje się w swojej roli „tłumacza” wydarzeń z królowej sportów motorowych.

Cały serial kojarzy mi się z… familijnymi filmami o baseballu czy hokeju na lodzie, które na początku XXI wieku oglądałem w niedzielę jako dziecko. Chodzi o ten sam styl – przedstawienie otoczki, ludzkich historii, wyzwań jakie stoją przed danymi stajniami. Różnica jest oczywiście zasadnicza – tutaj wszystko jest oparte na faktach, więc bardziej ekscytujące. To nie jest dokument, który wyjaśni laikowi czym jest F1 albo przedstawi historię tego sportu – tym „świeży” widz ma się zająć tuż po obejrzeniu serialu. Netflix w znaczącym stopniu skupił się na relacjach i mentalności panującej w tym sporcie. Poznajemy słabe i mocne strony kierowców, o których mówią oni sami. To świeże, niespotykane dotąd spojrzenie w F1. Sęk w tym, że w mojej ocenie bohaterowie wprowadzają nas do swojego życia nie w pełni, na ich zasadach – pokażemy wam co nieco zza kulis i bądźcie zadowoleni.

Przyznam, że w tym aspekcie liczyłem na zdecydowanie więcej. Pokazują to szczególnie fragmenty o negocjacjach kontraktu przez Daniela Ricciardo – widzimy rozmowy zakulisowe, które jednak nie są niczym szczególnym, a kluczowy podmiot czyli Renault pojawia się dopiero w momencie ogłoszenia. To potwierdzenie tezy, że Netflix nie miał absolutnie żadnego dostępu do choćby ułamka nawet nie samych rozmów kontraktowych z jakimkolwiek z zespołów, ale bardziej dosadnych konsultacji kierowcy ze swoimi doradcami czy rodziną.

F1 zamiast z Netfliksem mogła zrobić ten serial także z Amazonem, którego oferta była bardziej lukratywna. Zdecydowano się jednak na giganta VOD, licząc na pozyskanie nowych fanów. Widać to od pierwszych minut. Pierwszym zaprezentowanym kierowcą jest Daniel Ricciardo – wesoły, pogodny gość, który jednak ma przed sobą trudną decyzję do podjęcia. Sytuacja prawie jak z popularnej produkcji obyczajowej. Taka postać prawdopodobnie spodoba się nowemu widzowi – to najlepszy z możliwych reprezentantów tego serialu. Co więcej, dużą część serialu poświęcono wypadkom i dramatycznym momentom sezonu 2018. Wydaje się, że to także ukłon dla przypadkowych widzów – takie zdarzenia i niebezpieczna natura tego sportu są częścią jego atrakcyjności i z pewnością pomagają zdobyć nowych widzów.

Klatka z serialu “Formula 1: Drive to survive”

Zupełnie niespodziewanym bohaterem tego serialu stał się Guenther Steiner. Jego nieobliczalność, przekleństwa, tyrady – zupełnie nie znaliśmy szefa Haasa od tej strony. Widzimy go rozmawiającego z Gene’m Haasem po wyścigu w Australii, gdzie nazywa siebie i swój zespół frajerami, widzimy jego złość po błędzie Romaina Grosjeana w kwalifikacjach do wyścigu o GP Francji. Włoch daje się poznać jako brutalnie szczera postać i nie ma żadnego problemu z tym, aby pokazać to światu. To część tego serialu, która z całą pewnością równie mocno zaciekawi zarówno nowicjuszy, jak i wyjadaczy tego sportu.

Nie mogło oczywiście zabraknąć typowo amerykańskiego podkręcania niektórych sytuacji w imię zbliżania się F1 do popkultury. W serialu nie ma ani sekundy o negocjacjach Charlesa Leclerca z Ferrari, mocno pociągnięty jest za to jego związek ze zmarłym Julesem Bianchim, opatrzony pompatycznymi słowami młodego Monakijczyka. Zdaje się, że Netflix przesadnie podkręcił także niektóre konflikty, jak ten Kevina Magnussena z Nico Hulkenbergiem. Fani F1 doskonale wiedzą, że panowie się nie cierpią, choć z całą pewnością się szanują. Trudno sobie wyobrazić, aby ktoś zaczął interesować się Formułą 1 dla oglądania pojedynków Niemca z Duńczykiem.

