Elektromobilność zbawieniem wszystkich chorób świata?
Gdzie podział się zdrowy rozsądek? Trzeba o to zapytać, gdy widzi się szefów dużych firm samochodowych skaczących z zamkniętymi oczami do basenu z napisem „elektryki” i „elektromobilność”, nie wiedząc czy jest w nim woda. Nauka, technologia, klienci – nagle nic nie gra roli. Wystarczy powiew politycznej presji, przez którą nawet grube ryby z potężnych firm stają się niczym chorągiewki na wietrze.
Przykład? Herbert Diess, szef Grupy Volkswagena. Jeszcze w 2018 roku sprzeciwiał się naciskom na zwiększenie elektrycznej mobilności, mówiąc że dopóki zasila się ją głównie spalaniem węgla, jest ona absurdem. Od tego czasu w miksie energetycznym zmieniło się bardzo niewiele, a teraz jak wielu innych podnieca się kolejnymi samochodami elektrycznymi.
„Uważamy, że elektryfikacja transportu w Ameryce Łacińskiej lub częściach Chin, gdzie dużo energii elektrycznej jest wytwarzane przez spalanie węgla, nie ma większego sensu. Elektromobilność ma sens tam, gdzie dostępna jest duża ilość zielonej energii” – powiedział Diess dla „Die Welt”, opowiadając się za decyzją o przejściu na elektromobilność w Europie, ale nie gdzie indziej. Jednak i na Starym Kontynencie sytuacja jest zróżnicowana w zależności od kraju. Wiele krajów (tak, oczywistym przykładem jest Polska) jest kompletnie uzależnione od energii z węgla.
Praktycznie wszyscy szefowie wielkich europejskich koncernów samochodowych mówią to samo, niezależnie od tego, czy ma to sens, czy nie. Jest to prawdopodobnie jedyny politycznie poprawny sposób, ale jest kilka wyjątków. Jeden olbrzym odmawia wskoczenia do suchego basenu. I – co zaskakujące – jest to BMW.
Elektryki w BMW? Na razie bardzo ostrożnie, bez żadnych deklaracji
To tak naprawdę paradoks, bo BMW zaczęło „zielenieć” znacznie wcześniej niż inne marki i może przez to szybciej zrozumiało swój błąd. Mimo postępującej popularyzacji elektromobilności marka nie chce powiedzieć, że stawia wszystko na jedną kartę. Oliver Zipse, szef BMW, wielokrotnie odmawiał podążenia drogą Audi czy ogólnie całą Grupą Volkswagena. Nie chce także podawać żadnej daty zakończenia produkcji BMW z silnikami spalinowymi, jak robi to wielu innych.
Uważa, że to po prostu nie może być decyzja polityczna. „Ci, którzy podejmują decyzje w naszej branży, to klienci. I nigdy nie powinieneś tracić ich z oczu” – powiedział wyraźnie Zipse, uzasadniając dlaczego w prowadzonej przez firmie nie ma mowy o żadnym terminie zakończenia produkcji samochodów z silnikami spalinowymi.
Jednocześnie przyznaje, że około 2030 roku sprzedaż BMW powinna w połowie opierać się na samochodach zelektryfikowanych. Ile to jednak połowa? „Kiedy producent przestaje oferować silniki spalinowe, traci połowę rynku i dopiero po chwili odkrywa, że traci pozycję rynkową” – stwierdził Zipse. Dodał, że w chwili obecnej w BMW nie odbywa się żadna debata, aby zelektryfikować wszystkie 140 rynków, na których występuje BMW. To według niego niemożliwe.
Zipse mówi w szczególności o marce Alpina, która choć jest niezależnym producentem samochodów, nikt nie ma wątpliwości, że produkuje po prostu zmodyfikowane BMW. Podkreślając, że klienci Alpiny nie chcą samochodów zelektryfikowanych, szef BMW mówi o podróżach na dłuższych trasach. Według niego właściciele Alpin często jeżdżą swoimi samochodami na długich trasach, najczęściej niemieckimi autostradami. Chcą tam po prostu połykać kolejne kilometry, a nie martwić się o zasięg.
BMW już wybiega kilka kroków do przodu
Co jest godne uwagi? Bawarski producent patrzy poza Europę, wiedząc że Unia Europejska będzie rzucać takie kłody pod nogi, że w Europie sprzedawane będą jedynie hybrydy z małymi silnikami spalinowymi i elektryki. V6, V8 i V12 będą produkowane tylko w Wielkiej Brytanii, skąd będą eksportowane tam, gdzie ludzie będą je chcieli. Przede wszystkim do USA i Chin.
Krótko mówiąc, BMW obawia się, że UE zabroni nie tylko sprzedaży, ale także produkcji samochodów spalinowych, jakkolwiek absurdalnie to dzisiaj brzmi. W Wielkiej Brytanii, choć „pachnie zielenią”, unika się takiego środka. Ta obawa ma już oczywiście realny wpływ na decyzje biznesowe. Zakończenie produkcji silników w Monachium oznacza 1400 zwolnionych pracowników, a to dopiero przedsmak konsekwencji działań Brukseli.
Niemieckie Stowarzyszenie Przemysłu Samochodowego spodziewa się, że w samych Niemczech presja na zelektryfikowanie transportu pochłonie 400 tysięcy (!) pracowników. Nie tylko dlatego, że pojazdy elektryczne są łatwiejsze w produkcji, ale także dlatego, że będzie się produkować mniej samochodów. Produkcja wciąż poszukiwanych modeli z silnikami spalinowymi odbywać się będzie bowiem poza bańką stworzoną przez UE. Na rynkach, które są daleko od coraz bardziej absurdalnych przepisów UE.
Nie cel jest ważny, ale droga do celu. Cały czas rozwijający się dziennikarz motoryzacyjny.
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek
- Kacper Zimek