Klatka z serialu “Formula 1: Drive to survive”

Obok fragmentów ze Steinerem, prawdziwą perełką pierwszego sezonu jest czwarty odcinek ukazujący konflikt między Red Bullem a Renault – konkretnie pomiędzy Christianem Hornerem a Cyrilem Abiteboulem. Obaj panowie zostają przedstawieni właśnie przez swojego rywala, a zakulisowe materiały są w tym przypadku ostre i dobrze zmontowane. „Teraz potrzebujesz i kierowcy i silnika” – mówi Francuz do Brytyjczyka po zakontraktowaniu Ricciardo. Przez kilka minut naprawdę możemy doświadczyć wzajemnych tarć między nimi, kiedy dochodzi do gierek słownych albo niezręcznej ciszy. Odchodząc od tej konkretnej sytuacji, szef zespołu Red Bulla momentami także jest bardzo otwarty w tym dokumencie, np. porównując osły na swojej farmie do Maksa Verstappena i Daniel Ricciardo.

Nie mogło zabraknąć także prywatnych, ale zabawnych momentów z życia kierowców. Można uśmiechnąć się szerzej widząc Ricciardo śpiewającego piosenkę o… mosznie czy Pierre’a Gasly’ego biorącego lodową kąpiel w… pojemniku na śmieci.

Zdarzenia ze Steinerem, konflikt Hornera z Abiteboulem, wizyta Otmara Szafnauera w fabryce Force India po wprowadzeniu zarządcy czy zakulisowe sytuacje z Williamsa (gdzie Lawrence Stroll zwraca się do Claire Williams jak do sprzątaczki) to niestety jednak tylko mały fragment tego serialu. Być może liczyłem na zbyt wiele, ale mam wrażenie że w chwili obecnej zadowoleni mają być wszyscy – fani F1 za „ekskluzywny” dostęp za kulisy, a także PR-owcy stajni F1, którzy wiele zyskali nie pokazując wszystkiego, co mogliby. Tylko, że to mogło by nie być dla nich wygodne. Wygląda na to, że skupiono się bardziej na zachęceniu nowych albo mało wymagających fanów niż na zadowoleniu tych mocno zaangażowanych.

Klatka z serialu “Formula 1: Drive to survive”

To nie jest tak, że ten serial jest zły. Jest dobry, ale nie bardzo dobry. Jest w nim wiele ciekawych momentów, ale niewiele aż tak ciekawych i zakulisowych, jak można było się spodziewać. Rok temu przy okazji ogłoszenia partnerstwa F1 z Netfliksem, sytuacja była przedstawiona jasno – platforma będzie miała ekskluzywny dostęp do zespołów. Dostęp miała, ale momentami taki, jakby zapłaciła za klasę biznesową, a leciała ekonomiczną.

Na pochwałę zasługuje sposób w jaki zaprezentowano królową sportów motorowych – to po prostu dobrze zmontowany dokument. Martwi nieco ilość błędów i niejasności (np. przejście Charlesa Leclerka do Scuderii Ferrari zostało przedstawione po GP Singapuru, a w rzeczywistości miało miejsce przed tym wyścigiem), ale bądźmy szczerzy – można było się tego spodziewać. Jak przystało na amerykański film dokumentalny, jego oglądanie jest prawdziwą przyjemnością i wciąga po kilku chwilach – widowiskowe ujęcia najbardziej reprezentacyjnych miejsc czy zdarzeń F1 muszą zachęcać do dalszego pobytu przed ekranem.

Formuła 1 w tym serialu pokazana została z ciekawej perspektywy, której nie możemy doświadczyć na co dzień – choćby z tego powodu (jakkolwiek nie oceniać by zakulisowych możliwości Netfliksa) warto obejrzeć ten dokument. Czy przyciągnie on nowych fanów do F1? Z pewnością ma potencjał, a pierwsze komentarze – to potwierdzające – już pojawiają się w social mediach.

Reklama

Facebook

Reklama
Reklama